Andrews Ilona - Kate Daniels 03 - Magia Uderza

  • Published on
    27-Dec-2015

  • View
    51

  • Download
    0

Transcript

Magia Uderza Andrews Ilona ROZDZIA PIERWSZY Bywaj dni, kiedy moja praca jest jeszcze trudniejsza ni zazwyczaj. Klepnam w drabin. - Widzi pani, pani McSweeney? Jest bardzo stabilna. Moe pani ju zej. Uczepiona supa telefonicznego McSweeney spojrzaa na mnie z gry, najwyraniej nieprzekonana tak o solidnoci drabiny, jak i mojej. Chuda, drobno- kocista, musiaa przekroczy ju siedemdziesitk. Wiatr rozwia jej siwe wosy, tworzc bia aureol wok gowy, i rozchyli poy szlafroka, ukazujc wi-doki, ktrych wolaabym nie oglda. - No, dalej, pani McSweeney, prosz zej. Odchylia si, biorc gboki wdech. O nie, znowu. Usiadam na ziemi, zakrywajc domi uszy. Nocn cisz rozdaro ostre jak n zawodzenie. Dwik uderzy w okna blokw, Magia Uderza Andrews Ilona rezonujc przenikliwym brzkiem szyb. Ulice rozbrzmiay zaskakujco harmonijnym wyciem psw. Lament wzmaga si, potgujc lawinowo, a w kocu syszaam tylkojeden wielogosowy chr, ktry tworzyy przecige wycie wilka, aosny krzyk ptaka i rozdzierajcy serce pacz dziecka. Staruszka wya i wya, jakby wydzierano jej serce z piersi, przyprawiajc mnie o rozpacz. Fala magii odesza. W jednej chwili przesycaa wiat, przydajc mocy zawodzeniu pani McSweeney, a w nastpnej znikna bez ostrzeenia na podobiestwo linii na piasku, ktry omya woda. Przewag odzyskaa technika. Bkitna magiczna latarnia na supie zgasa, pozbawiona dopywu magicznej energii, a pobliski budynek mieszkalny rozbysn wiat-em lamp elektrycznych. To tak zwany rezonans - magia zalewaa wiat wielk fal, dawic wszystko, u podstaw czego leaa technika, gaszc silniki samochodowe, unieruchamiajc bro automatyczn, powodujc erozj wysokociowcw. W jednej chwili magowie mogli strzela lodowymi pociskami, waliy si drapacze chmur, uaktywniay si osony, trzymajce z dala od mojego domu nieproszonych goci. A potem, ot tak, magia znikaa, pozostawiajc po sobie przebudzone potwory. Nikt nie by w stanie przewidzie, 9 | I L O N A A N D R E W S kiedy znw si pojawi, nikt nie mia na to wpywu. Moglimy jedynie stara si przetrwa w tej szalonej ta- ranteli magii i techniki. Dlatego posugiwaam si mieczem. Dziaa zawsze, niezalenie od fazy. Ostatnie echa wycia odbiy si od murw, milknc. Pani McSweeney patrzya na mnie smutno. Podniosam si z ziemi i pomachaam do kobiety.R O Z D Z I A P I E R W S Z Y 4 - Prosz poczeka, zaraz wracam! Wbiegam w mroczne wejcie budynku, gdzie w ciemnociach czaio si piciu krewnych pani McSweeney. - Dlaczego do niej nie wyjdziecie? Na pewno byoby mi atwiej. Robert McSweeney, ciemnooki szatyn w rednim wieku, potrzsn gow o przerzedzajcych si wosach. - Matka sdzi, e nie wiemy, i jest banshee. Pani Daniels, moe j pani stamtd cign czy nie? Na lito bosk, w kocu jest pani rycerzem Zakonu! Po pierwsze, nie byam rycerzem, a jedynie pracowaam dla Zakonu Rycerzy Miosiernej Pomocy. Po drugie, nie specjalizowaam si w negocjacjach, tylko w zabijaniu. Robiam to szybko i brutalnie. Nie miaam dowiadczenia w ciganiu podstarzaych banshee ze supw telefonicznych. - Moe wiecie co, co mogoby mi pomc? - Raczej nie... - westchna Melinda, ona Roberta. - Trzymaa to w sekrecie. Syszelimy ju wczeniej jej zawodzenie, ale zawsze bya przy tym dyskretna. Takie zachowanie nie ley w jej naturze. Na schodach pojawia si starsza Murzynka w hawajskiej szacie. - Czy ta dziewczyna cigna ju Margie ze supa? - Staram si. 5 | I L O N A A N D R E W S - Przypomnij jej, e jutro wieczorem gramy w bingo. - Dziki. Skierowaam si ku supowi. Troch wspczuam pani McSweeney. Podczas rezonansu sytuacji w kraju pilnoway trzy agencje - Wojskowe Oddziay Obrony przed Nadprzyrodzonymi, czyli WOON, Policyjny Wydzia Kontroli Zjawisk Paranormalnych, czyli PWKZP, oraz mj obecny pracodawca - Zakon Rycerzy Miosiernej Pomocy. Wszystkie one zaliczay banshee do stworze niegronych. Nikomu jak dotd nie udao si wykaza zwizku pomidzy ich wyciem a czyj mierci czy jakim kataklizmem. Jednake wedug folkloru banshee byy odpowiedzialne za wiele nikczemnoci. Obwiniano je o doprowadzanie ludzi swoim krzykiem do szalestwa i zabijanie dzieci samym tylko spojrzeniem. Ludziom nie spodobaoby si mieszkanie w ssiedztwie banshee, rozumiaam wic, dlaczego pani McSweeney zadaa sobie tyle trudu, aby ukry swoj przypado. Nie chciaa sta si ofiar ostracyzmu ani naraa na rodziny. Niestety, bez wzgldu na to, jak usilnie czowiek stara si co ukry, jego sekret w kocu wychodzi na jaw i nagle mona ockn si na supie telefonicznym, nie wiedzc, dlaczego i jak si tam znalazo, za ssiedzi tymczasem udaj, e nie syszeli adnych straszliwych wrzaskw. R O Z D Z I A P I E R W S Z Y 6 Tak. Dobrze wiedziaam, jak to jest. Byam ekspertem zachowywania w tajemnicy swojej tosamoci. Paliam zuyte opatrunki, aby nikt nie mg zidentyfikowa mnie po magii we krwi. Ukrywaam moc. Staraam si nie mie przyjaci i niemal mi si to udawao. Bo gdyby mj sekret ujrza wiato dzienne, nie obudziabym si na supie telefonicznym. Nie obudziabym si wcale, a moi przyjaciele byliby rwnie martwi, co ja. Zbliywszy si do supa, zadaram gow. - W porzdku, pani McSweeney. Policz do trzech, a potem pani zejdzie. Potrzsna gow. - Pani McSweeney! Robi pani z siebie widowisko! Rodzina si o pani martwi, a jutro umwia si pani na bingo. Chce to pani przegapi? Przygryza warg. - Zrobimy to razem. - Wdrapaam si trzy szczeble do gry. - Na trzy. Raz, dwa, trzy i krok! Zeszam niej, obserwujc, jak robi to samo. Dziki ci, kimkolwiek jeste tam na grze. - No dalej. Raz, dwa, trzy i krok! Zeszymy jeszcze jeden szczebel razem, a potem kolejny ruch wykonaa samodzielnie. Zeskoczyam na ziemi. - wietnie! Pani McSweeney zamara. Tylko nie to! Spojrzaa na mnie ze smutkiem. - Nie powie pani nikomu? 7 | I L O N A A N D R E W S Zerknam na okna bloku. Jej wycie obudzioby nieboszczykw i nawet ich skonio do wezwania policji. Jednak w tych czasach ludzie trzymali si razem. Nie mogli polega na technice czy magii, ufali wic rodzinie i ssiadom. Bez wzgldu na rozmiar absurdu zamierzali zachowa jej sekret, zatem ja take. - Nie powiem - obiecaam.Dwie minuty pniej wracaa do swojego mieszkania, ja za mocowaam si z drabin, usiujc wepchn j do schowka pod schodami, skd na moj prob zostaa wycignita przez dozorc. Byam na nogach od pitej rano. O tej wanie godzinie przez korytarz oddziau Zakonu w Atlancie przebieg rozszalay mczyzna, wrzeszczc, e do szkoy New Hope dosta si kociogowy smok, ktry zamierza pore dzieci. Smok okaza si maym tatzelwyrmem, ktrego niestety nie udao mi si poskromi inaczej, jak przez odcicie gowy. To wanie wtedy po raz pierwszy dzisiaj unurzaam rce we krwi. Pniej musiaam pomc Mauro pozby si dwugowego sodkowodnego wa ze sztucznego stawu w ruinach wiey IBM w centrum. Potem wszystko potoczyo si lawinowo. W efekcie byam brudna, zmczona, godna, usmarowana czterema rodzajami juchy i marzyam tylko o powrocie do domu. Na dodatek mierdziay moje buty, na ktre w zwymiotowa czciowo strawionego kota. 1 3 | I L O N A A N D R E W S Uporawszy si wreszcie z drabin, wyszam na parking, gdzie przywizana do metalowej barierki, umieszczonej specjalnie w tym celu, staa moja mulica, Marigold. Podchodzc, dostrzegam na zadzie zwierzcia niedokoczon swastyk wymalowan zielon farb. Zamany pdzel lea nieopodal w towarzystwie kilku plamek krwi oraz czego, co wygldao jak zb. Przyjrzaam si z bliska. Tak, bez wtpienia zb. - Miaa ma przygod, co?Marigold nie odpowiedziaa, ale z dowiadczenia wiedziaam, e zachodzenie jej od tyu naley do wyjtkowo zych pomysw. Kopaa jak mu; pewnie dlatego, e nim bya. Gdyby nie znak Zakonu wypalony na zadzie, Marigold szybko padaby ofiar kradziey. Na szczcie Zakon mia zwyczaj magicznie ledzi zodziei swego mienia, by spa na nich znienacka niczym tona cegie. Odwizaam zwierz, wsiadam i dzielnie poku- sowaymy w noc. Zasadniczo panowanie magii i techniki zmieniao si raz na kilka dni, zwykle nawet czciej. Jednak dwa miesice temu nawiedzi nas nieprawdopodobnie silny rozbysk magii. Uderzywszy w miasto niczym tsunami, pogry rzeczywisto w cakowitym chaosie. Przez trzy dni po ulicach szwendali si bogowie i demony, a ludzie oraz bestie mieli spore problemy z samokontrol. Podczas rozbysku pomagaam 9 | I L O N A A N D R E W S grupce zmiennoksztatnych walczy z hord przebudzonych potworw. Uderzenie wywrcio wszystko do gry nogami. Do tej pory widywaam to w snach. Nie byy to koszmary, raczej oszaamiajce, surrealistyczne wizje pene krwi, bysku ostrzy i mierci. Rozbysk wypali si wreszcie, oddajc niepo-dzieln wadz technice. Przez dwa miesice nie byo problemw z samochodami, mrok wycofa si przed elektrycznoci, a dziaajca klimatyzacja uczynia sierpie niebiasko przyjemnym. Mielimy nawet telewizj. W poniedziaek pucili Terminatora 2" bijcego po oczach raco jasnym przekazem - zawsze moe by gorzej. A potem, w rod okoo poudnia, magia uderzya ponownie, rozptujc w Atlancie istne pieko. Nie wiem, czy ludzie udzili si, e magia ju nie wrci, czy te, straciwszy czujno, dali si zaskoczy, ale nie mielimy tylu wezwa, odkd zaczam pracowa dla Zakonu. W przeciwiestwie do Gildii Najemnikw, z ktr take wsppracowaam, Zakon Rycerzy Miosiernej Pomocy przyjmowa wszystkie zlecenia, bez wzgldu na perspektywy uzyskania zapaty czy wrcz ich brak. Liczyli sobie tyle, na ile zleceniodawc byo sta, czyli bardzo czsto nic. Zalay nas bagania o pomoc. W rod udao mi si przespa cztery godziny. Od tamtej pory nie zmruyam oka. Praktycznie rzecz biorc, R O Z D Z I A P I E R W S Z Y 1 0 zacz si ju pitek, a wizje gorcego prysznica, posiku oraz mikkiej pocieli nie opuszczay mnie ani na moment. Par dni temu zrobiam szarlotk, z ktrej osta si jeszcze jeden kawaek. - Kate? - powany gos Maxine rozbrzmia w mojej gowie odlegy, a jednak wyrany. Nie podskoczyam. Po czterdziestoomiogodzin- nym maratonie telepatyczne wezwanie zakonnej sekretarki wydawao si czym absolutnie normalnym. Smutne to, lecz prawdziwe. - Przykro mi, moja droga, ale szarlotka musi poczeka. adna nowina. Maxine nie czytaa myli celowo, ale odbieraa je mimochodem, jeli kto, tak jak ja teraz, koncentrowa si na czym intensywnie. - Mamy zielon sidemk, wezwanie od cywila. Martwy zmiennoksztaltny. Wszystkie sprawy dotyczce zmiennoksztatnych to moja dziaka. Zmien- noksztatni nie ufali obcym, a ja byam jedynym wsppracownikiem oddziau Zakonu w Atlancie, ktry cieszy si statusem Przyjaciela Gromady. Cho termin cieszenie si" w tym wypadku nie przystawa do klasycznej definicji. Mj status oznacza, e przy dobrych wiatrach zmiennoksztatni pozwoliliby mi wyrzec par sw przed zaszlachtowaniem. Jeli chodzi o mani przeladowcz, ewolucyjnie wyprzedzali inne gatunki o cae lata wietlne. - Gdzie? 1 1 | I L O N A A N D R E W S - Rg Ponce de Leon i Martwego Kota. Jakie dwadziecia minut na mule. Gromada ju pewnie wiedziaa, co si stao. Bd niucha na miejscu i wywarkiwa dania przekazania im sprawy. Ech. Zawrciam Marigold, kierujc si na pnoc. - Zajm si tym. Marigold telepaa si ospale, lecz niezmordowanie para do przodu. Po obu stronach ulicy niegdy strzeliste budynki wcinay si w niebo poszarpan lini gruzowisk. Wygldao to tak, jakby magia podoya ogie pod Atlant, gaszc pomienie, nim miasto obrcio si w perzyn.Tu i wdzie mrok rozpraszay punkciki wiata ustawionych przypadkowo latar. Od apartamen- towca Alexander on Ponce nis si zapach wgla drzewnego doprawiony aromatem smaonego misa. Kto pichci pn kolacj. Ulice byy wymare. Nikt, kto posiada cho odrobin oleju w gowie, nie wczy si po nocy Ponad miastem przetoczy si wysoki skowyt wilczycy jecy mi woski na karku. Przed moimi oczami stan obraz betonowego szkieletu wieowca i stojcej na nim bestii o jasnym futrze wysrebrzonym ksiycow powiat, ktra z zadartym bem, odsaniajc mikkie podgardle, 1 7 | I L O N A A N D R E W S wypiewuje swj tskny zew nioscy obietnic krwawego polowania. Z bocznej alejki smyrgn przecinkowaty cie, za nim drugi. Wychudzone, bezwose istoty w nieskoordynowanych podrygach wybiegy na ulic, zagradzajc mi drog. Obie byy niegdy ludmi, obie te musiay by martwe ju od ponad dekady. Na ich kanciastych ciaach nie pozosta ani gram tuszczu. adnych oboci, jedynie stalowe minie opite tward skr. Dwa wampiry na owach. W dodatku poza swoim terytorium. - Tosamo - rzuciam. Wikszo nekroman- tw rozpoznawaa mnie, znali wszystkich czonkw Zakonu w miecie. Stojcy bliej wampir rozwar szczki, umoliwiajc wydobycie si znieksztaconego nieco gosu nekromanty. - Czeladnik Rodriguez, czeladnik Salvo. - Kto jest waszym panem? - Rowena. Ze wszystkich Panw Umarych Roweny nienawidziam najmniej.R O Z D Z I A P I E R W S Z Y 1 2 - Zapdzilicie si do daleko od Kasyna. - No bo... Drugi wampir otworzy paszcz, ukazujc janiejce na tle czarnych dzise ky. - Nawali, przez niego zgubilimy si w Labiryncie. - Szedem wedug mapy. Drugi unis szponiasty palec ku niebu. - Moesz j sobie wsadzi, skoro nie umiesz rozrni kierunkw. Ksiyc nie wschodzi na pnocy, motku. Dwch kretynw. Caa sytuacja wydawaaby si komiczna, gdybym nie wyczuwaa bijcej od wampirw dzy krwi. Wystarczy, e te pataachy cho na moment strac kontrol, a krwiopijcy rozedr mnie na strzpy. - Naprzd. - Szturchnam Marigold. Wampiry ruszyy dalej, sterowane przez nawigatorw czciowo pochonitych sprzeczk rozgrywajc si gdzie w czeluciach Kasyna. Wirus Immor- tuus zabija w swych ofiarach osobowo. Bezduszne stwory, kierowane nienasycon dz krwi, mordoway kad istot o pulsujcym sercu. Pustka umysowa czynia z nich idealne narzdzia nekromantw, Panw Umarych. Wikszo Panw suya Rodowi. Po czci sekta, po czci orodek naukowy, po czci korporacja, oglnie odraajca instytucja, zajmowaa si badaniami oraz opiek nad nieumarymi. Rd, podobnie jak Zakon, posiada 1 3 | I L O N A A N D R E W S oddziay w kadym wikszym miecie. Tu, w Atlancie, obrali sobie na siedlisko Kasyno. W rankingu rekinw Atlanty Rd plasowa si bardzo wysoko. Jeli chodzi o potencja destrukcyjny, rwna si z nim moga jedynie Gromada. Rodem wadaa tajemnicza, legendarna istota, ktra w tej konkretnej erze obraa sobie imi Roland. Roland dysponowa ogromn moc. Stanowi te gwny cel mojego ycia. To wanie z myl o jego zgadzeniu od dziecka szkolono mnie na zabjc. Okryam wielk dziur w chodniku i skrciam w ulic Martwego Kota, gdzie moim oczom ukazaa si mroczna scena zbrodni. Nigdzie ladu glin czy wiadkw. Niky blask ksiyca uwidacznia sylwetki siedmiu zmiennoksztatnych. Wszyscy yli. Dwa wilkoaki w zwierzcych formach przeczesyway miejsce w poszukiwaniu ladw zapachu. Zaczynajc od wlotu uliczki, z nosami przy ziemi, obwchiway teren, zataczajc coraz wiksze krgi. Zwierzce postaci zmiennoksztatnych charakteryzoway si wikszymi gabarytami ni ich naturalne pierwowzory. Ci tutaj nie stanowili wyjtku - potne, kudate bestie przewyszay rozmiarami i wag dogi niemieckie. Dalej inna dwjka, tym razem o ludzkich ksztatach, pakowaa ostronie do worka co, co podejrzanie przypominao zwoki. Kolejnych troje patrolowao okolic zapewne z zamiarem 1 4 | I L O N A A N D R E W S odstraszenia ciekawskich. Niepotrzebnie, nikt bowiem nie byby na tyle gupi, eby nawet zerkn w t stron.Na mj widok grupka zastyga w bezruchu. Poczuam na sobie siedem par gorejcych lepi, cztery zielone, trzy te. Sdzc po intensywnoci rozjarzenia, zmiennoksztatni balansowali na granicy szau. Stracili jednego ze swoich i teraz przepeniaa ich dza zemsty. - Mylelicie kiedy, eby robi w wita za wiateka choinkowe? - rzuciam lekko. - Zbilibycie fortun. Jeden ze zmiennoksztatnych ruszy ku mnie. Mocno uminiony, cho zwinny, na oko czterdziestolatek. Jego twarz zastyga w firmowej masce Gromady prezentowanej obcym - uprzejmej i twardej niczym skay Gibraltaru. - Dobry wieczr pani. To prywatne ledztwo prowadzone przez Gromad. Jestem zmuszony prosi, aby opucia pani to miejsce. Pani... Aj. Signam pod koszul, gdzie na tasiemce nosiam zalaminowany identyfikator. Spojrza na dokument sygnowany maym kwadracikiem zaczarowanego srebra. - Zakon! - zawoa do pozostaych.Z ciemnoci wyoni si jeszcze jeden mczy-zna. Zjawi si znikd tam, gdzie przed chwil pod murem widniaa jedynie plama atramentowej czerni. Blisko metr dziewidziesit mini uksztatowanych jak u R O Z D Z I A P I E R W S Z Y 1 6 olimpijskiego atlety, obleczonych skr koloru gorzkiej czekolady. Zwykle nosi szeroki, skrzany paszcz, tym razem jednak ograniczy si do czarnych dinsw i koszulki. Kiedy podchodzi, minie jego torsu i ramion napinay si pynnie. Wyraz jego oblicza skania zapewne najwikszych awanturnikw do przemylenia pochopnych zapdw. Wyglda jak zawodowy obijacz mord, ktry uwielbia swoj prac. - Cze, Jim - powitaam go przyjanie. - Dobrze, e tu jeste. Zmiennoksztatny, ktry ze mn rozmawia, wrci do grupki. Jim poklepa Marigold po szyi. - Pracowita noc? - zagai. Mia melodyjny, aksamitny gos. Nie piewa, ale od razu wiedziao si, e potrafi, i gdyby to robi, kobiety cieliyby mu si u stp. - Mona tak powiedzie. Jim by moim partnerem jeszcze z czasw, kiedy podejmowaam si usug wycznie dla Gildii Najemnikw. Niektre scenariusze wymagay dwch aktorw, wic Jim i ja wystpowalimy w duecie, gwnie dlatego, e adne z nas nie strawioby innych najemnikw. Jim by ponadto kotem alfa swojego klanu oraz szefem bezpieczestwa Gromady. Widziaam, co potrafi i prdzej z wasnej woli wdepnabym w gniazdo wciekych mij ni z nim zadara. - Wracaj do domu, Kate. - W jego oczach mign zielonkawy poblask, kiedy zwierzca natura wychyna na moment na powierzchni. 1 7 | I L O N A A N D R E W S - Co tu si stao? - Sprawy Gromady. Jeden z wilkw szczekn cicho. Zmiennoksztat- na towarzyszka podbiega do niego, podnoszc co byskawicznie z ziemi. Zanim wepchna przedmiot do worka, zdoaam rozpozna znalezisko po ksztacie. Oddzielone w okciu ludzkie przedrami nadal okrywa strzp rkawa. Kod zielony siedem wanie awansowa na zielony dziesi. Zabjstwo zmien- noksztatnego. W sprawach przypadkowej mierci rzadko pojawiay si odcite czonki porozwlekane na miejscu zdarzenia. -Jak wspominaem, sprawy Gromady. - Jim spojrza na mnie znaczco. - Znasz prawo. Prawo gosio, e zmiennoksztatni stanowi odrbn grup spoeczn, jak na przykad plemi Indian, i posiadaj swoje wadze. Ustalali niezalene prawa i dopki prawa te nie naruszay swobd innych obywateli, mogli je egzekwowa we wasnym zakresie. Jeli Gromada nie yczya sobie mojej obecnoci w ledztwie, niewiele mogam na to poradzi. -Jako agentka Zakonu oferuj Gromadzie oficjaln pomoc. - Gromada docenia propozycj Zakonu. Jednak jej nie przyjmuje. Wracaj do domu, Kate - powtrzy Jim. - Ledwie si trzymasz na nogach. W wolnym przekadzie: Zmiataj, saby czo-wieczku. Duzi, silni zmiennoksztatni nie potrze-R O Z D Z I A P I E R W S Z Y 1 8 buj twoich bezwartociowych umiejtnoci ledczych". - Zaatwilicie to z glinami? Jim przytakn. Z westchnieniem wsiadam na Marigold i po- truchtaam do domu. Kto zgin. Nie ja rozwi t spraw. Troch podranio to moj zawodow ambicj. Gdyby nie pojawi si tam Jim, naciskaabym na ogldziny zwok. Ale skoro Jim mwi nie", byo to nie" ostateczne. Upr nie przynisby nic poza popsuciem stosunkw pomidzy Zakonem i Gromad. Jim nie by partaczem, wic bez wtpienia dobra sobie kompetentny i skuteczny zesp. Mimo to sprawa nie dawaa mi spokoju. Zaraz z rana zamierzaam zadzwoni do Wydziau Kontroli Zjawisk Paranormalnych i zapyta, czy maj jakie nowe raporty. Paragliny nie wyjawi treci raportu, ale przynajmniej bd wiedziaa, e Jim wypeni papiery. Nie ebym mu nie ufaa, ale sprawdzi nie zawadzi. Godzin pniej zostawiam Marigold w maej stajni na parkingu, sama za wspiam si po schodach do mieszkania. Odziedziczyam lokum po Gregu, moim opiekunie, ktry peni w Zakonie funkcj rycerza- -wrbity. Zgin p roku temu. Tskniam za nim tak bardzo, e a bolao. 1 9 | I L O N A A N D R E W S Dawno nic nie ucieszyo mnie tak bardzo, jak widok wasnych drzwi. Zamknam je za sob, zrzuciam wstrtne buty i postawiam w kcie, z zamiarem zajcia si nimi pniej. Odpiam sprzczki uprzy Zabjcy, mojego miecza, wyjam ostrze i pooyam na ku. Szarlotka saa kuszce sygnay. Powlokam si do kuchni, otworzyam lodwk i zagapiam w pusty talerz. Czybym j zjada? Nie pamitaam pochaniania tego ostatniego kawaka. A nawet jeli, nigdy nie zostawiabym w lodwce talerza.R O Z D Z I A P I E R W S Z Y 2 3 Na drzwiach wejciowych nie znalazam widocznych ladw wamania. Rozejrzaam si szybko po mieszkaniu. Nic nie zgino. Wszystko na swoim miejscu. Biblioteczka, w ktrej Greg trzyma ksiki i artefakty, wygldaa na nietknit. Czyli musiaam zje szarlotk i zapomnie o tym w szalestwie ostatnich dni. C, cholerny wiat. Przeklinajc pod nosem, umyam talerz i woyam go na miejsce pod kuchenk. Dobra, z ciasta nici, ale nikt nie odbierze mi gorcego prysznica. Rozbieraam si, siejc elementami garderoby po drodze do azienki, weszam pod tusz i z pomoc gorcej wody rozmydliam rzeczywisto mydem rozmarynowym. Telefon zadzwoni, kiedy wycieraam wosy. Otworzyam kopniakiem drzwi i spiorunowa- am wzrokiem stojcy przy ku rozbrzczany aparat. Telefony nie wryy nic dobrego. Zawsze oznaczay, e kto na drugim kocu linii umar, umiera lub komu umrze pomaga. Dryyy. Dry, dry. Dryyy? Westchnwszy, podniosam suchawk. - Kate Daniels. - Cze, Kate - odezwa si znajomy gos. - Mam nadziej, e ci nie obudziem? Saiman. Ostatnia osoba, ktr pragnam usysze. 2 4 | I L O N A A N D R E W S Saiman posiada encyklopedyczn wiedz na temat magii. By take zmiennoksztatnym, w kadym razie po czci. Pracujc dla Gildii Najemnikw, wykonywaam dla niego pewne zlecenie, podczas ktrego wydaam mu si zabawna. A poniewa go bawiam, zaproponowa mi swoje usugi jako eksperta z dziedziny magii, dajc na nie bandycki rabat. Niestety, nasze ostatnie spotkanie, podczas rozbysku, odbyo si na dachu jego wieowca, gdzie Saiman taczy nago. Z najwiksz erekcj, jak widziaam u czowieka. Nie by skory mnie stamtd wypuci. Musiaam skoczy, eby mu si wymkn. Zapanowaam nad gosem. Kate Daniels, mi-strzyni dyplomacji. - Nie mam ochoty z tob rozmawia, nie mam te zamiaru kontynuowa tej znajomoci. - Och, to pech. Aczkolwiek jestem w posiadaniu czego, co moe nalee do ciebie i co chciabym odda pod twoj piecz. Co, do licha? - Wylij poczt. - Obawiam si, e mgby stawi opr podczas wpychania do koperty. Stawi opr? On? Nie brzmiao to dobrze. - Nie chce si przedstawi, ale moe ci go opisz. Okoo osiemnastki, krtkie, ciemne wosy, zacita mina, wielkie brzowe oczy. Atrakcyjny jak na szczeniaka. Sdzc po odbiciu wiata w jego tapetum lucidum, jest 2 5 | I L O N A A N D R E W S zmiennoksztatnym. Zgaduj, e wilkiem. By z tob podczas naszego ostatniego, niefortunnego spotkania. Za ktre, przy okazji, szczerze przepraszam. Derek. Mj nastoletni, wilkoaczy eks-ochroniarz. Co on, u diaba, robi w mieszkaniu Saimana?R O Z D Z I A P I E R W S Z Y 2 0 - Daj mu suchawk z aski swojej - poprosiam spokojnie. - Derek? Powiedz co, na dowd, e to nie blef. Jeste ranny? - Nie. - Gos Dereka wibrowa warkotem. - Dam sobie rad. Nie przychod tu. To niebezpieczne. - Zaskakujce, jak toto troszczy si o twoje dobro, szczeglnie e sam siedzi w klatce - mrukn Sai- man. - Ciekawych sobie dobierasz przyjaci, Kate. - Saiman? -Tak? - Jeli cho wos mu z gowy spadnie, wyl do ciebie dwudziestu toczcych pian z pyskw zmien- noksztatnych. - Nie bj si, nie zamierzam ciga sobie na kark gniewu Gromady. Twj przyjaciel jest cay i zdrowy. Jeli jednak nie zjawisz si po niego przed wschodem soca, oddam go w rce odpowiednich wadz. - Przyjd. W tonie Saimana pobrzmieway ledwie syszalne nuty kpiny. - Czekam z niecierpliwoci.x 4k* * > > ROZDZIA DRUGI a miejsce dotaram przed trzeci. 4 " Saiman posiada apartament na pitnastym pitrze jedynego ocalaego wieowca w Buck- head. Magia nie znosia wysokociowcw, nie znosia wszystkiego, co wielkie i zaawansowane technologicznie. Ogryzaa stalowo-betonowe drapacze dopty, dopki z dumnych konstrukcji nie pozostay cztero-, piciopitrowe kikuty sterczce smtnie tu i wdzie w rdmieciu niczym zdewastowane pomniki dawno wymarej cywilizacji. Lenox Point, przemianowany na Champion Heights i wielokrotnie przebudowywany, zosta osonity zoonym zaklciem, tworzcym wobec magii iluzj granitowej skay. Podczas zwykego napywu magii wieowiec wyglda jak monolit granitu, w czasie rozbysku czciowo si nim sta. Teraz jednak, w czasie dominacji techniki, by zwykym wieowcem. Zaleao mi na czasie, pojechaam wic moim benzynoernym subaru, Betsi. Odpyw magii nastpiR O Z D Z I A D R U G I | 2 2 niedawno, a biorc pod uwag sabe natenie ostatniej fali, technika powinna utrzyma si jeszcze co najmniej par godzin. Zaparkowaam zdezelowan Betsi obok lnicych wozw, ktre byy warte pewnie wicej ni moje dwuletnie zarobki i weszam po betonowych schodach do przedsionka otoczonego stalowymi pytami oraz kuloodpornymi szybami. Potknam si na stopniu, o mao nie upadajc. wietnie. Saiman by przeraliwie spostrzegawczym, inteligentnym obserwatorem, co czynio z niego wyjtkowo niebezpiecznego adwersarza. Konfrontacja z nim wymagaa przytomnoci umysu, a ja byam tak zmczona, e zasypiaam na stojco. Jeli szybko nie oprzytomniej, Dereka czeka rejs po morzu blu. W okresie dojrzewania zmiennoksztatny mg pj ciek loupa lub Kodeksu. Wybr tej pierw-szej oznacza poddanie si bestii i stoczenie po rwni pochyej penej morderstw, kanibalizmu i szalestwa a na dno, gdzie koniec niosy cudze ky, ostrza lub srebrne kule. Kodeks wymaga dyscypliny, samokontroli, elaznej woli i stosowania si do zasad dajcych zmiennoksztatnym jedyn moliwo funkcjonowania w ludzkim spoeczestwie. Przyjcie Kodeksu rwnao si take przyczeniu do Gromady, gdzie panowaa nienaruszalna hierarchia, a wadz dzieryy osobniki alfa, na barkach ktrych spoczywa rwnie ciar odpowiedzialnoci za ca wsplnot. Gromada z Atlanty bya prawdopodobnie naj-wiksz w kraju. Liczebnoci rwna si z ni moga jedynie Lodowa Furia z Alaski. Gromada wyrniaa si take z innych wzgldw. Znana bya z lojalnoci swych czonkw, odpowiedzialnoci, respektu dla hierarchii oraz 2 3 | I L O N A A N D R E W S honorowoci. Nalecy do Gromady zmiennoksztatni nie pozwalali sobie zapomnie, i wikszo spoeczestwa postrzega ich jako bestie i ciko pracowali nad budow oraz utrzymaniem wizerunku powcigliwych, praworzdnych istot. Kary za samowolny wystpek byy surowe i nieuchronne. Wpadka z wamaniem do mieszkania Saimana moga doprowadzi Dereka do zguby. Ustosunko-wany Saiman bez trudu mgby rozdmucha spra-w, a to stanowioby solidny policzek dla Gromady i oznaczao kompromitacj. Ju na wie o morder-stwie osobniki alfa skupione w Radzie Gromady zapewne wyaziy ze skry, eby co zrobi. Niebezpiecznie byoby teraz pogbia ich rozdranienie. Musiaam wycign Dereka z mieszkania szybko i dyskretnie, starajc si zminimalizowa ryzyko zamieszania. Zaomotaam w krat dzielc przedsionek od westybulu. Stranik siedzcy za ustawionym po-rodku marmurowej posadzki opancerzonym kontuarem skierowa na mnie luf AK-47. Przedstawiam si i, zgodnie z oczekiwaniami, zostaam wpuszczona. Mio ze strony Saimana, e uprzedzi o mojej wizycie. Winda wyplua mnie na korytarz wyoony chodnikiem grubszym chyba od mojego materaca. Zanim signam do przycisku dzwonka przy drzwiach, usyszaam kliknicie zwalnianej blokady zamka. W progu powita mnie Saiman. Tym razem z myl o mnie przybra swoj neutraln form, ysego mczyzny redniego wzrostu, szczupej budowy, odzianego w biay dres. Lekko opalona, symetryczna fizjonomia bya, mwic wprost, atrakcyjna, cho pozbawiona wszelkich emocji. Rozmowa z nim zwykle przypominaa dialog ze R O Z D Z I A D R U G I | 2 4 zmtniaym lustrem - Saiman lubi naladowa mimik interlokutorw, wiedzc doskonale, e zbija ich tym z tropu. W jego niezwykych oczach odbijao si to, co skrywao oblicze; ciemne, byszczay ywym inte-lektem. W tej chwili skrzyo si w nich rozbawienie. Ciesz si, pki moesz, Saiman. Nie przyszam tu bez miecza. - Nawet nie wiesz, jak si ciesz, e ci widz, Kate. Bez wzajemnoci. - Gdzie Derek? - Wejd, prosz. Przekroczyam prg wycyzelowanego architektonicznie apartamentu, monochromatycznego wntrza nakrelonego ultranowoczesnymi liniami i ksztatami, ktrego surowo zagodzono biaymi pluszowymi poduchami. Nawet umieszczona pod cian klatka Dereka pasowaa stylem do stolika ze stali i szka oraz industrialnych elementw iluminacji. Dostrzegszy mnie, Derek nie odezwa si, na-wet nie drgn, jednak wbi we mnie wzrok, ledzc kady ruch. Przyjrzaam mu si dokadniej. Na pierwszy rzut oka nic mu nie byo. -Jeste ranny? - Nie. Niepotrzebnie przychodzia. Dam sobie rad. Najwyraniej go nie doceniaam. Na pewno za-mierza poderwa si lada chwila, wyama dwuca- lowe, srebrne prty klatki, oczywicie nie zwaajc, e srebro jest dla niego toksyczne, a nastpnie z bo-haterskim okrzykiem skopa Saimanowi tyek. Ju za minut. Ju za momencik. Westchnam. O losie, zbaw mnie od brawury nastoletnich bawanw. 2 5 | I L O N A A N D R E W S - Usid, prosz, Kate. Czego si napijesz? - Sai-man przemieci si w stron barku. - Wody. Wysunam z pochwy Zabjc. Dugie, smuke ostrze zalnio w wietle elektrycznych lamp. Sai-man zerkn na mnie ponad barkiem. Miae okazj zapozna si z moim mieczem? Jest zabjczy. Pooywszy miecz na stoliku, usiadam na sofie, kierujc spojrzenie na Dereka. Mimo dziewitnastu lat pozostay w nim jeszcze lady modzieczej nie- zgrabnoci. Dugie nogi i smuke ciao dopiero za kilka lat nabior atletycznych ksztatw. Krtko cite, brzowe wosy ciemniay, lnic chodniejszymi refleksami. Rysy twarzy, teraz cignite w ponurym grymasie, charakteryzoway si owym wieym, marzycielskim piknem, na widok ktrego serca nastolatek - i pewnie czci ich matek - topniay w uamku sekundy. Kiedy poznaam go jaki czas temu, by liczny. Teraz powoli jego uroda dryfowaa ku przystojnoci, gwarantujc mu przyszo doborowego poeracza serc niewiecich. Szczeglnie oczy stwarzay zagroenie dla pci piknej - wielkie, ciemne, obramowane dugimi rzsami, rzucajcymi cienie na policzki. Cud, e w ogle mg spokojnie chodzi po ulicy. Waciwie dziwiam si, e do tej pory nie aresztowano go jako przyczyny plagi omdle na-stoletnich kobietek. Biorc pod uwag to i dodajc skonnoci Saima- na do bzykania wszystkiego, co ywe, baam si, e zastan Dereka przykutego do ka, o ile nie gorzej. - Po naszej rozmowie przypomniaem sobie, gdzie widziaem twojego przyjaciela. - Saiman przynis dwa krysztaowe kieliszki, z winem dla siebie oraz wod dla mnie. Przyjrzaam si badawczo przejrzystej cieczy. adnego proszku, R O Z D Z I A D R U G I | 2 6 musujcej piguki, adnych wyranych ladw podejrzanej zaprawy. Pi czy nie pi? Oto jest pytanie. Pocignam yk. Nawet jeli czego mi dosypa, dam rad zabi go, zanim strac przytomno. Saiman posmakowa wina, podajc mi zrolowa-n gazet. Przed Przesuniciem prasa bya upadajc bran, jednak kiedy okazao si, e fale magii siej zamt w Internecie, papierowe wydania wiadomoci wrciy do ask w penej blasku chwale. Zdjcie w tej gazecie ukazywao pospny budynek z czerwonej cegy, otoczony gruzami muru, za ktrym spoczywao trucho smoka, waciwie szkielet z gnijcymi resztkami ciaa. Wok cierwa potwora leao kilka martwych kobiet. WADCA BESTII UWALNIA MIASTO OD MANIAKALNEGO ZABJCY, brzmia nagwek. Ani sowa o mnie. Dokadnie tak, jak mi odpowiadao. Druga fotografia przedstawiaa Dereka niesionego przez Doolittle'a, lekarza Gromady. Oprawca poama Derekowi nogi i zaku w specjalnie skonstruowane kajdany, eby koci nie mogy si zrosn. - Strzygo obra chopaka na cel ze wzgldu na ciebie - rzek Saiman. - Zgaduj, e wie go z tob przysiga krwi. Saiman czerpa wiedz z wielu rde i hojnie paci za informacje, ale Gromada nie rozmawiaa z obcymi, koniec kropka. Jak wic, u diaba, zdoby t nowink? - Zosta ju z niej zwolniony. - Curran, Wadca Bestii, przywdca Gromady z Atlanty i bezkonkurencyjny dupek, ktry dosownie trzyma w pazurach ycie Dereka, uwolni chopaka od zobowizania po zakoczeniu sprawy z, jak to nazwaa gazeta, Maniakiem z Czerwonego Punktu". 2 7 | I L O N A A N D R E W S - Magia ma szczeglne waciwoci, Kate. Gdy zadzierzgnie si przy udziale magii wi, jej wpyw obejmuje wszystkich uczestnikw zaklcia. Znaam teori wzajemnoci Newmana, jak kady zreszt. Saiman prbowa pocign mnie za jzyk. Z radoci sprawiam mu zawd. -Jeli sdzisz, e przybyam tu, kierujc si im-pulsem wywoanym przysig krwi, to grubo si mylisz. Derek nie jest moim kochankiem, krewnym ani te kim szczeglnie wanym dla Gromady. Przyszam, poniewa jest moim przyjacielem. Gdybym to ja bya na jego miejscu, w tej chwili ty leaby martwy, a twj stolik peniby aktualnie rol narzdzia do wyamania krat w tej klatce. - Obdarzyam Saimana najtwardszym spojrzeniem z mojej palety min. - Nie mam zbyt wielu przyjaci, Saiman. Jeli co mu si stanie, potraktuj to jako bardzo osobist spraw. - Grozisz mi? - W gosie Saimana pobrzmiewaa jedynie nutka umiarkowanego zainteresowania. - Informuj o reguach gry. Jeli go skrzywdzisz, ja skrzywdz ciebie bez wzgldu na konsekwencje. Saiman skin powanie gow. - Wezm pod uwag twoje zaangaowanie emocjonalne. Nie wtpiam w to. Saiman zawsze bra wszyst-ko pod uwag. Handlowa informacjami, sprzeda-jc je temu, kto oferowa najwicej. Zdobywa swj towar, okruch po okruchu wyawiajc ze spkanej mozaiki rnych konwersacji i nigdy o niczym nie zapomina. Odstawi wino i splt dugie palce. - Jednake twj przyjaciel wama si tu z zamiarem kradziey mojej wasnoci. Jestem zmuszony zauway, i jakkolwiek twoje umiejtnoci w dziedzinie stosowania przemocy wzbudzaj we mnie respekt, wiem te, e nie R O Z D Z I A D R U G I | 2 8 zabijesz mnie bez powodu. A poniewa nie zamierzam ci takowego dostarcza, w tej partii ja rozdaj karty. To prawda. Gdyby sprawa wysza na jaw, Derek miaby do czynienia z Curranem. Wadca Bestii by potnym, aroganckim sukinsynem, ktry wada Gromad elazn rk o dugich pazurach. Ja i Curran bylimy jak gliceryna i kwas azotowy. Wy-starczyo umieci nas razem, wstrzsn odrobin, a potem pa na ziemi i czeka na niechybny wy-buch. Jednak mimo wad, tak wielu, e do policzenia ich musiaabym poyczy wszystkie palce Saimana, Curran nikogo nie faworyzowa. Derek zostaby ukarany, a kara byaby sroga. Napiam si wody. - Przyjam. A tak z czystej ciekawoci, co chcia ukra? Ze sprawnoci wytrawnego prestidigitatora Saiman wyczarowa skd dwie prostoktne tekturki. Magia nie dziaaa, musiaa wic to by zrczna sztuczka. Zanotowaam w duchu, eby nigdy nie gra z nim w karty. - Przyszed po to. - Saiman wycign rk z kartonikami. Przyjrzaam si im, nie dotykajc. Na krwistoczerwonym pergaminie widniay zote litery ukadajce si w napis PNOCNE ROZGRYWKI". - Pnocne Rozgrywki? - To zaproszenia na turniej walk nadprzyrodzo-nych. A niech to. - Rozumiem, e jest nielegalny. - W najwyszym stopniu. W dodatku Wadca Bestii kategorycznie zabroni czonkom Gromady ogldania go, a tym bardziej uczestnictwa. wietnie. Raz, Derek wama si do mieszkania Saimana. Dwa, zrobi to z zamiarem kradziey 2 9 | I L O N A A N D R E W S Trzy, chcia ukra wejciwki na nielegalny turniej walk, na ktrym obecno rwnaa si zamaniu Prawa Gromady. Za co takiego Curran obdarby Dereka ze skry, i to niekoniecznie w sensie metaforycznym. Gorzej ju by nie mogo. - W porzdku. Jak to zaatwimy? -Jestem skonny puci chopaka i zapomnie o wszystkim pod warunkiem, e jutro pjdziesz ze mn na turniej. Najwyraniej nigdy nie jest tak le, eby nie mogo by gorzej. - Nie - zaprotestowa Derek. Obracaam w palcach krysztaowy kieliszek, grajc na zwok. W szkle misternie wyrnito herb przedstawiajcy owinitego wok pomienia wa. Kady szczeg wzoru skrzy si w wietle lamp, a uski wa mieniy si migotliw feeri barw. - Pikny, nieprawda? - Owszem. - Riedel. Rcznie rnity kryszta. Limitowany wyrb, istniej tylko dwa takie. - Dlaczego chcesz, ebym ci towarzyszya? - Z dwch powodw. Po pierwsze, potrzebuj twojej profesjonalnej opinii. Tak si zoyo, e nie-odzowna mi jest ekspertyza specjalisty w dziedzi-nie walki. Uniosam brwi. - Chc, eby ocenia jedn z druyn biorc udzia w Rozgrywkach. - Saiman pozwoli sobie na lekki umiech. W porzdku. To mogam zrobi. - A po drugie? Przez dusz chwil Saiman przyglda si ba-dawczo kieliszkowi, po czym roztrzaska go o blat stou. Kryszta rozpad si z czystym pobrzkiem, zasypujc dywan deszczem lnicych okruchw. Derek warkn krtko. R O Z D Z I A D R U G I | 3 0 Zdawiam pokus zareagowania na ten melodra- matyczny wyczyn wywrceniem oczami i wskazaam brod wikszy odamek. -Jeli zamierzasz mnie tym zaatakowa, nie masz szans. Butelka sprawiaby si lepiej ni ta igieka. Oczy Saimana zabysy radonie. - Nie, chciaem tylko uwypukli pewien aspekt filozoficzny. W tej chwili trzymasz w doni jedyny w swoim rodzaju kieliszek. Szczyt luksusu, absolutna niepowtarzalno. Ciao mczyzny zafalowao, nabierajc plastycznoci podgrzanego wosku. Mj odek wszcz rewolt. Znw to samo. Saiman akumulowa magi niczym bateria, ale nie przypuszczaam, e przy tak wysokim poziomie techniki da rad metamorfowa. C, czowiek uczy si przez cae ycie. Barki Saimana poszerzyy si, a szyja, tors i uda nabray masy, napinajc materia dresu. Na przedramionach pojawiy si wyrane muskuy. Koci czaszki zadrgay, falujc pod skr na twarzy. Omal nie zwymiotowaam. Spoglda na mnie nowy wizerunek Saimana. Przystojna, silna, zmysowa twarz o mocno zaznaczonej szczce, wysokich kociach policzkowych, przymruonych, zielonych oczach w rudawej oprawie. Gste, jasne wosy spyway lnicymi falami na szerokie ramiona. - Dla wikszoci ludzi te jestem szczytem luk-susu. Atleta zapad si, tracc muskulatur. Jego ciao zafalowao, zaczo si skrca, lecz oczy pozostay te same. Utkwiam wzrok w tych oczach, czepiajc si ich jak kotwicy. Nawet kiedy kciki opady, tczwki pociemniay, a na powiekach pojawia si 3 1 | I L O N A A N D R E W S aksamitna firanka gstych rzs, nada wyziera z nich Saiman. - Mog zaoferowa znacznie wicej ni tylko wietny seks - rzeka oszaamiajca pikno. - Jestem spenieniem wszelkich ycze. Mog by wszystkim, co zechcesz. Kadym, kogo pragniesz. Potrafi urzeczywistni twoje najskrytsze fantazje. A nawet wicej, da ci to, co zakazane. Jego twarz znowu zafalowaa. Derek. Cakiem udana kopia. Przy kiepskim wietle daabym si nabra. Ciao jednak pozostao kobiece. Saiman zaczyna odczuwa zmczenie. Przed spotkaniem musia pochon kilka litrw odywek, eby mie siy na urzdzenie dla mnie takiego pokazu. - Mog da ci twojego przyjaciela. - Rozpromie-ni si Saiman-Derek. - Bez poczucia winy. I nikt nigdy si o tym nie dowie. Twarze, ciaa, ktre staj ci przed oczyma, kiedy si zaspokajasz? Dostaniesz je wszystkie, prawdziwe, z krwi i koci. Derek gapi si oniemiay z wyrazem niewyso- wionej odrazy. - Czy ten popis ma jaki cel poza zadrczaniem mojego odka? - Odmawiasz wszystkiego, co ci proponuj, Kate - westchn Saiman. - Ranisz moj dum. Skrzyowaam ramiona na piersiach. - Odmawiam, bo bez wzgldu na form, jak przyjmujesz, wiem, e to ty. Poza tym, nie pragniesz mnie dla mnie, ale dlatego, e ci si opieram. Rozway moje sowa. - Moliwe. Summa summarum, rezultat jest ten sam. Odmawiajc, stajesz si moim szczytem luksusu. Jedyn rzecz, ktrej nie mog mie. Nie chcesz si ze mn widywa. Nie oddzwaniasz. Moje przeprosiny za to, co zdarzyo si podczas rozbysku, przeszy bez echa. Trudno uwodzi R O Z D Z I A D R U G I | 3 2 kobiet, ktra nie dostrzega twojego istnienia. Ju si ciesz na to wsplne wyjcie, bd ci mia dla siebie przez ca noc. - Pieprzony perwers. - Derek w kocu znalaz adekwatne sowa wyraajce jego ocen sytuacji. - Osobicie wol okrelenie dewiant seksual-ny" - powiedzia Saiman. - Poczekaj, niech tylko wyjd z tej... Gestem powstrzymaam Dereka przed wymie-nieniem listy wyjtkowo brutalnych i bez wtpienia kryminalnych czynw, jakich miaby ochot dopuci si na Saimanie. - Pjd z tob na turniej. - Mimo e wolaabym czyci w tym czasie szalety. - W zamian fakt wa-mania Dereka do twojego mieszkania uznasz za niebyy, oddasz te wszelkie dowody jego bytnoci tutaj. I nie licz na nic w rodzaju randki. adnego uwodzenia, podchodw ani tym bardziej seksu. To moja jedyna oferta i nie podlega negocjacjom. Jeli j przyjmiesz, zwa, e uczestniczc w tym nielegalnym spotkaniu, nadal bd przedstawicielem Zakonu, wic nie stawiaj mnie w sytuacji, w ktrej musiaabym jako zareagowa. Saiman wsta i poszed do swojego laboratorium, wracajc z plikiem wydrukowanych zdj, przedstawiajcych Dereka w caej okazaoci i w klatce. Wrczy mi fotografie, po czym na moich oczach wymaza kart pamici w aparacie. Na obliczu Dereka odmalowao si poczucie winy. I bardzo dobrze. Zamierzaam wykorzysta to do wycignicia z niego informacji. Saiman nacisn guzik pilota i drzwiczki klatki stany otworem. Derek wyskoczy jak spryna, ale wkroczyam do akcji, zanim do listy przestpstw zdoa doda jeszcze zabjstwo. - Przyjad po ciebie o dziesitej - powiedzia Sai-man. 3 3 | I L O N A A N D R E W S Odetchnam, kiedy szklane drzwi westybulu zamkny si za nami. Do witu byo jeszcze daleko, parking ton w mroku. Chodne nocne powietrze wydawao si wyjtkowo orzewiajce po dusznej atmosferze wieowca. Derek potrzsn gow, jakby chcia usun nieprzyjemny opar spod czaszki. - Dziki. - Nawet o tym nie wspominaj. 4 0 | I L O N A A N D R E W S - Nie trzeba byo wazi oknem. - Derek zmierzy wzrokiem drapacz. - Zaoyem, e nikt nie zabezpiecza okien na pitnastym pitrze. Ae on naszpikowa puapkami cae mieszkanie. - Kilka lat temu mia kopoty z wamywaczami. Dlatego jaki czas pracowaam u niego jako ochro-niarz. - Pami uraczya mnie ywym obrazem mczyzny ze sterczcym z oka tym owkiem i krwawymi odciskami moich palcw na jaskrawej osonce. Dziki ci, o moja ty niezawodna, za kolejn prb przeszkodzenia w rozmowie. - Saiman przykada wielk wag do zabezpiecze. -Ta. Dotarlimy do mojego samochodu. - Na rogu Ponce de Leon i Martwego Kota doszo do zabjstwa zmiennoksztatnego. Na miejscu by Jim i ekipa z Gromady. Wiesz co na ten temat? Przez twarz Dereka przemkn ponury cie. - Nie. Kto zgin? - Nie mam pojcia. Jim nie pozwoli mi si zbliy do ciaa. - Spojrzaam chopakowi prosto w oczy. - Miae z tym co wsplnego, Derek? -Nie. -Jeli tak, musisz mi o tym powiedzie. - Nie miaem. Wierzyam mu. Derek posiada wiele umiejtnoci, jednak kamanie do nich nie naleao. Stalimy przy samochodzie. No, dalej, zoty chopcze. Przecie chcesz mi powiedzie, o co w tym wszystkim chodzi. - Nie powinna i z tym psycholem. - Derek przeczesa wosy palcami. - Jest niebezpieczny. - Daam sowo. Musz to zrobi. Poza tym Sai-man jest degeneratem. Kieruj nim dze. Jego nadrzdnym celem jest zaspokajanie wasnych R O Z D Z I A D R U G I | 4 1 popdw, a to czyni go przewidywalnym. Nic mi nie bdzie. Nieopodal rozlego si histeryczne szczekanie psa. Derek zerkn w stron, z ktrej dobiega haas. W jego tczwkach zamigota ty blask. Chopak skoncentrowa si, pochyli gow i wsucha w od-gosy nocy, przyczajony, zjeony jak tkwicy tu pod jego skr wilk. Spry si, jakby lada chwila mia skoczy. Dziao si tu co niedobrego. - Derek? Rozluni si pozornie, przybierajc na twarz nieprzeniknion mask, ale bestia nie daa si poskromi. Widziaam w oczach chopaka, jak wyje i szarpie pazurami, prbujc wydrze si na wolno. - Sprawa Gromady czy osobista? - Osobista. - Curran o tym wie? Derek wbi wzrok w ziemi. Czyli nie. - Mog ci jako pomc? -Nie. - Fatygowaam si taki kawa, eby ci wydosta, a ty mi nawet nie powiesz, o co chodzi? Potrzsn gow, odchodzc w noc. To tyle, jeli chodzi o poczucie winy. 3 7 | I L O N A A N D R E W S Obserwowaam, jak jego naturalny krok przera-dza si w rytmiczny, wyduony wilczy chd. Mg w ten sposb i wiele dni, pokonujc znaczne odlegoci. Dotarszy do ogrodzenia, skoczy na betonowy mur, zmieniajc zdanie w p ruchu. Wygldao to niezwykle osobliwie: wystrzeli jak spryna, a nie mogc powstrzyma ju skoku, zamiast w dal, wzbi si prosto w gr i opad dokadnie w poprzednie miejsce, po czym okrci si byskawicznie na picie i ruszy ku mnie biegiem. Znowu sta przede mn. - Skamaem. Potrzebuj twojej pomocy. - Kogo mamy zabi? - Masz co do pisania? W samochodzie lea dugopis oraz notes. Poda-am mu je. Naskroba co pospiesznie na karteczce, wydar j i zoy na p. - Obiecaj, e tego nie przeczytasz. To bardzo wane. To najwaniejsza rzecz w caym moim yciu. Na turnieju bdzie dziewczyna. Ma na imi Liwia. Jest jedn z dwch kobiet w druynie Rozpruwaczy. Ma dugie, ciemne wosy. Daj jej to, prosz. Dziewczyna. Naraa si na gniew Currana dla dziewczyny! Z drugiej strony, nic dziwnego. Mia dziewit-nacie lat, szalaa w nim burza hormonw. Nigdy jednak nie przypuszczaam, e Derek jest w stanie straci gow do tego stopnia. By typem stoika, ktry do mistrzostwa opanowa zasady swojej filozofii. Mao tego, chopak caowa ziemi, po ktrej stpa Curran. Musiao si za tym kry co wicej. Niestety, oblicze Dereka przypominao granitow mask. R O Z D Z I A D R U G I | 3 8 - Chciae ukra zaproszenie, eby poda dziewczynie ten licik? -Tak. Podrapaam si po gowie. - Wiem, e masz kopoty. Czuj to. Zwykle w podobnych sytuacjach przechodz w tym momencie do groenia straszliwymi uszkodzeniami ciaa i obietnic tacw na grobie delikwenta, jeli nie usysz tego, czego chc si dowiedzie. Jest tylko jeden malutki problem. Derek rozjani si, powracajc na chwil w pe-nej chwale zotego chopca. - Bo nie uwierz w grob poamania wszystkich koci? - Dokadnie. Zachichota. - Powiedz, w czym rzecz. Pomog ci bez wzgl-du na wszystko. - Nie mog, Kate. To co, co musz zrobi sam. Prosz ci, daj jej t kartk, dobrze? Obiecaj mi to. Miaam ochot chwyci Dereka i wytrzsn z niego prawd. Jednak jedynym sposobem na pozo-stanie w grze byo przekazanie notatki. - Obiecuj. -1 przysigasz, e dostarczysz j, nie czytajc? Na mio bosk. - Dawaj ten przeklty wistek. Mwiam przecie, e nie zajrz i oddam. 3 9 | I L O N A A N D R E W S Wyrwaam mu karteluszek z rki. - Dzikuj. - Przez twarz Dereka przemkn lek-ki umiech. Odwrci si i ruszy biegiem. Zanim si obejrzaam, znikn, wtapiajc si w mrok alejki pomidzy zrujnowanymi budynkami. Zostaam na parkingu z kartk w rku. Ciarki przebiegy mi po plecach. Derek wpakowa si w jakie tarapaty. Nie wiedziaam, jak i czego dotycz, ale miaam silne przeczucie, e jest le, a skoczy si moe nawet gorzej. Rozsdek podpowiada, e powinnam przeczyta ten licik. Westchnam, wsiadam do samochodu i wsunam karteczk do schowka. Nie naleaam do osb kierujcych si rozsdkiem. Przyrzekam co, wic musiaam dotrzyma obietnicy. Bolay mnie plecy, czuam kad ko. Mylaam tylko o tym, eby si pooy, zamkn oczy i zapomnie o boym wiecie. Zapiam pasy. Musiaam dowiedzie si czego o turnieju i potrzebowaam zdoby te informacje jeszcze przed wieczorem. Postanowiam rano przejrze akta w Zakonie. I sprawdzi, co z tym raportem w PWKZP. Nic nie wskazywao, e kopoty Dereka cz si ze spraw morderstwa, ale lepiej wykluczy t moliwo. Mimo e ledztwo spoczywao w rkach Gromady. Mimo e nie byo to moje zlecenie. Mimo e wcale mnie to nie interesowao. Ani troch. Siedzc w samochodzie i czujc, jak ogarnia mnie coraz wiksze znuenie, pomylaam o Curranie. Dwa miesice temu, wrciwszy do domu, zastaam Wadc Bestii z ksik w rku. Wymienilimy kilka zda, zagroziam mu cikim uszkodzeniem ciaa, jeli nie wyjdzie, a on zbliy si, jakby chcia mnie pocaowa. Jednak puci tylko do mnie oko, szepn: Przerobiem ci" i wyszed. R O Z D Z I A D R U G I | 4 0 Zaparzy mi kaw. Wypiam j co do kropelki. Nie wiedziaam, czy jeszcze kiedy wrci, ale wolaam si przygotowa. Setki razy wyobraaam sobie nasze spotkanie. Obracaam w mylach rne wersje rozmw naszpikowanych docinkami i citymi ripostami. Dra si nie pojawia. Z upywem czasu jego nieobecno utwierdzaa mnie coraz bardziej w przekonaniu, e ju nie wr-ci. Stao si jasne jak soce, e mnie podpuszcza, a kiedy mu si udao, zabawa si skoczya i straci zainteresowanie. Dla mnie bomba. Idealne rozwi-zanie. niam o nim raz czy dwa, ale poza tym re-welacja. Nie wiedziaam, gdzie zawiedzie mnie sprawa Dereka, lecz niezbyt kusia mnie myl, e na kocu tej drogi mogabym natkn si na Currana. Najwaniejsze to mie plan dziaania. Urucho-miam silnik. Punkt pierwszy planu: unika Wadcy Bestii. Punkt drugi: nie zasn.'S T . y \ ROZDZIA TRZECI Miaam wietny refleks. Dziki temu, mimo e zerwaam si z krzesa i wskoczyam na biurko z zamiarem podernicia garda intruzowi, ktry wszed do mojego gabinetu, zdoaam powstrzyma ostrze centymetr od krtani Andrei. Bya moj przyjacik, a rozpatanie garda najlepszej przyjacice powszechnie postrzegano jako towarzyskie faux pas. Andra spojrzaa zezem na sztylet. - Super. Co pokaesz za dolara? Skrzywiam si paskudnie. - Robi wraenie, ale niewarte miedziaka. - An-dra przysiada na brzegu biurka. Niewysoka blon-dynka, zabjcza. Penoprawny rycerz Zakonu o sympatycznej buzi, ktra z miejsca nastawiaa ludzi przyjanie, skaniajc do otwarcia duszy. Raz po-szymy z Andre na zakupy, podczas ktrych przynajmniej trzy cakiem obce osoby opowiedziay jej histori swojego ycia. Mnie si ludzie nie zwierzali. Zwykle schodzili mi z drogi, mwic rzeczyR O Z D Z I A T R Z E C I j 4 8 w rodzaju: Bierz co chcesz, tylko odejd". Oczywi-cie jeli obcy wiedzieliby, e Andrea z dwudziestu metrw trafia w kropk na kostce domina, zapewne zachowaliby swoje problemy dla siebie. Andrea obrzucia wzrokiem lece na blacie akta. - Mylaam, e masz dzisiaj wolne? - Bo mam. - Zeskoczyam z biurka. Przespawszy si trzy godzinki, przyszam do biura, eby poszuka jakich informacji na temat Pnocnych Rozgrywek. Mimo niemal krytycznego nasycenia organizmu kofein, zasnam z twarz w przegldanych papierach. Co tumaczy, dlaczego nie usyszaam wejcia Andrei. Zwykle nie miewaam takich zryww, chyba e kto zaskakiwa mnie we nie. Potaram twarz, chcc usun zmczenie. Kto nala mi do gowy oowiu, kiedy spaam, a teraz ten przewala si pod czaszk, wypeniajc j haasem. - Szukam czego o Pnocnych Rozgrywkach. Niestety, teczka z dokumentami na ten temat cierpiaa na zaawansowan anoreksj. Trzy strony pobienie opisujce organizacj, adnych szczeg-w. To oznaczao, e istniaa druga teczka, dua, tuciutka, ze licznym gryfem Tajne" na okadce, gryfem, ktry czyni j dla mnie niedostpn. Jeli chodzi o uprawnienia dostpu, posiadaam minimalne. W takich momentach aowaam, e nie jestem penoprawnym rycerzem Zakonu. W zwizku z tym miaam takie same szanse na dostanie rzeczonych akt, jak na zjedzenie lodw w biblijnym piekle. 4 3 | I L O N A A N D R E W S - Niewiele wiem na ten temat - rzeka Andrea. - Ale jeden z moich szkoleniowcw siedzia w turniejach, jeszcze zanim zostay zdelegalizowane. Opowiem ci, jak to dziaao wtedy. Podczas lunchu. - Lunchu? - Dzisiaj pitek. Rzeczywicie. Zawsze w pitki jadaymy z An- dre lunch. Zwykle wpadaa po mnie do biura i nie pozostawiaa mi wyboru w tym wzgldzie. Kanony yciowe Andrei jasno reguloway kwestie jadania lunchw z przyjacimi. Ja sama nie przywykam jeszcze do posiadania przyjaci. Trwae relacje byy luksusem, na jaki przez wikszo ycia nie mogam sobie pozwoli. Na przyjaci mona liczy, pomagaj ci, broni, ale take zwikszaj prawdopodobiestwo wystawiania si na niebezpieczne sytuacje, kiedy sam chcesz ich chroni. Podczas rozbysku wsppracowaam z Andre. Ocaliam jej ycie, ona ocalia dziecko, Julie, na kt-rym mi zaleao. Matka Julie zagina tu przed rozbyskiem, a dziewczynka znalaza si na ulicy. Szalestwo magii sprawio, e dziecko stracio matk na dobre, byo zmuszone zabija demony i zyskao zwariowan ciotk Kate. Sdziam, e po caym zamieszaniu z rozbyskiem drogi moje i Andrei rozejd si, ale Andrea miaa inne plany. Zostaa moj przyjacik.Mj odek zacz gono domaga si paliwa. Jedzenie i sen - mona si obej czasowo bez jednej z tych rzeczy, ale nie bez obu jednoczenie. Wsunam Zabjc do pochwy, schowaam n do futerau przy pasie i zapaam torb. Andrea spraw-dzia oba Sig-Sauery P226, ktre nosia w kaburach na biodrach, poklepaa zawieszony obok n myliwski i skontrolowaa zapasow bro R O Z D Z I A T R Z E C I j 5 0 przytroczon do kostki. Byymy gotowe do wyjcia. Wpatrywaam si w wielki talerz gyrosa. - Umaram i trafiam do nieba. - Na razie tylko do Partenonu - sprostowaa An-drea, zajmujc miejsce naprzeciwko. - Fakt. - Do nieba mogabym si dosta, tylko wysadzajc Perowe Wrota. Siedziaymy na obstawionym rolinami grnym tarasie greckiej knajpki o wdzicznej nazwie Parte- non". Z naszego stolika roztacza si widok na ruchliw ulic poniej. Jedyn wad tego lokalu byy meble. Nie miaam nic do zarzucenia porzdnym, drewnianym stoom, ale ju metalowe, przytwierdzone do podogi krzesa uniemoliwiay mi zajcie pozycji pozwalajcej na obserwowanie drzwi. Zgarnam miso pit. Nie mogam uwolni si od obrazu lekko umiechajcego si Dereka, stojcego na otulonym noc parkingu. Wielka, cika gula troski gniota mnie w doku ju od paru godzin. Utknam. Poza Derekiem, ktry milcza, jedynymi osobami mogcymi rzuci nieco wiata na ca spraw, byli czonkowie Gromady. Niewykluczone, e istnia jaki sposb na poruszenie tego tematu, unikajc wspominania o spektakularnej eskapadzie 4 5 | I L O N A A N D R E W S Dereka, ale na pewno by niebezpieczny. Ze wzgl-du na ostatnie zabjstwo chcieliby pozna wszystkie szczegy. A jeli napomknabym o Saimanie lub Pnocnych Rozgrywkach, Derek nie wywinby si od kary. Z drugiej strony, zostawiajc wszystko wasnemu biegowi, ryzykowaam, e chopak zrobi co idiotycznego i zapaci za to wasn skr. W poczeniu z blem gowy rozwaania te po-gorszyy mj i tak fatalny nastrj. Podejrzewaam, e licik zawiera co w rodzaju: Spotkajmy si w Zajedzie Rycerskim. Wezm tczowe prezerwatywy". Oczywicie notka moga rwnie dobrze brzmie: Dzisiaj zabij twojego brata. Przygotuj kocio". Powinnam po prostu przeczyta karteczk. Tyle e nie mogam tego uczyni, poniewa daam sowo. W wiecie magii sowo miao swoj wag. Swojego dotrzymywaam zawsze. Poza tym, amic obietnic, straciabym zaufanie Dereka. Waciwie podjcie jakiegokolwiek dziaania z mojej strony rwnao si z tym samym. Nie mogam przeczyta licika, nie mogam zapyta nikogo 0 jego tre i nie mogam go nie dostarczy. Miaam ogromn ochot kopn smarkacza w ten jego gu-pi eb. Na domiar zego w PWKZP nie dowiedziaam si niczego konkretnego. Na rogu Ponce de Leon 1 Martwego Kota znaleziono ciao kobiety nalecej do Gromady. Sprawa zostaa przekazana zmienno- ksztatnym. Koniec pieni. Podniosam wzrok na Andre. - Pnocne Rozgrywki? Skina gow. -Jak ci mwiam, siedzia w tym jeden z moich mentorw. Impreza odbywaa si w Arenie, czym R O Z D Z I A T R Z E C I j 4 6 w rodzaju bunkra. Piecz nad caoci sprawowaa Izba skadajca si z siedmiu czonkw. Pienidze robio si, obstawiajc zawodnikw. Walki toczyy si w systemie pojedynkowym, ale gwodziem programu by mecz druynowy. Impreza odbywaa si raz do roku przy udziale pitnastu siedmioosobowych druyn. Kady z zawodnikw mia swoj specjalizacj. - Maj fioa na punkcie sidemki, co? - Przeu-am ks. Cyfra siedem posiadaa mistyczne waci-woci. Nie tak due jak trjka, ale i tak. Siedmiu mdrcw greckich, siedem cudw wiata, siedem dni tygodnia, siedmiomilowe buty, siedem kasyd, mu'allak... Trudno powiedzie co o znaczeniu tej cyfry, jeli w ogle jakie posiadaa. Moe organizatorzy chcieli po prostu podbudowa to troch numerologi. - Mj mentor walczy jako Strzaka. - Andrea dostrzega co na ulicy i zamilka, marszczc brwi. Na jej twarzy odmalowa si wyraz koncentracji, przypominaa jastrzbia upatrujcego sobie gobia. Gdyby w tej chwili trzymaa w doni pistolet, byabym przekonana, e zamierza wanie zdj jakiego delikwenta. I - Niewiarygodne...! Podyam za jej wzrokiem. Po drugiej stronie ulicy czai si Rafael, hienoak, wysoki brunet w dinsach i czarnej koszulce. Z jednego ramienia zwisa mu plecak, rce trzyma w kieszeniach. Za-uway, e go obserwujemy, i zamar. Owszem, kolego, masz przegwizdane. - Chyba mnie ledzi - mrukna Andrea gniew-nie. Pomachaam Rafaelowi, przywoujc do nas. 4 7 | I L O N A A N D R E W S - Co ty wyprawiasz? - wycedzia Andrea. Zblada i gow daj, e dostrzegam zarys niewyranych plam na jej przedramionach. Rafael wzi si w gar, umiechn niepewnie i ruszy ku drzwiom knajpki. - Moe wie co na temat Pnocnych Rozgrywek? Powie mi wszystko, jeli bdzie mg z nami usi. Chyba naprawd mu si podobasz. Eufemizm roku. Rafael straci gow dla Andrei. Podczas rozbysku zajmowa si ni z penym po-wiceniem. -Jasne. - Andrea woya w to sowo tyle pogar-dy, e zamilkam. To by jeden z tych rejonw cienkiego lodu na paszczynie przyjani, ktry grozi kpiel w lodo-watej wodzie. - Naprawd a tak go nie znosisz? Przez oblicze Andrei przebieg cie. - Nie chc by dla niego TD-KJNP. - To znaczy? - Tym Dziwadem, Ktrego Jeszcze Nie Przele-ciaem. Zakrztusiam si kawakiem misa. Ten wanie moment Rafael wybra na swoje wielkie wejcie. Wkurzona czy nie, Andrea obserwowaa, jak podchodzi do naszego stolika. Mao nie wywichnam sobie szyi, eby te popatrze. Porusza si z gracj zmiennoksztatnego, wrodzonym wdzikiem zwykle zarezerwowanym dla zawodowych tancerzy i mistrzw sztuk walk. Kruczoczarne, opadajce na ramiona wosy faloway z kadym ruchem, absorbujc promienie soca. Mia lekko ogorza skr, a jego twarz... Byo w niej co intrygujcego. Poszczeglne fragmenty same w sobie nieidealne, w poczeniu tworzyy niezwykle atrakcyjn fizjonomi. Nie nazwaabym Rafaela R O Z D Z I A T R Z E C I j 4 8 przystojnym, jednak przyciga wzrok jak magnes, za jego oczy, intensywnie bkitne, miay zdecydowanie uwodzicielsk si. Na widok hienoaka wyobrania podsuwaa jed-noznacznie erotyczne sceny. Nie by nawet w moim typie, jednak to nic nie zmieniao. Rafael zatrzyma si kilka krokw od stolika, niepewny, co robi dalej. - Cze. Co za niespodziewane spotkanie. Wyprostowaam si, syszc, jak strzela mi kr-gosup. Bd miaa nauczk. - Siadaj - sykna Andrea. Rafael pooy ostronie plecak na wolne krzeso i przysiad wyranie spity. Andrea zapatrzya si w ulic. Przy sobie wygldali jak przeciwiestwa - Andrea, niska, delikatna blondynka o krtkich wo-sach i zotawej cerze, i Rafael, wysoki, czarnowosy, o mlecznokawowej skrze i bardzo niebieskich oczach. - Co tam masz w plecaku? - Kate, mistrzyni to-warzyskiej pogawdki. - Przenony m-skaner. Odebraem go wanie z naprawy Lea tam od rozbysku, czekali na fal, eby sprawdzi, czy dziaa. Przenony" to okrelenie wzgldne w stosunku do m-skanerw. Najmniejszy way jakie trzydzieci pi kilo. Fajnie by hienoakiem. - Pjd zamwi deser - rzeka Andrea, podno-szc si. - Chcesz co, Kate? - Nie, dziki. -A ty? - Dzikuj, nie - odpar Rafael. Odmaszerowaa. - Co robi nie tak? - zwrci si do mnie Rafael. Zastygam z kawakiem pity w palcach. - Mnie pytasz? 4 9 | I L O N A A N D R E W S - A kogo mam zapyta? Ty j znasz. Jestecie przyjacikami. - Posuchaj, Rafael, w yciu nie miaam faceta na duej. Seks uprawiaam rok temu. A mj ostatni romans... Sam wiesz, jak si skoczy. Bye przy tym, prawda? - Tak. To ja byem tym gociem z pistoletem. Kiwnam gow. - Sam widzisz, e jestem najmniej waciw oso-b, ktrej naley si radzi w sprawach miosnych. Nie mam pojcia, co ci powiedzie. - Ale j znasz. - Nie a tak. - Nigdy nie zabrao mi to tyle czasu - powiedzia przybity. Wspczuam mu. Dwa miesice ugania si za Andre. W przypadku hienoakw, boud, jak ich nazywano, tak dugie zaloty stanowiy rzecz niesychan. Boudy odznaczay si miaoci. Lubiy seks, w duych ilociach i z rnymi partnerami. W stadzie boud dominoway kobiety, a z tego, co zrozumiaam, Rafael by rozchwytywany ze wzgldu na swoj cierpliwo, jak te status - jako syn Cioci B., przywdczyni. Dziki aparycji nie musia zbyt dugo ugania si za niezmiennoksztatnymi kobietami, zanim zechciay przetestowa jego ukryte zalety. Niestety, Andrea nie bya niezmiennoksztatn kobiet ani te boud. Lyc-V, wirus odpowiedzialny za fenomen zmiennoksztatnoci, atakowa tak samo zwierzta, jak ludzi. W bardzo rzadkich wypadkach w rezultacie infekcji tworzy zwierzoczowieka, istot, ktra rodzia si jako zwierz i z czasem nabieraa umiejtnoci przemiany w ludzk form. Wikszo zwierzoludzi bya bezpodna, upoledzona umysowo, krwioercza, jednak zdarzay si od R O Z D Z I A T R Z E C I j 5 0 czasu do czasu i takie, ktre mogy funkcjonowa w spoeczestwie na tyle dobrze, by unikn odstrzau. Jeszcze rzadziej byway zdolne do rozrodu. Andrea bya zwierzoczowiekiem, dzieckiem hie- noczowieka i boudy. Ukrywaa to przed wszystkimi - przed zmiennoksztatnymi, poniewa mogli zabi j przez wzgld na jakie gboko zakorzenione pradawne uprzedzenia, a take przed Zakonem, ktry z chwil odkrycia jej pochodzenia z miejsca usunby z szeregw. Teoretycznie jako zmiennoksztatna podlegaa wadzy Currana, a Zakon wymaga bezwzgldnej lojalnoci. Jak do tej pory Curran nie zaj w kwestii Andrei adnego stanowiska, ale w kadej chwili mg zmieni zdanie. Z tego, co wiedziaam, poza Curranem tylko klan boud, Jim, Derek, Doolittle oraz ja zdawalimy sobie spraw, kim jest Andrea. Nigdy nie omawialimy tej kwestii, lecz wszyscy dochowywalimy tajemnicy. - Naprawd chcesz rady? -Tak. - Sprbuj myle mniej jak bouda, a wicej jak mczyzna. -Jak, u diaba, mam to zrobi? - najey si. - Je-stem boud. Wytaram chlebem resztki tzatziki z talerza. - Ona jest rycerzem Zakonu. Tylko jeden na omiu kandydatw koczy nauk w Akademii Za-konu i przystpuje do egzaminw. Ciko pracowaa na to, by by czowiekiem. Zaprzyjanij si z ni. Rozmawiaj. Dowiedz si, jakie ksiki czyta, jak bro lubi... A propos ksiek, mog powiedzie ci co o Andrei, ale nie za darmo. - Czego chcesz? 5 1 | I L O N A A N D R E W S - Pnocne Rozgrywki. Wszystko, co o tym wiesz. - Pestka - rozpromieni si Rafael. - Najpierw ty- - Skd mam wiedzie, e dotrzymasz umowy? -Andrea jest na schodach, sysz j. Prosz, Kate. - Zrobi bagalne oczy szczeniaczka. Omal nie spadam z krzesa. - Dobra. - Kate Daniels, nieustpliwy negocjator. Trzymajc w garci rdo nieocenionych informacji, ustpia seksownemu facetowi bez adnych gwarancji zysku. - Lorna Sterling. Pisze romanse fantastyczne. Andrea j ubstwia. W pracy trzyma jej ksiki pod biurkiem. Brakuje jej czwartej i szstej czci serii. Rafael wyszarpn z plecaka dugopis i naskroba co na przedramieniu. - Lorna, tak? - Sterling. Cz czwarta i szsta. Andrea od ty-godni poluje na nie w tej ksigarni na rogu. Andrea wyonia si z drzwi, niosc koktajl mleczny oraz talerzyk brzoskwi w czstkach. Dugopis znikn w plecaku. - Dawaj, co masz. - Spojrzaam na Rafaela twar-do. - Pnocne Rozgrywki s nielegalne - zacz. - Bezporedni rozkaz Wadcy Bestii mwi, e aden czonek Gromady nie moe uczestniczy, pomaga w organizacji ani robi zakadw w turnieju. - To wszystko? Tyle miae do powiedzenia? Wzruszy ramionami. Po minie widziaam, e co jeszcze trzyma w zanadrzu. Nie zamierza mi tego wyjawi. Dra. Spojrzaam na Andre. Pom. Odgryza kawaltek brzoskwini, powoli oblizu-jc usta. Rafael skamienia jak wye wystawiajcy baanta. R O Z D Z I A T R Z E C I j 5 2 - Dlaczego zosta zakazany? Kryje si za tym ja-ka historia? - Andrea ugryza kolejny kawaek, zli-zujc sok z warg. - Tak, owszem - wymamrota Rafael. Prawie mu wspczuam. Ciekawe, czy to by zadziaao na... Pochwyciam t myl i zdeptaam, zanim zdya rozwin si kwieciem nonsensw. - O, to ciekawe - umiechna si Andrea. - Po-wiedz co wicej. Rafael oprzytomnia. - Nie, nie mona o tym opowiada obcym. - C, szkoda. - Andrea wzruszya ramionami i zwrcia si do mnie. - To co, idziemy? -Jasne. - Signam po torebk. - Waciwie chyba nic si nie stanie, jak wam opowiem - pospieszy Rafael. Puciam pasek. - W dwa tysice dwudziestym czwartym, kiedy turniej by jeszcze legalny, doszo do walki finaowej pomidzy Nekrowladcami a Sidemk Andorfa. An- dorf by zmiennoksztatnym, kodiakiem wacym ponad ton w zwierzcej formie. ap mia wiksz od mojej gowy. - Rafael rozoy ramiona, obrazujc ap wielkoci olbrzymiego arbuza. - Potna, grona, brutalna bestia. Uwielbia walk. Zebra wietn druyn, ale na kocu zostaa ich czwrka: Andorf, wilk, szczur i moja ciotka Minny. I ' < w ROZDZIA CZWARTY ndrea otworzya usta w wyjtkowo nieuwo- dzicielski sposb. - Ciotka? - zapytaam, eby powiedzie cokolwiek. Rafael przytakn. - W ten sposb klan boud zdobywa pienidze. Stawialimy na siebie. Wtedy byy inne czasy. Teraz naleymy do Gromady, ktra zapewnia nam rodki. Ustalamy budet, inwestujemy, mamy udziay w interesach. Wtedy jednak nie istniao co takiego jak Gromada. Zmiennoksztatni trzymali si w odrbnych klanach i radzili sobie sami, raz lepiej, raz gorzej. Klan boud nie liczy nawet dwudziestu osb. Szesnacie lat temu musia by jeszcze mniejszy. Nieatwo im byo przetrwa. - Kto nalea do przeciwnej druyny finaowej? - Czterech nawigatorw z Rodu. - Rafael zacz wylicza na palcach. - Ryo Montoya, Sam Hardy, Marina Buryatova-Hardy i Sang. Nie znosz sukinkotw, ale musz przyzna, e byli zabjczo dobrzy. W to nie wtpiam. - Po co Rd bra w tym udzia? - Andrea zmar-szczya brwi. - Budowali wtedy Kasyno. Przewijay si jakie plotki o znikniciu sporych kwot i reperkusjach, je-li si nie odnajd. Wysoko obstawili, potrzebowali wygranej. -1 co? - Nadstawiam uszu. Rafael skrzywi si. A 6 0 | I L O N A A N D R E W S - Druyna Rodu miaa przewag. Krwiopijcy rozszarpali szczura, a flaki mojej ciotki przerobili na frdzle. - I ? - Andorf wpad w sza. Nie wiadomo, czy zmie-ni si w loupa, czy ogarn go berserk, jak to czasem u niedwiedzi. Przeksztaci si w form zwierzc, zrobi z wampirw mielonk, rozupa czaszk wilkowi, a potem przedar si przez ogrodzenie Areny, eby dopa nawigatorw. Rzucili si do ucieczki, ciga ich po trybunach. Mordowa wszystko, co stano mu na drodze. Zmasakrowa ca czwrk i ponad setk widzw. Potem rozbi cian i uciek. - O kurde. - Andrea osuszya p kubka koktajlu. - No, nie najszczliwsze zakoczenie wieczoru. Ogromny kodiak szalejcy po ulicach Atlanty. Wyszkolony wojownik, niedwiedzioak o inteli-gencji czowieka, silniejszy, wikszy i groniejszy od prawdziwego niedwiedzia. Urzeczywistnienie najgorszych koszmarw zmiennoksztatnych. - Urzdzono wielk obaw. Andorf ukry si w Zauku Jednoroca.R O Z D Z I A C Z W A R T Y Zauek Jednoroca, rejon otchannej, nieokieznanej magii, przecina centrum miasta niczym blizna. Zdradliwa magia kbia si tam, zalegajc rwnie podczas panowania techniki. Nawet Wojskowe Oddziay Obrony przed Nadprzyrodzonymi nie zapuszczay si w zauek na dugo. - Zwoano zgromadzenie klanw, eby wsplnie poszuka sposobu rozwizania sytuacji, ktra stawaa si coraz powaniejsza. Rd domaga si wykluczenia zmiennoksztatnych ze spoeczestwa, fanatycy znw tworzyli bojwki odwoujce si do symbolw Pitna Bestii. Robio si coraz groniej. Naleao zakoczy ten cay burdel szybko i skutecznie. Najsilniejszy by wtedy wilczy klan. - A jakeby inaczej - prychna Andrea. - Przewodzi mu Francois Ambler. To do niego wanie zwrcono si z daniem powstrzymania Andorfa. Nawet nie sprbowa. Matka opowiadaa mi, e po prostu wsta i wyszed ze spotkania. Po-rzuci klan, przesta by alf, opuci miasto. - Rafael umiechn si. - O tym, co dziao si pniej, wiedz tylko alfy. Ale wszyscy znaj fakty. Trzy dni pniej Andorf pojawi si na schodach Kapitolu. Dwa dni potem Curran zosta Wadc Bestii. Pierwsze prawo, jakie ustanowi dla nowej wsplnoty, zabraniao czonkom Gromady brania udziau i obstawiania w Rozgrywkach. Zrobiam szybkie obliczenia w gowie. W dwa tysice dwudziestym czwartym miaam dziewi lat. Curran by tylko kilka lat starszy ode mnie. - Ile mia wtedy lat? - Pitnacie. - O kurde. - Wanie. - Rafael kiwn gow. 5 7 | I L O N A A N D R E W S Dusz chwil siedzielimy w milczeniu, prze-trawiajc histori. Moja wta nadzieja na askawe spojrzenie Gromady w sprawie Dereka wyparowaa wanie jak kamfora. Od tego prawa nie bdzie adnych odstpstw. I co teraz? Andrea zamieszaa koktajl. -Jak wam si ukada z Curranem? Czasami marzyam o posiadaniu supermocy. Na przykad zdolnoci telekinetycznych. Zwykle mylaam o tym w kontekcie zmiadenia wrogw. W tej chwili jednak wykorzystaabym je do wypchnicia krzesa spod Andrei, upewniajc si, eby spadajc, mocno stuka sobie zadek. Odwrciam gow, eby splun przez rami. - Odpdzasz ze moce? - Oczy Rafaela rozszerzyy si ze zdumienia. - C, oboje wymwilicie zakazane imi. Musz przedsiwzi rodki ostronoci. Potrzebuj kawaek niemalowanego drewna. Andrea, uycz mi czoa. Andrea zachichotaa. - A odpowiadajc na twoje pytanie: rewelacyjnie. Lepiej by nie moe. Nie widziaam Jego Wybredno- ci od dwch miesicy i jestem szczliwa jak prosi w deszcz. Jeli fortuna mi sprzyja, odczepi si na dobre. Mam nadziej, e znalaz sobie now zabawk. Podczas rozbysku Curran zemci si na mnie za te wszystkie sytuacje, kiedy doprowadzaam go omal do apopleksji. Powiedzia, e wczeniej czy pniej si z nim przepi i jeszcze za to podzikuj. Na pewno, prdzej pieko poronie rami. - Z tego, co wiem, nie ma nikogo - pocieszy mnie Rafael. - Od rozbysku nikt nie widzia Cur- rana z adn kobiet. To nic niebywaego, ale do niezwyke jak na niego. Wywrciam oczami. R O Z D Z I A C Z W A R T Y - To znaczy? Rafael pochyli si nad stoem, zniajc gos. - Widziaa kiedy, jak lew podchodzi stado? -Nie. -Jest konsekwentny. Gdy lew poluje, podkrada si do stada, przyczaja i upatruje sobie ofiar. Nie spieszy si. Taki baw czy jele nie ma pojcia o jego obecnoci. Kiedy ju wybierze konkretnego osobnika, wyskakuje z ukrycia i dopada go. Nawet jeli jaki inny jest atwiej osigalny, lew nie apie pierwszego z brzegu. Wybra i woli by godny ni zmieni zdanie. Gupia filozofia, moim zdaniem, ale taka jest ich natura. Jeli o mnie chodzi, nie marnuj okazji. - Ta... - Gos Andrei ocieka sarkazmem. Rafael spojrza na ni z wyrzutem. - Taki jestem. - Przede wszystkim jeste czowiekiem. Siedzisz tu w ludzkiej formie, ubrany jak czowiek, artykuujesz ludzkie dwiki. Nie ma wtpliwoci, ktra cz ma nad tob kontrol. Ale jak tylko kto ci wytknie twoje ekscesy, zaczynasz macha rkoma i krzycze: To ta bestia we mnie! Nie mog nic na to poradzi!" - Andrea zreflektowaa si i zamilka. Uznaam, e czas zmieni temat. - Przeceniacie nasze relacje. Wkurzam Currana nieziemsko, a on znalaz sposb, eby mi si odpa-ci. To tyle. - Moe masz racj - ustpi Rafael. - Poza tym Jego Wysoko potrzebuje czymo- genki", a ja taka na pewno nie jestem. - Czymogenki? - zmarszczya brwi Andrea. Rozparam si na krzele. - Czy mog ci przynie co do jedzenia, Wasza Wysoko? Czy mog powiedzie ci, jaki jeste silny i mdry, Wasza Wysoko? Czy mog ci wyiska, 5 9 | I L O N A A N D R E W S Wasza Wysoko? Czy mog ci pocaowa w tyek, Wasza Wysoko? Czy mog... Urwaam, dostrzegajc, e Rafael nagle skamie-nia. Siedzia niczym pomnik, ze wzrokiem wbitym w jaki punkt ponad moim ramieniem. - Stoi za mn, tak? Andrea kiwna gow. - cilej, pocztek powinien brzmie Czy po-zwolisz, prosz" - rzek Curran gbokim gosem. - Jeli ju o tym mowa. Obszed stolik, sigajc do ssiedniego po krze-so. Kiedy nie drgno, wyrwa je jedn rk z po-sadzki, pozostawiajc w niej sze sterczcych wkrtw. Przystawi krzeso przy mnie, tyem do przodu, usiad okrakiem i pooy ramiona na oparciu, eby popisa si bicepsami. Dlaczego ja? - Owszem, moesz pocaowa mj tyek. Zwykle nie przepadam za naruszaniem przestrzeni osobistej, ale przecie jeste Przyjacielem Gromady, a twoje usugi raz czy dwa nam si przyday Staram si spenia yczenia osb przyjanie nastawionych do moich ludzi. Mam tylko jedno pytanie, czy to caowanie bdzie zoeniem hodu, rodzajem oporzdzania czy te czci gry wstpnej? Rafael poblad i skoni nisko gow. - Za pozwoleniem, panie. Curran skin gow. Hienoak pocign Andre za rk. -Ale... - zaprotestowaa, mrugajc zaskoczona. - Musimy ju i. - Umiech Rafaela by nieco wymuszony. Odwrci si i powlk Andre za sob do wyjcia, zostawiajc mnie i Currana samych. Zdrajcy.ie odpowiedziaa, to jak bdzie? - dry Cur- ran. - Nie - wyrzuciam z siebie. Curran umiechn si, a mnie lekko podskoczyo serce. Nie tego si spodziewaam. - To wszystko? To twoja cita riposta? - Tak. - Elokwencja to ja. W kopotliwych sytuacjach posuguj si monosylabami, tak jest bezpieczniej. Curran opar brod na skrzyowanych przedramionach. Phi, aden z niego cud. Mia na sobie spowiae dinsy i stalow koszulk polo. Ciko wyglda zabjczo w koszulce polo. Jemu si udao. Moe dlatego, e w aden sposb nie skrywaa zarysu muskulatury torsu i zdecydowanych linii barkw. Waciwie gdyby napi minie, materia pkby w szwach. Wiedziaam, e obleczone nim ciao jest twarde jak pancerz. N R O Z D Z I A P I T Y | 6 7 A moe nie chodzio o ciao, a o aur, jak roz-tacza? Curran potrafi by ucielenieniem grozy. Byam wiadkiem, jak rycza wciekle, jak jego furia stawaa si niemal materialna, zmieniajc w lodowate sztylety gniewu, i sama nie wiedziaam, co przeraa mnie bardziej. Zoty pomie w oczach Currana budzi we mnie pierwotny lk, uczucie wyzwolone blaskiem pierwszego ognia, zrodzone przed er rozsdku, zanim pojawia si logika, gdy ludzk egzystencj rzdzi strach przed kami, pazurami i poarciem. Ten lk mnie obezwadnia. Nie umiaam go zracjonalizowa. Musiaam walczy z nim sam si woli i jak na razie nie ustpowaam pola, ale nie miaam gwarancji, e potrafi mu si oprze, kiedy nastpnym razem spojrzy na mnie tym wzrokiem alfy. Curran otaksowa mnie niespiesznie. Zrobiam to samo, kopiujc jego umieszek. Jasne wosy, zbyt krtkie, by za nie chwyci. Nos, zamany i le zronity, dziwne jak na zmiennoksztatnego, szczeglnie tego kalibru. Szare oczy. Popatrzywszy w nie, ujrzaam taczce w gbi iskierki. Serce znw zabio mi mocniej. No to mam problem. - Podoba mi si ta fryzura - skomentowa. Dzie wolny od pracy, miaam rozpuszczone wosy. Zwykle zaplataam je w warkocz lub spinaam w wze, eby nie przeszkadzay, jednak dzisiaj spyway ciemnobrzow zason, ktr wiatr koysa przy policzkach. Poruszyam lekko nadgarstkiem, wsuwajc w do szpilk ukryt w skrzanej opasce na przegubie. Zebraam wosy, zwinam w kok, umocowaam szpilk i wyszczerzyam zby w umiechu. Ha! 6 3 | I L O N A A N D R E W S - Istny cukiereczek. - Rozemia si. - Nie nudzi ci si to udawanie twardzielki? Cukiereczek. Wolaabym, eby kto dgn mnie w oko ni nazwa cukiereczkiem. - Czym zasuyam sobie na dostpienie zaszczytu towarzystwa Waszej Wysokoci? -1 popsucia lunchu. - Przysza mi ochota na brzoskwinie - owiadczy pogodnie. Od kiedy to zabjstwo czonka Gromady jest przyczyn tak radosnego nastroju? - Czy istnieje jaki szczeglny powd twojego za-interesowania Pnocnymi Rozgrywkami? - zapyta. - Przelotne zamiowanie do historii. - Stpaam po grzskim gruncie. Nie miaam pojcia, czy wie co o Dereku. Lepiej jak najszybciej zakoczy t rozmow. - Czy Gromada potrzebuje moich usug jako pracownika Zakonu? - Nie w tej chwili. - Rozpar si wygodnie, sign do talerza Andrei i wycign ku mnie rk. - Brzoskwink? Mj umiech sta.Podczas rozbysku Curran da mi zup, ktr zjadam. Pniej alfa boud, Ciocia B., wyjania mi, e zmiennoksztatni przynosz poywienie swoim partnerom in spe. Tym samym okrela si moim obroc, insynuowa, e jestem od niego sabsza, oraz skada jednoznaczn propozycj. A ja je przyjam. Musiao go to strasznie ubawi. Tak czy owak, nawet wiedzc, co ten gest oznacza, i tak zjadabym t zup, byam wtedy pywa. Skrzyowaam rce. - Nie, dzikuj. Nie wezm od ciebie niczego jadalnego. - Ach, dowiedziaa si. - Rozpoowi kawaek, wrzucajc go sobie do ust. - Kto ci powiedzia? Rafael? - A czy to wane? W jego oczach zapony zote ogniki. -Nie. Kamca. Nie zamierzaam naraa Rafaela na kopoty, a Curran na pewno nie bdzie zachwycony, e kto popsu mu zabaw. R O Z D Z I A P I T Y | 7 0 - Przeczytaam w notatkach Grega. - Wyjam z kieszeni kilka banknotw, zwinam je i wcisnam pomidzy solniczk a pieprzniczk. - Idziesz ju? Twoje zdolnoci dedukcyjne powalaj mnie na kolana, drogi Holmesie. - Skoro nie potrzebujesz mojej profesjonalnej pomocy, wracam do obowizkw. - Masz dzisiaj wolne. A ty skd to wiesz? Zjad kolejn brzoskwini. - Podczas odpywu magii dyur w Zakonie moe trwa gra szesnacie godzin. Jeden ze szczurw widzia, jak zdejmowaa wczoraj staruszk ze supa telefonicznego. Nieza heca. - yj, by dostarcza rozrywki. - Wstaam.[ I L O N A A N D R E W S Rka Currana wystrzelia ku mojemu przegubowi. Wykona ruch z koci zwinnoci, ale przez cae ycie doskonaliam refleks, wic chybi. - Patrzcie pastwo - mruknam, machajc do niego przekornie doni, ktrej nie zdoa pochwyci. - Pudo. egnam, Wasza Wysoko. Przeka, prosz, moje kondolencje rodzinie. Skierowaam si ku drzwiom. - Kate? Naga zmiana w tonie gosu kazaa mi si odwrci. Na twarzy Currana nie byo ladu poprzedniej wesooci. -Jakiej rodzinie?ROZDZIA SZSTY' rzed Przesuniciem ulica Ponce de Leon bya jedn z wikszych arterii miasta. Sunce ni samochody jechay ze Stone Mountain przez Decatur i Druid Hills, mijay City Hall East w kierunku biurowcw w centrum. Poudniowa Dzwonnica, Bank Ameryki i hotel Renesans byy teraz nieledwie stertami gruzw, ale City Hall East sta nadal. Osta si przypuszczalnie dlatego, e nie by zbyt wysoki, mia tylko dziewi piter. Moliwe, e w gr wchodzi take jego wiek. Historyczny budynek ewoluowa od 1926 roku, mieszczc pocztkowo dom handlowy Searsa, pniej siedzib rzdu, a nastpnie przeksztacajc si w apartamentowiec otoczony terenami zielonymi, z pen infrastruktur obejmujc sklepy i restauracje. Istnia te trzeci, najistotniejszy powd, dlaczego budowla opara si niszczcej sile magii. Dwie dekady temu owe blisko dwiecie tysicy metrw powierzchni wykupi Atlancki Uniwersytet Sztuk Tajemnych. Teraz w laboratoriach, bibliotekach, salach wykadowych przebywaa kadra 6 7 | I L O N A A N D R E W S naukowa oraz studenci. Jeli ktokolwiek mg ochroni budowl, to wanie cztery setki magw. Ssiedztwo takiej masy ludzi, a tym bardziej stu-dentw, ktrzy jak wszyscy modzi do impulsywnie wydawali pienidze, przyczynia si do rewitalizacji Ponce de Leon. Ulica ttnia yciem, obfitujc w mas sklepw, kramw i barw. W porwnaniu do niej ulica Martwego Kota bya wskim zaukiem. Wcinity pomidzy dwu-, trzy-pitrowe kamienice rozszerza si w niewielki placyk, przy ktrym znajdowa si sklepik oglnogospodar- czy oraz drugi, spoywczy. Stalimy z Curranem na chodniku u wylotu przecznicy, odwrceni bokiem do ruchliwej ulicy penej przechodniw oraz turkoccych wozw konnych. Ciao znaleziono kilkadziesit metrw w gb zauka. Po wydarzeniu nie zosta aden lad. adnych plam krwi na chodniku. adnych oznak walki. Nic. Gdybym nie widziaa na wasne oczy trupa, nie domyliabym si, e miaa tu miejsce zbrodnia. Curran sta bez ruchu, wcigajc gboko powietrze. Mijay minuty. Naraz podnis grn warg, odsaniajc zby. W gardle zadrgay pierwsze nuty warkotu. Oczy zabysy zotem. - Curran? Przez uamek sekundy patrzy na mnie lew, ktry jednak znikn szybko, kiedy Wadca Bestii przybra sw powszedni mask dystansu. - Czysta, porzdna robota. Uniosam brwi. - Posypali okolic tojadem. Wysuszone, sprosz-kowane odygi zmieszane z jak baz, na przykad suchym detergentem. Moe by soda oczyszczona albo boraks. Jeszcze lepiej dziaa pasta tojadowa, ale i proszek skutecznie zabija zapachy. Jim musia go zuy chyba cae wiadro. Postanowiam zachowa t wiedz na przyszo. - To co, nie ma szans nic wywcha? R O Z D Z I A S Z S T Y - Nie da si posypa powietrza - umiechn si Curran. - Nawet tu, mimo wiatru i ruchu na ulicy obok, wo utrzymuje si nad ziemi. Powiedz, co widziaa, a potem skonfrontujemy nasze informacje. Zawahaam si. Rozmowa z Curranem przypo-minaa spacer po polu minowym. Nigdy nie wiadomo byo, co go rozdrani, a Jim moe to i skoczony dupek, ale te mj eks-partner. - Czemu nie zapytasz Jima? Na pewno chciaby ci przekaza wszystkie szczegy osobicie. Curran pokrci gow, pochmurniejc. - Zawsze, gdy ginie kto z naszych, dowiaduj si o tym natychmiast. Bez wzgldu na por. Zeszej nocy byem w Twierdzy, a nikt mnie nie wezwa. Rano widziaem si z Jimem, o niczym nie wspomnia. - Musia mie jaki waki powd, eby to przed tob ukry. - Kate, czy zaproponowaa swoj pomoc w tej sprawie? Jako pracownik Zakonu? A niech to. - Owszem. Odrzucono j. -Jako Wadca Bestii oficjalnie przyjmuj propozycj Zakonu. Szlag. Porozumienie o wzajemnej wsppracy zo-bowizywao mnie do przekazania wszelkich informacji o tej sprawie. Spojrzaam na Currana bezradnie. -Jak ty to robisz? Jakim cudem za kadym razem udaje ci si wmanewrowa mnie w co, czego staram si unikn? Rysy Currana zmiky odrobin. - Trening czyni mistrza. Gromada skada si z trzydziestu dwch gatunkw skupionych w siedmiu plemionach. Kade z nich ma jakie swoje saboci. Szakale i kojoty walcz z wilkami, bo maj kompleks niszoci i uwaaj, e musz co udowodni. Wilki yj w przekonaniu, e s istotami nadrzdnymi, cz si z nieodpowiednimi partnerami, a potem uparcie 6 9 | I L O N A A N D R E W S odmawiaj rozwodu, trzymajc si tych idiotyzmw o tworzeniu par na cae ycie. Hieny nie chc nikogo sucha, cigle co zawalaj i wpadaj w sza, gdy tylko uwaaj, e kto zagraa ktrej z nich. Koty odmawiaj wykonywania rozkazw jedynie po to, eby dowie, e mog to zrobi. Tak wyglda moje ycie. Przewodz Gromadzie od pitnastu lat. W porwnaniu z nimi, ty to bagatelka. Jasne, a ja mylaam, e stanowi dla Currana wyzwanie. - Daj mi chwilk, musz pozbiera do kupy moje ego. - Twoje przywizanie do zasad te sporo uatwia - umiechn si. - Przyparta do muru zawsze bdziesz si staraa zrobi to, co uznasz za suszne, szczeglnie jeli ci si to nie podoba. Dokadnie tak, jak teraz. - Widz, e mnie rozgryze. - Rozumiem powody, dla ktrych co robisz, Kate. Czasami wkurza mnie sposb, w jaki dysz do celu. Czasami? - Zapewniam ci, Wasza Wysoko, e caymi nocami nie pi, przejmujc si twoimi uczuciami. - I tak by powinno. - W gardle Currana zawibrowa warkotliwy miech. - Prowokowanie mnie nic ci nie da. Powiedz, co widziaa. Chyba e mam si zwrci do Zakonu drog oficjaln? Najwyraniej dzie upywa pod hasem: Dajmy Kate lekcj pokory". Trzyma mnie w garci. Wrciam mylami do poprzedniego wieczoru, przypominajc sobie szczegy. - Przyjechaam tu na mule. Na miejscu zastaam siedmiu zmiennoksztatnych. Dwch w wilczej formie wszyo po okolicy. Jeden krci si tu. - Podeszam, wskazujc punkt. - Samiec. Wyglda jak wilk europejski, Canis lupus lupus, zmierzwione szare futro z powymi znaczeniami, janiejszy pysk. Drugi by tu. - Przeszam na drug stron ulicy. - Moliwe, e samica, R O Z D Z I A S Z S T Y ale nie jestem pewna. Brzowa sier w odcieniu cynamonu, czekoladowy lub czarny pysk i ciemne uszy. Jasnote lepia. Przypomina wilka z gr Cascade. - George i Brenna - orzek Curran, wpatrujc si we mnie z uwag. - Najlepsi tropiciele Jima. Mw dalej. Wrciam na drug stron Martwego Kota. - Dwie zmiennoksztatne zbieray do worka zwoki. Jedna redniego wzrostu, drobnej budowy, jasnopopielate wosy, klasyczny bob. Nie kojarz jej twarzy. - Przesunam si w lewo. - Indianka, krga, ciemna skra, koo czterdziestki, dugi warkocz. adna. Curran milcza. - Tu staa czujka. Tu take. - Machnam doni. - I jeszcze jeden tu. - Wskazaam punkt, gdzie zostaam zatrzymana. - Dwaj ubrani na czarno, podobni, ciemne wosy, Latynosi z domieszk indiaskiej krwi lub Meksykanie, modzi, niewysocy, krpi, zwinni, na oko trudni przeciwnicy. Ten, z ktrym rozmawiaam, po trzydziestce, moe bliej czterdziestki. Krtkie wosy, na wojskowego, jasnobrzowe, piwne oczy, potne minie pakera. Nie tak szybki jak tamci, ale miaam wraenie, e mgby mnie podnie razem z muem. Lekki akcent, australijski lub nowozelandzki. Osania lewe rami, moe niedawno by ranny. Mam opisa ich ubrania? Curran pokrci gow. -Jak dugo tu bya? - Ptorej minuty, moe dwie. - Zrobiam kilka krokw, zatrzymujc si tam, gdzie Brenna krzykna. - Tu Brenna znalaza rk. Prawdopodobnie kobiec, bo rkaw by jasny i poyskliwy. Jaka brokatowa tkanina, wieczorowa sukienka lub bluzka, mczyni takich nie nosz, chyba e wyjtkowi ekstrawaganci. -A Jim? - Pojawi si nagle, jakby znikd. Bardzo teatralne wejcie. - Zadaram gow. - Ach, pewnie zeskoczy z tego balkonu. - Streciam pokrtce rozmow. - To 7 1 | I L O N A A N D R E W S wszystko. Ciaa nie widziaam. Nie znam adnych szczegw. Curran spoglda na mnie z osobliw min. Czyby cieniem podziwu? - Niele. Dar wrodzony czy szkolenie Zakonu? Wzruszyam ramionami. - Nie Zakonu. Ojciec mnie nauczy. I w sumie kiepsko u mnie z pamici. Zwykle zapominam, co miaam kupi. Ale szkoli mnie w ocenie sytuacji zagroenia, a siedmioro zmiennoksztatnych noc w zauku, plus trup, zalicza si zdecydowanie do takich wanie sytuacji. Twoja kolej. - Umowa to umowa. - Curran wyszed na ulic. - Nie zostaa zabita tutaj. Zapach krwi jest saby, a na chodniku nie ma plam, cho wyranie nikt go nie czyci. Ciao rozczonkowano na co najmniej sze czci. Tu tylko podrzucono zwoki. Wybrano to miejsce, bo kilka przecznic std znajduje si jedna z naszych siedzib. Bliej ju nie mogli dotrze, nie natykajc si na nasze patrole. Bya ich najmniej trjka, nie ludzi. Nie wiem czym s, ale nie podoba mi si ich smrd. Coraz lepiej. - To wszystko, poza tym, e Jim zabra ze sob swoich najlepszych ludzi. Znam kadego, kogo opi-saa. S bezkonkurencyjni. I adne z nich nawet nie zajkno si o sprawie. Pytanie za milion dolarw: Dlaczego? - Zaakceptowae pomoc Zakonu i teraz nie moesz si ju wycofa - przypomniaam Curranowi. - Od tej pory bior udzia w ledztwie, a to oznacza, e bd musiaa wej na twoje terytorium i zadawa niewygodne pytania. - Sam mam ich kilka. - Oczy Currana nabiegy pynnym zotem. Woski zjeyy mi si na karku. Za nic w wiecie nie chciaabym by teraz w skrze Jima. R O Z D Z I A S Z S T Y - Skontaktuj si z tob, eby ustali grafik prze-sucha - rzuci i odszed, zostawiajc mnie sam porodku pustej uliczki. Wadca Bestii, mczyzna ponad ludzkie konwenanse. adnego dzikuj" czy do widzenia". Wracajc do cywilizacji, zdaam sobie spraw, e po raz pierwszy od p roku rozmawialimy z Curra- nem normalnie, przynajmniej przez wikszo czasu, nie usiujc si pozabija. Fakt ten obudzi we mnie niepokj.ROZDZIA SIDMY Tl jrrzed drzwiami mieszkania leaa niewielka Jt paczka owinita w papier pakowy. Zatrzymaam si, dumajc, dlaczego nikt jej nie ukrad. Lokum, ktre odziedziczyam po Gregu, nie znajdowao si co prawda w slumsach, ale te nie w najlepszej dzielnicy. Mj opiekun nie zawraca sobie gowy kwesti bezpieczestwa, wybra t lokalizacj ze wzgldu na blisko siedziby Zakonu. Zmarszczyam brwi, wpatrujc si w pakunek. Spoczywa na burej wycieraczce przed lnicymi nowoci drzwiami - stare musiaam wymieni po burzliwej wizycie demona. Ssiedzi okrelali mnie mianem tej szalonej zozy, co nosi miecz i mieszka pod 32". Dbaam o podtrzymanie tego wizerunku, lecz mimo wszystko paczka powinna znikn std w cigu sekundy od pozostawienia. Moe to puapka? R O Z D Z I A S I D M Y 7 4 Dobyam Zabjcy. wiato sczce si przez brudne okna za moimi plecami pado na matowy, prawie biay metal, kadc si na gowni perowym blaskiem. Trciam paczk czubkiem miecza, na wszelki wypadek natychmiast odskakujc. Nic. Pakunek ani drgn. Tak, tak, a jak tylko go tkn, wystrzel ostrza, ktre posiekaj mi donie na plasterki. Kucnam, przeciam sznurek i ostronie roz-chyliam papier, odkrywajc zielony jedwab z wi-zytwk na wierzchu. Wyjam bilecik. Zadzwo do mnie, prosz. Saiman. Przeklinajc pod nosem, wniosam paczk do mieszkania. Na sekretarce nie byo adnych wiado-moci. Derek si nie odezwa. Rozdaram papier, wyrzucajc zawarto przesyki na ko. Szerokie, jedwabne spodnie w odcieniu fuksji, zielone pantofle i ao dai, duga szata wietnamska, co pomidzy tunik a sukienk. Ubrania byy przepikne, szczeglnie ao dai, haftowane janiejsz, zielon nici i zdobione malekimi cekinami koloru fuksji. Wybraam numer do Saimana. - Cze, Kate. - Ktrej czci nie randki" nie zrozumiae? W suchawce rozbrzmiao cichutkie westchnienie. - Nie bya nigdy na Rozgrywkach, wic nie jestem w stanie opisa ci zaocznie ich specyfiki. To brutalne zawody, pene przemocy. Nie obowizuj tam normy zdrowego rozsdku, nie zwycia zimna krew. Kady pali si, by udowodni swoj si fizyczn. Jeste atrakcyjn kobiet. Jeli ubraaby si tak jak wczoraj, zasypano by nas wyzwaniami. Chyba oboje si zgodzimy, e nie zaley nam na zwracaniu uwagi. Mia racj. - Wybraem ten strj ze szczegln dbaoci. Po-zwoli ci na pen swobod ruchw. Jeli to na siebie 7 5 | I L O N A A N D R E W S zaoysz, bdziesz wygldaa mniej jak ochroniarz, a bardziej jak... - Zabjczy cukiereczek? - Towarzyszka. Bd rozsdna, Kate. Tej nocy zagraj Emm Peel u mego Johnosteedowego boku. Nie miaam zielonego pojcia, kim s Emma Peel i John Steed. Gos Saimana zagodnia, nabierajc ciepych tonw. - Zrozumiem, jeli czujesz si zaenowana. Zawsze moemy renegocjowa warunki naszej umowy. Gbia aluzji brzmicej w sowie renegocjowa" przyprawiaby o rumieniec nawet dowiadczon cali girl. - Umowa to umowa - podsumowaam. Lepiej za-paci tu i teraz. Nie umiechay mi si jakiekolwiek dugi wobec Saimana, a on dobrze o tym wiedzia. Zostaam wrobiona po raz kolejny. - Zielony pasuje do twojej karnacji - cign Saiman pojednawczo. - Ao dai kazaem obstalowa, powinno lee idealnie. Nie miaam co do tego wtpliwoci. Pewnie przyj moj form i zmierzy osobicie. - Sprbuj. - Bd po ciebie o dziesitej. I jeszcze jedno, Kate, moe jaki makija... - Bielizn te mi wybierzesz? Sarkazm omin go ze wistem. - Z wielk chci. Powinna nosi balkonetki, ale nie tym razem ze wzgldu na opity gors, lepiej sprawi si bezszwowy biustonosz usztywniony piank... Moe po prostu wpadn i zobacz, co tam masz. Rozczyam si. Majtkowe party z Saimanem. Nigdy w yciu. R O Z D Z I A S I D M Y 7 6 Osiem godzin pniej, wysiadajc z samochodu Sai-mana na parkingu przed Aren, pomylaam, e wybr stroju rzeczywicie by sensowny. Opity na biucie zielony jedwab nie pozostawia wtpliwoci co do mojej pci, jednak tunika rozszerzaa si doem. Dodatkowo posiadaa dwa pknicia koczce si kilka centymetrw ponad pasem spodni. Lune rkawy doskonale ukryway skrzane opaski nadgarstkowe, w ktre wsunam arsena srebrnych szpilek. Niestety, nie miaam gdzie ukry miecza. Ale to nic. Wziam go do rki. Saiman otworzy mi drzwi. Na t okazj przyj posta wysokiego mczyzny w rednim wieku, ju nie pierwszej modoci, lecz nadal w formie. Ubra si w elegancki ciemny garnitur i czarny golf. Twarz o wyrazistych rysach, szlachetny nos, mocna szczka, szerokie czoo i jasne, piwne oczy pod gstymi, siwymi brwiami. Srebrne wosy, idealnie przycite, do tego czarna laska o gace w ksztacie smoczej gowy. Emanowa aur zdrowia, ktra nadawaa wizerunkowi ostateczny, perfekcyjny szlif. Pachnia pienidzmi i autorytetem. Jego gos by jak smak kosztownej kawy - gboki, aksamitny, przeamany nut goryczki. - Obawiam si, Kate, e musisz zostawi miecz. - Nie ma mowy. - Na Aren, z wyjtkiem dolnej kondygnacji, gdzie znajduje si Kocio, nie wolno wnosi adnej broni. Nie wpuszcz ci z nim. Cholera. Westchnwszy, pooyam Zabjc midzy przed-nimi siedzeniami. - Zosta tu. Pilnuj wozu. Saiman trzasn drzwiczkami. - Posiada wiadomo? - Nie, ale lubi udawa, e tak jest. Na nacinicie guzika w pilocie auto zareagowao dziwnym dzwonieniem. 7 7 | I L O N A A N D R E W S - Co to? - Zabezpieczenia. Lepiej go teraz nie dotyka. Idziemy? - Poda mi rami. Oparam palce na jego zgitym okciu. Umowa to umowa. Dzisiaj byam jego zabjczym cukiereczkiem. Przynajmniej wpasowaam si w rol. Zwinam wosy w wze, w ktry wsunam kilka drewnianych patyczkw o metalowym rdzeniu. Musnam nawet twarz rem w odcieniu pasujcym do stroju. Ju sama sukienka przydawaa mi egzotycznego wygldu, ktry pogbiam jeszcze za pomoc tuszu i ciemnego cienia. Nie byam nigdy piknoci, ale potrafiam wypracowa efekt intrygujcej urody. Porodku parkingu wznosi si masywny budynek. Eliptyczny, ceglany, trzypitrowy, cign si w obie strony, ginc w mroku. Budowle tych rozmiarw byy rzadkoci w Atlancie. Tkno mnie na widok tej konstrukcji. - Czy tu kiedy nie stao co innego? - Cooler. Miejskie lodowisko. Oczywicie prze-budowalimy je. Uderzya mnie koniugacja w tym zdaniu. - My? Jeste czonkiem Izby? - Nie. Ale Thomas Durand owszem. - Wskaza na swoj eleganck posta. A wic nie tylko szam na nielegalny turniej ubrana jak lalunia, szam jeszcze tam w towarzystwie wspwaciciela tego interesu. wietnie. Skoro wic wmieszaam si w hazard i nielegalne walki, to moe na bis dodam do listy narkotyki i luksusowe dziwki? Westchnam i postaraam si nie wyglda jak kto, kto zarabia na ycie zabijaniem. - To we wosach to sztyleciki? - zapyta Saiman. - Nie. Wsadzanie sobie we wosy ostrych noy nie jest najlepszym pomysem. - Czemu nie? R O Z D Z I A S I D M Y 7 8 - Po pierwsze, przy uderzeniu w gow mog si wbi w czaszk. Po drugie, eby ich uy, trzeba je stamtd wycign. Melodramatyczne wyjmowanie broni z wosw moe skoczy si ich utrat. Nie mam zamiaru gania potem ysa. Nad budynkiem growaa drewniana wiea stojca kilkadziesit metrw dalej, na tyle jednak blisko, by umieszczone na platformie karabiny maszynowe oraz balista objy zasigiem obrys Areny. Stranicy na wiey mieli na sobie charakterystyczne czarno- -czerwone mundury. - Czerwona Gwardia? -Tak. - Wida krwawy sport popaca. - Inaczej gospodarze imprezki nie mogliby sobie pozwoli na zatrudnienie najdroszej jednostki militarnej w miecie. Znaam kilku czerwonogwardzistw, byli warci swojej ceny. W pewnym momencie zastanawiaam si nawet, czy do nich nie doczy ze wzgldu na stae dochody, ale robota bya nudna jak diabli. - Koloseum, duma Rzymu, mogo pomieci pidziesit tysicy ludzi. - Saiman pozwoli sobie na umieszek. - Pidziesit tysicy widzw w czasach, kiedy najefektywniejszym rodkiem transportu by ko. Zaiste, krwawy sport popaca. Przyciga take szumowiny, dlatego wanie gwardia pilnuje terenu wok Areny i obstawia wntrze, szczeglnie na najniszym poziomie, przy Kotle, gdzie odbywaj si walki. Na dole znajduj si pomieszczenia dla zawod-nikw, a Izba nie toleruje potyczek poza Kotem. Ta noc z kad chwil komplikowaa si coraz bardziej. Buja si z Saimanem, wymkn mu si niepostrzeenie jak ninja, ktrym nie byam, omin najlepszych ochroniarzy w Atlancie, spenetrowa dolny poziom peen gladiatorw, odnale dziewczyn o ciemnych wosach, przekaza jej licik i wrci, zanim Saiman zorientuje si, e co jest nie tak. Pestka. 7 9 | I L O N A A N D R E W S Mogabym to zrobi z zamknitymi oczami. Po raz kolejny nasza mnie ochota, eby da Derekowi w zby. Przekroczylimy bia, szerok lini namalowan fluorescencyjn farb. - Co to? - Od tej chwili znajdujemy si pod piecz gwardii. Na terenie zakrelonym lini liczy si dla nich nasze dobro, poza nim jestemy zdani na siebie. - Zabito kiedy kogo na parkingu? - Gdyby nie pracowaa dla Zakonu, powiedziabym ci, e dwa razy w zeszym miesicu, ale poniewa dla niego pracujesz, musz udawa niewiedz. - Saiman obdarzy mnie wstydliwym umieszkiem. Daruj sobie. Skierowalimy si ku jasno owietlonemu wejciu, obstawionemu czterema czerwonogwardzista- mi. Dwaj byli uzbrojeni w karabiny, pozostali mieli chiskie wcznie przyozdobione szkaratnymi proporczykami. Dziwna bro, ale efektowna.Minlimy stranikw, wkraczajc przez wski, ukowaty pasa do westybulu. Na naszej drodze stao dwch gwardzistw w towarzystwie kobiety. M-czyni robili wraenie, jakby tylko czekali na okazj, eby zapa plecaki z ekwipunkiem, popdzi do lasu i wysadzi jakie gniazdo loupw. Wcinita pomidzy nich kobieta bya ode mnie nieco wysza i szczuplejsza, ubrana w brzow, skrzan kamizelk, uzbrojona w rapier. Lew rk osaniaa gruba rkawica. Ostrze broni poyskiwao zieleni, jakby zrobiono je z kolorowego szka. Dziesi do jednego, e bro bya magiczna. Zmierzyam kobiet wzrokiem. Krtkie, rude wosy. Szare oczy o twardym wyrazie. - Rene - powita j Saiman. - Zawsze mio ci widzie. - Znw zrobi t swoj sztuczk prestidigi- tatorsk i poda jej dwa kartoniki. Rene rzucia na nie okiem, oddaa Durandowi i otaksowaa mnie spojrzeniem, ktre nie pozostawiao R O Z D Z I A S I D M Y 8 8 wtpliwoci, e ani na moment nie zwiodo jej moje haftowane ao dai. - Nie wa si zabi kogo na moim terenie. - Przy si do pracy, a nie bd musiaa. Pozwoliam Saimanowi poprowadzi si przez westybul. - Rene jest... - zacz konfidencjonalnie, nachylajc si ku mnie. - Szefem ochrony. -Jej rapier... -Jest zaczarowany, prawdopodobnie zatruty, a ona potrafi posugiwa si nim z nieprawdopodobn szybkoci. - Znasz j? Skrzywiam si.- Rapier to bro pojedynkowa, najlepsza w walce jeden na jeden. Wymaga precyzji, tak wsk kling nieatwo jest trafi w ktry z wanych organw, a tym bardziej w naczynie krwionone. Zwyky rapier nie powstrzymaby rozjuszonego zmiennoksztat- nego. Zadaje niewystarczajco rozlege obraenia, a to znaczy, e jeli Rene chce by skuteczna, musiaa wzmocni go magi lub trucizn i zapewne potrafi zadawa byskawiczne ciosy, eby te dodatki mogy zadziaa. Stawiam na trucizn, bo Rene nosi na lewej doni rkawic, czyli nie chce dotyka palcami klingi, nawet podczas panowania techniki. Mam racj? - Owszem. - Saiman wydawa si odrobin zbity z tropu. Rapier Rene dziaa prawdopodobnie na takiej za-sadzie jak Zabjca. Moja bro dymia w obecnoci nieumarych, rozpuszczaa te ich tkanki. Pozostawiona w ciele nieumarego absorbowaa rozpuszczone ciao. Niestety, rzadko miaam okazj, eby da mu na to czas, wic Zabjca cienia i sab po intensywnych walkach. W rezultacie musiaam go dokarmia. Postawiabym spor R O Z D Z I A S I D M Y 8 4 cz zarobkw na to, e rapier Rene te wymaga odnawiania energii. Skrcilimy w wsk klatk schodow i, wdra-pawszy si po stopniach, wkroczylimy w zupenie inny wiat. Woskie pytki na posadzce, na przemian rude i piaskowe, tworzyy skomplikowane wzory zoone z drobniejszych oraz wikszych szachownic. W niszach jasnobrzoskwiniowych cian po prawej stronie stay masywne, ceramiczne donice z formowanymi bambusami. Po lewej, wysokie uki osaniay cikie, rude zasony. Pomidzy archiwoltami zawieszono zdobne magiczne latarnie, teraz niezapalone. Lampy tuzina wolno obracajcych si pod sufitem wiatrakw zaleway hol mikkim wiatem. Zza stor sczy si jednostajny gwar zbierajcych si widzw. Znajdowalimy si na trzeciej kondygnacji. Uderzenie magii zdawio elektryczno. Lampy zgasy. Wiatraki zwolniy zatrzymujc si, a ciany rozbysy wiatem magicznych latarni, wypeniajc pomieszczenie bkitnaw powiat. Ponad gwar wybi si niski, gardowy wrzask, chrapliwy, nieludzki, w ktrym lk, furia i bl zleway si w jedno. Woski na karku stany mi dba. Saiman obserwowa moj reakcj z zadowoleniem. - Dokd idziemy? - zapytaam, ignorujc dwik. - Do foyer dla VIP-w. Wspominaem przecie, e potrzebuj twojej fachowej opinii. Czonkowie zespou, ktry masz oceni, zwykli szwenda si tam przed walk. - Co to za druyna? - zapytaam, mylc o schowanej pod opask karteczce od Dereka. Przekaza wiadomo Liwii z druyny Rozpruwaczy. - Rozpruwacze. No oczywicie.ROZDZIA SMY okrge tarasowe foyer wypenione byo za-ledwie w jednej trzeciej. Wikszo wiata daway wiece ustawione po kilka na niewielkich, okrgych stolikach. Tyln cian tworzya ogromna, panoramiczna szyba wychodzca na parking, za ktrym leao pogrone w ciemnociach miasto. Podchodzc do stolika przy oknie, zlustrowaam obecnych. Szesnacie osb, w tym trzech ochroniarzy, cztery kobiety, dwie ciemnowose, ale adna nie wygldaa na zawodniczk. Kiedy mj wzrok pad na mczyzn siedzcego nieopodal, poczuam, jakby porazi mnie prd, jakby przewd dotkn mego ramienia. Z pewnoci ponad metr osiemdziesit, potny, odziany w szar, mikk skr, w wikszoci skryt pod zgrzebnym P R O Z D Z I A S I D M Y 8 6 paszczem. Dugie, ciemne wosy opaday na ramiona. Przylgn do mnie spojrzeniem. Jego jasnoniebieskie oczy emanoway si. Siedzia w swobodnej pozie, rozluniony. Gdyby kto nastpi mu na stop, pewnieuprzejmie przeprosiby, e znalaz si na czyjej drodze. Jednak co w tym facecie sygnalizowao ogromn moc, zdolno do strasznej przemocy. Wiedzia z absolutn pewnoci, e jest w stanie zabi kadego w tym pomieszczeniu i wiadomo ta przewyszaa potrzeb udowadniania swoich moliwoci. Pyn w jego szklance by przejrzysty. Woda czy wdka? Woda oznaczaa kogo, kto chcia pozosta trzewy i przez to stanowi wiksze zagroenie. Saiman odsun mi krzeso ustawione tyem do mczyzny. - Gdzie indziej - syknam. Facet nie spuszcza ze mnie wzroku. - Prosz? - Inne krzeso. Saiman pynnie przemieci si na drug stro-n, powtarzajc gest. Usiadam. Saiman take za-j miejsce. Podesza kelnerka, zasaniajc mi widok. Saiman zamwi koniak. - A dla damy? - zapytaa kobieta. Saiman ju otwiera usta. - Woda, bez lodu - ubiegam go. Saiman zmilcza. Kelnerka odesza, odsaniajc ciemnowosego gocia, ktry tymczasem zmieni odrobin pozycj, aby lepiej 8 7 | I L O N A A N D R E W S nas widzie. Spoglda na mnie, jakby szuka czego w mojej twarzy. Przybraam min ochroniarz", jasno i wyranie mwic: Prosz bardzo, moesz sobie patrze; tknij go, a zmiad ci krta". - Nie musisz udawa, e jeste moj ochron - zapewni mnie Saiman. - Nie musisz udawa, e jestem twoj dziewczyn. - Chodzio o zasady. Gdyby kto zabi go pod moim nosem, mogabym spakowa swoje zabawki i zaj si hodowl wi. - Nic na to nie poradz, jeste niesamowita. - Czy w tym momencie powinnam omdle? Mczyzna wsta, kierujc si ku nam. Prawie metr dziewidziesit wzrostu. Zaalarmowa mnie sposb, w jaki si porusza, pynnie, jakby nie mia staww. Szermierz. Doskonay fechtmistrz, biorc pod uwag gracj przy takim wzrocie. Wysoki, gibki, miertelnie niebezpieczny. - Moe zabrzmi to niegrzecznie, ale staranie si o twoje wzgldy jest jak mecz koszykwki z jeozwie- rzem. aden komplement nie pozostaje bez kary. - Wic przesta komplementowa. Do foyer wszed mody rudzielec. Zauwaywszy go, szermierz przystan w p kroku. Mody czowiek zbliy si do niego energicznie i powiedzia co cicho, postaw wyraajc do rozmwcy szacunek naleny 8 8 | I L O N A A N D R E W S przeoonemu. Szermierz rzuci mi ostatnie spojrzenie i wyszed. Saiman zachichota. - Nie widz w tym nic miesznego. Kelnerka przyniosa napoje, wod we flecie oraz ciemnobursztynowy napj w masywnej koniakwce z rnitego krysztau. Saiman podnis kieliszek za czaszk, podgrzewajc trunek i wcign powietrze, wdychajc bukiet.R O Z D Z I A S M Y I 9 3 - To naturalne, e wzbudzamy zainteresowanie mczyzn. Jeste urzekajc kobiet. Zwracasz uwag. Fascynujesz. Poza tym moje towarzystwo te ma swoje zalety. Jestem atrakcyjnym, szanowanym czowiekiem sukcesu. O wielkim majtku. Ciesz si tu nienagann reputacj. Twoja uroda i moja pozycja tworz intrygujc mieszank. Przekonasz si jeszcze, jak pocigasz mczyzn. Moglibymy by na-prawd zabjczym duetem... Wyprostowaam rk, wsuwajc w do szpilk. Podaam Saimanowi. - A to co? - To szpilka. -1 co mam z ni zrobi? Prosto do celu. Nazbyt atwo. - Przekuj ni sobie gow. Przesania mi wi-dok. Drzwi otworzyy si i do pomieszczenia weszo dwch mczyzn. Wyszy, potny, z wielk czaszk poronit krciutkim jeykiem, szed pewnie wyprostowany jak struna. Mia na sobie czarne spodnie, wojskowe buciory i nic poza tym. Wyraziste, czarne tatuae na mocarnych ramionach wiy si w gr, rozcigajc na tors i wyej, na kark. Masa misternych wzorw. I wszystkie tego samego kooru. Za nim postpowa mczyzna o wosach tak jasnych, e przypominay barw cytryn. Przycite rwno z uszami, faloway w nieadzie R O Z D Z I A S M Y I 9 4 wok wskiej twarzy. Dziwna fryzura, jak na faceta, ale nie wyglda w niej ani odrobin kobieco. - No i prosz. - Saiman rozpar si na krzele. 8 9 | I L O N A A N D R E W S - Rozpruwacze? - Tak. Ten w typie dzikusa to Cesare, to jego pseudonim. Ten drugi to Mart. - A ich prawdziwe imiona? - Jeli kto je zna, to wanie mj towarzysz. - Nie mam pojcia - rzek Saiman, sczc ko-niak. - I to mnie niepokoi. Rozpruwacze skrcili ku naszemu stolikowi. - Mam na co zwraca szczegln uwag? - Chc wiedzie, czy s ludmi. Przyjrzaam si badawczo Martowi. Szczupy, niemal chudy, w dugim, rozpitym szarym trenczu. Pod spodem nosi strj, ktry mona byo okreli mianem kostiumu wamywacza - czarny, cile przylegajcy, zakrywajcy cae ciao, za na nogach mikkie buty. Gdyby nie obciso ubrania, nie dostrzegabym napicia mini, kiedy zbiera si do skoku. Wyldowa na blacie naszego stolika. Fantastyczny zmys rwnowagi, nawet si nie zachwia. Opad na palce, stolik ledwie drgn. Patrzy przed siebie, prezentujc mi ostro zarysowany profil. Bardzo jasne tczwki z szar obwdk, zdecydowanie ludzkie. Zwarty ukad szkieletu, mski, bez ladu saboci. Wskie koci, harmonijne, silne minie. Dugie koczyny stworzone do skakania. adnego dziwnego zapachu. Jak dla mnie czowiek, ale znaam Saimana dugo i nie widziaam, eby kiedy si myli. Co go zastanawiao, ale co? R O Z D Z I A S M Y I 9 0 Jeli masz wtpliwoci, we kij, szturchnij ul i zobacz, co wyleci. Klasnam. - Nie wiedziaam, e Arena ma takie cheerlea- derki. Moesz to powtrzy? Tylko tym razem w w to wicej ycia. Mart odwrci si, wbijajc we mnie nieruchome spojrzenie. Zupenie jakbym patrzya w oczy jastrzbia; bystre, zwiastujce gwatown mier. Udaam namys i strzeliam palcami. - Wiem, czego ci brakuje. Pomponw! adnej reakcji. Zdawa sobie spraw, e go obraam, ale nie by pewien, w jaki sposb. Saiman zachichota. Mart nie spuszcza ze mnie wzroku. Mia idealn skr. Zbyt idealn. adnych skalecze, zadrapa, blizn. adnych pieprzykw czy pryszczy. Jak polerowany na szko alabaster. - Co sprowadza pana na nasz stolik? - zapyta Saiman tonem konwersacji. Ani cienia zaniepokojenia. Musiaam przyzna, Saiman mia jaja. Wytatuowany mczyzna skrzyowa rce na piersi. Nieproporcjonalnie dugie koczyny nadaway mu tyczkowaty wygld. Rzebione ramiona, twarde minie, ale nie nazbyt rozbudowane. Wbi w Saimana wzrok. - Przegrasz - rzuci, dobitnie wypowiadajc sowa. Mwi niskim gosem ze ladami akcentu, ktrego nie potrafiam zidentyfikowa. R O Z D Z I A S M Y I 9 1 Powoli wycignam do w kierunku twarzy Marta. Zapa mnie za rk. Nawet nie dostrzegam tego ruchu, po prostu nagle moje palce znalazy si w jego uchwycie. elazny ucisk. Byskawiczna akcja. 9 6 | I L O N A A N D R E W S By chyba szybszy ode mnie. To moe by interesujce. Nie napinaam mini. - Och, jaki jeste silny. - Naprawd by silny. Ale nie osania si. Ciekawe, czy zdoaby zablokowa moj rk, gdybym stuka kieliszek i wbia mu tulipana w gardo. Kusio mnie, eby sprawdzi. - Mart! - Gos Saimana zabrzmia jak trzani- cie z bicza. - Uszkod mi towar, a bdziesz musia go kupi. Mart popatrzy na niego. Wygldao to dziwacznie, bo odwrci sam gow jak sowa. Albo kot. Puci moje palce. Zlekceway mnie pewnie dlatego, e byam kobiet ubran w kolorow sukienk. Do foyer wesza ciemnowosa dziewczyna. Moda, najwyej osiemnastoletnia. Rysy umiejscawiay jej pochodzenie w rejonach Delhi. Wielkie, ciemne oczy, peny owal twarzy, zmysowe usta, czarna fala wosw sigajcych talii. Ubrana bya w proste dinsy oraz bluz z dugim rkawem, ale sposb poruszania si, lekko wydte wargi, cignite opatki, postawa eksponujca biust sprawiay, e wyobraaam j sobie w sari. Egzotyczna hinduska ksiniczka. Mczyni ledzili j wzrokiem. Trzy do jednego, e bya to Liwia, docelowa odbiorczyni liciku Dere- ka. Przestaam si dziwi, e mody wilkoak oszala na jej punkcie. Podesza do stolika, przystajc kilka krokw od nas. R O Z D Z I A S M Y I 9 7 - Asaan - rzeka do Marta, nie podnoszc na niego wzroku. - Pani ci woa. Wytatuowany odsoni zby. Najwyraniej popsua mu zabaw w zastraszanie. Dziewczyna spucia niej gow. Lada moment Rozpruwacze std pjd, a razem z nimi zniknie moja szansa na przekazanie karteczki od Dereka. Co robi? Dwie kobiety siedzce przy stoliku nieopodal wstay nagle, ruszajc ku dyskretnym drzwiom w rogu, za ktrymi zapewne znajdowaa si toaleta. - Musz i do azienki - owiadczyam nieco moe zbyt gono. Podniosam si, patrzc na dziewczyn. - Chod ze mn, nie chc i sama. Spojrzaa, jakbym niespodziewanie zacza mwi po chisku. Gupia dziewucha. - Nie pjd sama - powtrzyam. - Tam mog by zboczecy. Wytatuowany ruchem gowy wskaza drzwi w kcie. - No dobra - westchna. W drodze dobieg mnie gos wytatuowanego. - Twoja dziewczyna bdzie krzyczaa, kiedy umrzesz. - To groba? - zamia si Saiman. - Obietnica. Weszymy do toalety. Odwrcia si do wyjcia natychmiast, gdy tylko cikie drzwi zamkny si za nami. 9 8 | I L O N A A N D R E W S - Prosz, wszystko w porzdku. Id, chyba e mam ci poprowadzi do kabiny za rk? -Jeste Liwia? - Tak. - Zamrugaa zdziwiona. -Jestem przyjacik Dereka. Jakby otrzymaa cios. Zachwiaa si. - Znasz Dereka? Wycignam karteczk. - To do ciebie. Wyrwaa mi licik i natychmiast zacza go czyta. Jej oczy si rozszerzyy. Zmia papier, wrzucajc go do otworu w blacie, pod ktrym znajdowa si mietnik. - Masz jakie kopoty? - Musz i. Zostan ukarana, jeli bd tu zbyt dugo. - Czekaj. - Chwyciam j za rami. - Pomog ci. Powiedz, o co chodzi. - Nic nie moesz zrobi! Jeste tylko dziwk. - Wywina si, rozdzierajc przy tym rkaw swojej bluzy, pchna drzwi i wypada. Bywaj chwile, kiedy przydaje si mudny trening umysu. Pomaga zachowa trzewo, kiedy wczysz si kanaami po uda w ciekach, polujc na regenerujcego si bez koca robaka impala. Powstrzymuje te od wrzasku, kiedy dwoje smarkatych idiotw zamierza popeni samobjstwo z udziaem Rozpruwaczy, wszelkimi siami unikajc szansy na ocalenie. Notka. Wyrzucia j. Daam sowo, e nie przeczytam listu przed dostarczeniem, ale skoro R O Z D Z I A S M Y I 9 9 Liwia ju to zrobia i wrzucia do mieci, karteczka staa si wasnoci ogu. Ja byam Ann Og, wic technicznie rzecz biorc, mogam do niej zajrze.R O Z D Z I A S M Y I 9 4 Dwie kobiety, ktre widziaam wczeniej, wyszy z kabin, kontynuujc wymian zda na temat czyich bicepsw. Miny mnie, podchodzc do lustra, eby poprawi i tak perfekcyjne makijae. Jeszcze raz przebiegam w mylach tok mojego rozumowania. Troch to nacigane, ale machnam na obiekcje. Weszam na blat i zanurzyam do w otworze. Palcami natrafiam na kby mokrych rcznikw papierowych. Kobiety patrzyy, jakby nagle na gowie wyrs mi yrandol. Umiechnam si grzecznie, wyjam rk i zajrzaam do mietnika. Pytki, szeroki pojemnik peen papierowych chusteczek. Mogabym sobie tam grzeba do jutra. Blat by marmurowy, ale szafka pod nim metalowa. W szafce znajdoway si drzwiczki umoliwiajce dostp do kosza. Szarpnam za uchwyt. Zamknite. Panie uznay, e najlepiej bdzie ignorowa moj dziwaczn aktywno i powrciy do swojej dyskusji anatomicznej. Obejrzaam zamek. Otwieranie zamkw nie byo moj mocn stron. Za to rozwalanie ich - owszem. Cofnam si, eby zrobi sobie miejsce na wy- mach. Dobrze, e blat umieszczono do wysoko, trudno bowiem uderzy nisko z odpowiedni si. Zrobiam krok i kopnam w szafk. 9 5 | I L O N A A N D R E W S Zadudnio. W drzwiczkach powstao wgniecenie, ale zamek trzyma. Kobiety zamary. Kopnam ponownie, celujc we wgniecenie. up. Porzdne te drzwiczki. up. Podday si, spadajc z hukiem na posadzk. Umiechnam si do przeraonych kobiet. - Wpad mi tam piercionek zarczynowy. Wiecie, jak to jest. Dziewczyna zrobi wszystko dla diamentw. Ucieky. Wyjam kosz i zaczam go przeszukiwa. Rcznik papierowy, chusteczka, zuyty tampon... Ble. Kto wrzuca tampony do kosza na papier? O, jest. Rozprostowaam kartk. Dzisiaj przy Czerwonym Dachu o staej porze". Kawaki ukadanki wskoczyy na swoje miejsce. Olniewajco pikna dziewczyna, najwyraniej wasno zabjczej druyny nieludzi, gladiatorw. Mody wilkoak z nadmiernie rozwinitym instynktem opiekuczym. Derek si zakocha - nic innego nie popchnoby chopaka do zamania prawa Currana - i zamierza j uratowa. I tym samym wskoczy na zjedalni, na kocu ktrej czekaa go utrata klejnotw rodowych. Dobra, kiedy to ta zwyka pora" i ktry Czerwony Dach"? Zajazdy Czerwony Dach" R O Z D Z I A S M Y I 9 6 byy jedyn sieci hotelarsk, ktra jeszcze funkcjonowaa. Kada buda z pomalowanym na czerwono dachem bya natychmiast rozpoznawana jako miejsce, gdzie mona wynaj pokj. Problem w tym, e nie miaam pojcia, gdzie w tym rejonie miasta znajduje si jaki Czerwony Dach". Rozpruwacze wygldali mi na typy z lekk mani przeladowcz, co oznaczao, e najprawdopodobniej wyjad z Atlanty zaraz po walce. Trzymali Liwi krtko, wic dusza jej nieobecno szybko zwrci ich uwag. Derek by idiot, ale bystrym idiot. Na pewno zdawa sobie z tego spraw. Spotkanie ustali prawdopodobnie w pobliu ich trasy powrotnej. W najlepszym razie porozmawiaj tylko, a ona bdzie moga wrci do swoich, nie wzbudzajc podejrze. W najgorszym postara si o jaki rodek transportu, ktrym uciekn. Co doprowadzi do tragedii. Wkopaam kosz pod blat, przystawiam drzwiczki, poprawiam sukienk i wyszam z azienki. Saiman siedzia sam. Reakcj na moj dug nieobecno byo uniesienie brwi - mina, ktr podpatrzy u mnie - to oznaczao, e jest rozdraniony. Ale nie na tyle, by nie wsta, kiedy podchodziam do stolika. -Jeszcze minuta i poprosibym kierownictwo o zorganizowanie grupy poszukiwawczej - skomentowa. 9 7 | I L O N A A N D R E W S - Ty jeste kierownictwem. - Nie, ja jestem wacicielem. Touche. - Co to za sprawa z tymi Rozpruwaczami?- Chyba nie poja natury naszej umowy. - Zaoferowa mi rami. - Twoim zadaniem jest ocena druyny. Masz obowizek informowa mnie o swoich spostrzeeniach i zapewniam ci, e nie mog si doczeka twojego sprawozdania. A dr z niecierpliwoci. - Drysz? - Zaiste. Moemy ju i na sal? Westchnwszy, pozwoliam wyprowadzi si z foyer. Byam ju zmczona tym napiciem. ROZDZIA DZIEWITY eszlimy na parter, do kolejnego eleganckiego holu z arkadami. Saiman podszed do jednego z ukw, pozornie losowo wybranego, i przytrzyma zason, za ktr znajdowa si niewielki balkon. W pokrgej loy otoczonej z przodu niewysok barierk stay cztery wycieane fotele. Balkon znajdowa si blisko areny widowiskowej. Weszam do rodka. Sala bya zbyt wielka, by nazwa j pomieszczeniem. Prostoktna, przestronna, miaa co najmniej sto pidziesit metrw dugoci. Wok rozmieszczono trzy rzdy balkonw, kady mogcy pomieci szeciu-omiu widzw i zaopatrzony w osobne wejcie, ktre, prawdopodobnie jak nasze, prowadzio na obszerny korytarz. Zarzdcy prbowali w ten sposb zminimalizowa grob stratowania w razie popochu. f 9 9 | I L O N A A N D R E W S ciany schodziy poniej parteru. Wok znajdujcej si na poziomie piwnicy niecki nie byo miejsc dla widowni. Nagi beton opada lekko ku rodkowi, 1 0 0 | I L O N A A N D R E W S tworzc pochyy pas okalajcy piaszczysty ring zabezpieczony dodatkowo gsto ustawionymi stalowymi supami, poczonymi sztywn siatk. Kocio. Balkon, na ktrym si znajdowalimy, wystawa bardziej ni inne i gdybym si odpowiednio rozpdzia, mogabym doskoczy do ogrodzenia. Trudno byo mi oderwa wzrok od piaszczystej achy. Odwrciam gow. - Miejsca specjalne? - Najlepsze. Najbliej Kota, a jednoczenie bezpiecznie. - Saiman wskaza w gr. Ponad naszymi gowami, ukryty od zewntrz pluszow stor, widnia brzeg kraty. - Mog j opuci jednym naciniciem dwigni. S te oczywicie dodatkowe zabezpieczenia. - Skierowa wzrok w d. Na lewo od nas, na betonowej posadzce sta E-50, unowoczeniona bro maszynowa umieszczona na obrotowej podstawie, obsugiwana przez dwch czer- wonogwardzistw. Nie znaam si zbyt dobrze na broni automatycznej, ale t kojarzyam - uyway ich Wojskowe Oddziay Obrony przed Nadprzyrodzonymi, kiedy zaistniao zagroenie ze strony zbiegych wampirw. E-50 wystrzeliwaa pociski rednicy pidziesiciu milimetrw na odlego blisko kilometra. W zasigu szeciuset metrw tworzya krg mierci. Na sto przebijaa stalow pyt jak papier. Strzelaa z maksymaln prdkoci piciuset 1 0 1 | I L O N A A N D R E W S pociskw na minut. Oczywicie po takiej kilkuminutowej cigej serii topia si lufa, ale nie miao to znaczenia, poniewa jeli nie zlikwidowao si wampira w cigu pierwszych sekund, kada bro stawaa si nieskuteczna.R O Z D Z I A D Z I E W I T Y 1 0 5 Takie samo dziako stao po drugiej stronie. Nic, co znalazoby si pomidzy nimi, nie miao szans na przeycie. Niestety, bro ta dziaaa, o ile dziaali obsugujcy j ludzie. Jeli chciaabym wykrci jaki numer, najpierw pozbyabym si strzelcw. Na wypadek odpywu techniki kolejne dwie jednostki gwardzistw rozstawiono nieco dalej od dziaek. Jedno stanowisko zaopatrzono w balist, drugie w rnego rodzaju niepaln bro dalekiego zasigu. - Widz, e ubezpieczye si na wypadek po-wtrki wybryku Andorfa. Jeli Saiman by zaskoczony moj wiedz na temat historii turniejw, nie pokaza tego po sobie. - Owszem, nie zamierzamy pozwoli, by wydarzyo si co podobnego. Ale zapewniam ci, e wielu zmiennoksztatnych nadal bierze udzia w zawodach. -Jakim cudem? Wbrew zakazowi Wadcy Be-stii? - Sprowadzamy zawodnikw spoza Gromady. Walcz, a potem wywozimy ich, zanim minie trzydniowy okres na zgoszenie. Wszyscy obcy zmiennoksztatni w cigu trzech dni od przyjazdu mieli obowizek zwrci si do wadz Gromady o pozwolenie pobytu na jej terenie. Inaczej Gromada sama si do nich zgaszaa, z niezbyt przyjemnym rezultatem. - Wychodzi chyba do drogo? 1 0 6 | I L O N A A N D R E W S - Opaca si. - Umiechn si Saiman. - Sama kwota uzyskana ze sprzeday biletw z nawizk pokrywa koszty sprowadzenia zawodnikw. Ale prawdziwe pienidze pochodz z zakadw. Na dobrej walce Izba zarabia do trzech wierci miliona. Najwyszy dochd z mistrzostw przekroczy dwa miliony. Ja, przy caym ryzyku zwizanym z prac, wycigaam najwyej trzydzieci patykw rocznie. Zapatrzyam si w piasek. Budynek rozpyn si w nico. Ogrodzenie, beton, dziaka, Saiman, wszystko stopio si w palcym socu, bezlitos-nym, olepiajcym blasku. Syszaam gwar na trybunach, szybkie staccato hiszpaskiego, piskliwy kobiecy miech, okrzyki bukmacherw przyjmujcych zakady. Czuam obecno ojca, rdo opanowania i rwnowagi. Uspokajajcy ciar waonego w doni miecza. Czuam zapach wasnej rozgrzanej socem skry i unoszce si z piasku opary krwi. - Usidziemy? - Gos Saimana wyrwa mnie z zadumy. Na szczcie. Zajlimy miejsca. Kurtyna na kocu hali rozsuna si, ukazujc dwa naprzeciwlege wejcia, jedno pomalowane krzykliw, zot farb, drugie w odcieniu wesolutkiej czerni. Saiman pochyli si ku mnie. - Zawodnicy wchodz Zotymi Wrotami, martwi opuszczaj aren Wrotami Pnocy. Jeli zaliczysz zot bramk", znaczy, e zwyciya. 1 0 7 | I L O N A A N D R E W S Dugi, gboki gong przetoczy si przez hal, uciszajc widowni. Zotymi Wrotami wesza drobna kobieta w srebrzystej sukni. 1 0 8 | I L O N A A N D R E W S - Witajcie! Witajcie w przybytku walki, gdzie ycie i mier tacz na krawdzi ostrza. - Jej gos, niski, jak na kobiet, nis si po caej hali. - Rozpoczynamy Rozgrywki. - To Sophia, animatorka. Kobieta znikna w Zotych Wrotach. Z gry zjechaa uczepiona na acuchach tablica wynikw, zatrzymujc si nad Wrotami Pnocy. Wisiaa na niej oprawiona w drewniane ramki papierowa plansza z piknie wykaligrafowanymi nazwiskami: RODRIGUEZ v. CALLISTO, oraz liczbami: -175+200. Rodriguez by faworytem. Stawiajc na niego, naleao wyda sto siedemdziesit pi dolarw, eby wygra dodatkowe sto. W wypadku wygranej Callisto wydane sto dolarw oznaczao zwrot stawki i dodatkowe dwiecie zysku. - Ludzie. rednio ciekawe. - Saiman machn rk. - Co z tymi Rozpruwaczami? Chciabym usysze twoje zdanie. - Obaj, Cesare i Mart, s gladiatorami, tak? Saiman przytakn. - Widziae kiedy, eby krwawili? - Cesare podczas walki z panteroakiem zosta kilkakrotnie zadrapany w klatk i plecy. Mart jak dotd nie zosta zraniony. - Zauwaye, jak ma idealn skr? Saiman zmarszczy czoo. -Jest rwnomiernie wybarwiona, owszem, ale nie bardzo rozumiem, o co ci chodzi. R O Z D Z I A D Z I E W I T Y 1 0 9 Nic dziwnego. Kto, kto traktuje skr jak glin, ktr mona urabia i ksztatowa, nie dostrzee znaczenia faktu posiadania perfekcyjnej cery. Pryszcz" nie wystpowa w sowniku Saimana. - Normalni ludzie maj rnego rodzaju niedoskonaoci. Blizny, dzioby, pryszcze, rozszerzone pory, siniaki. Mart nie. Jego skra jest jednolita i nienaturalnie perfekcyjna. - Moe posiada zdolnoci regeneracyjne? - Nawet zmiennoksztatni maj blizny. Ich zamania lecz si szybciej, ale i tak musi to potrwa. Na skrze zapisana jest historia ludzkiego ycia, Saiman. Na przykad blizny z czasw, kiedy dopiero uczyli si walczy. Ale on nie. Jak dawno go poznae? -Jakie dwa miesice temu. - Zatem by w Georgii pnym latem. Zauwaye, eby mia oparzenia soneczne? -Nie. - Czowiekowi z tak karnacj po pgodzinie na socu Atlanty zaczyna obazi skra. Czemu jest bielszy od kwitncego derenia? I czy widziae go z inn fryzur? Niemal syszaam trybiki obracajce si w mzgu Saimana. - Nie - przyzna wreszcie. - Zawsze ta sama dugo wosw? -Tak. Kiwnam gow. 1 1 0 | I L O N A A N D R E W S - Dobrze, teraz Cesare. Wytatuowany od stp do gw? -Tak. - Zauwaye, e tusz wyglda na bardzo wiey? Po pierwsze, tatua wykonuje si etapami. Skomplikowane wzory wymagaj duszej pracy. Sam proces dla wielu jest swoistym rytuaem, tak samo wanym jak efekt. Tusz z czasem powieje, na socu szybciej. Jego tatuae, przynajmniej te, ktre widziaam, s dokadnie w tym samym odcieniu czerni. Tak, jakby nigdy nie wychodzi na zewntrz. - Moe zaplanowa cao wczeniej i uywa filtra sonecznego? - Wtpi, by dao si, ot tak, wej do salonu tatuau z projektem plemiennych wzorw rozrysowa- nych na cae ciao. Zreszt sam mwie, e krwawi. Rany zdeformowayby rysunek, szczeglnie przy tak misternych liniach jak u niego. Byyby gdzieniegdzie przerwane, nadszarpnite, rozlane. Nic takiego nie dostrzegam. Harmonijne rysy Saimana cigny si w wyrazie zatroskania. Kiedy krew, wydzielina lub tkanka tracia czno z ciaem, jej waciciel nie mg ukry ju swojej magii. M-skaner wychwytywa kady jej lad i przetwarza na kolorowe wykresy, fioletowe dla wampirw, zielone dla zmiennoksztatnych, niebieskie lub szarawe dla ludzi. aden problem wzi prbk krwi i R O Z D Z I A D Z I E W I T Y 1 1 1 przebada j m-skanerem. Kolor inny ni niebieski czy srebrny oznacza nieczowieka. M-skanera nie dao si oszuka. - Skanowae ich? - Kilkakrotnie. Obaj niebiescy. Stuprocentowi ludzie. Dziwne. - Piekielnie trudno obali wyniki m-skanowa- nia. Ale fakt pozostaje faktem, masz tu dwie chiskie laleczki, jedn niemal bia, drug pomalowan w czarne zawijaski. W dodatku nie darz ci sympati. Na twoim miejscu zatrudniabym osobist ochron. I uprzedzia, e moe mie do czynienia z wyjtkowymi napastnikami. Do Kota weszo dwoje ludzi. Rodriguez, mczyzna po czterdziestce, niski, ylasty, uzbrojony by w krtkie, zakrzywione kukri. Docione na kocu zatapiay si w ciele niemal same. Callisto przerastaa Rodrigueza prawie o gow i growaa nad nim mas o jakie pitnacie kilogramw. Miaa oliwkow karnacj i nieproporcjonalnie dugie koczyny. Walczya toporem. Nosia take srebrny acuch okrcony wok prawego przedramienia. Zabrzmia gong. Callisto zamachna si topo-rem. Gdyby trafia, ostrze rozpataoby przeciwnika, ale Rodriguez uchyli si zwinnie niczym kot. Callisto zaatakowaa ponownie. Wyprowadzajc cios, odsonia lew stron. 1 1 2 | I L O N A A N D R E W S Rodriguez nie wykorzysta szansy, robic znowu unik. Tum zawy. Oparam si o barierk, ledzc poczynania Rodrigueza. Posiada umiejtnoci i dowiadczenie w walce, ale twarz Callisto wykrzywia niebezpieczny grymas okruciestwa. - Kto zwyciy, Rodriguez czy Callisto? - zapyta Saiman. - Callisto. - Dlaczego? - Przeczucie. Jest bardziej zdeterminowana. Rodriguez wykona pchnicie, ranic przeciw-niczk w udo. Na jej nodze wykwita szkaratna struka. Poczuam zapach krwi.R O Z D Z I A D Z I E W I T Y 1 0 6 Callisto szarpna rk. acuch zatoczy uk, z niesamowit precyzj owijajc si wok szyi Ro- drigueza. Kocwka zawisa ponad ramieniem gladiatora i dostrzegam przytwierdzon do niej trjktn gwk. Metalowe szczki rozwary si, kapic gronie. Callisto szarpna za acuch. Ogniwa zlay si w podune ciao stalowego wa, ktry zacisn zwoje. Rodriguez ci go w rozpaczliwym wysiku, ale ostrze zelizgno si po metalu. Walka dobiega koca. Tum rykn z ukontentowaniem. Rodriguez posinia i pad na kolana. Bro wysuna si z bezwadnej doni, upadajc w piasek. Rozpaczliwie targa miadce mu gardo sploty. Callisto patrzya na przeciwnika. Moga dobi go toporem, ale po prostu staa, obserwujc, jak si dusi. Trwao to ponad cztery minuty. W kocu, kie-dy nogi Rodrigueza przestay drga, Callisto odwina acuch, ktry znw przeksztaci si w zwyky sznur ogniw. Uniosa go do gry, potrzsajc. Widzowie szaleli. Rozluniam zacinite pici. Jedynie si woli powstrzymywaam si przed skokiem do Kota, aby cign Rodriguezowi t rzecz z szyi. Nie sdziam, e Saiman moe mnie jeszcze czym nieprzyjemnie zaskoczy. Myliam si. R O Z D Z I A D Z I E W I T Y 1 0 7 Z Pnocnych Wrt wyonio si czterech m-czyzn w szarych uniformach. Zaadowali ciao na nosze i wynieli t sam drog. Saiman rozpar si wygodnie. 1 1 2 | I L O N A A N D R E W S -Jak mwiem, nudne. - Raczej przeraajce. - Dlaczego? Sama zabijasz, Kate, widziaem. Przyznam, e robisz to oczywicie bardziej umiejtnie. - Zabijam, kiedy musz. W obronie wasnej lub innych. Nie odebraabym ycia, eby zaspokoi mordercze instynkty tuszczy. A tym bardziej nie torturowaabym nikogo dla czyjej rozrywki. Saiman wzruszy ramionami. - Zabijasz, eby przey i eby uspokoi bdnie pojte sumienie. Ci tutaj zabijaj dla pienidzy oraz satysfakcji, e s lepsi od lecych u ich stp zwok. Istota naszych motyww pozostaje ta sama, Kate, to wyrachowanie. Altruizm jest mrzonk utkan przez sabe umysy, chcce wykorzysta cudz si i umie-jtnoci. Niczym wicej. -Jeste jak bg z greckiej mitologii, Saiman. Nie ma w tobie krzty empatii. Przeronite ego przesania ci cay wiat. Uwaasz, e samo pragnienie czego daje ci prawo do signicia po to, bez wzgldu na szkody, jakie moesz przy okazji wyrzdzi. Na twoim miejscu miaabym si na bacznoci. Przyjaciele i obiekty boskiego podania padaj jak muchy. Bg koczy zwykle aosny i samotny. Saiman obrzuci mnie zdumionym spojrzeniem i zamilk. ROZDZIA DZIESITY alki toczyy si jedna po drugiej, czciej ni to konieczne koczc si mierci jednego z za-wodnikw. Zbyt wiele krwi, zbyt wiele rzezi, zbyt wiele popisw. Zbyt wiele entuzjazmu amatorw gaszonego chodnym dowiadczeniem. Od czasu do czasu Saiman pyta mnie o przewidywany wynik starcia. Odpowiadaam, nie rozwodzc si nad tematem. Marzyam o powrocie do domu. Gong zadwicza ponownie. Na opuszcza-nej tablicy widniay dwa imiona: ARSEN VS. MART -1200+900. Arsen by zdecydowanym faworytem. - Chciabym zaoferowa ci posad - odezwa si Saiman. Uczucie odrazy nie pozwolio mi wykrzesa niedowierzania. -Nie. - Nie jest to oferta natury erotycznej. -Nie. - W szeciu walkach prawidowo wytypowaa zwycizc. Chciabym zatrudni ci jako konsultanta.W 1 0 9 | I L O N A A N D R E W S Czonkowie Izby przed turniejem oceniaj szanse walczcych, chcc przewidzie zyski, jakie przyniesie dany pojedynek... -Nie. Na piasek wstpi Mart. Bez paszcza, w samym tylko obcisym, czarnym trykocie. Porusza si cicho, ciemny, zwinny cie, w ktrym jedyn jasn plam stanowiy wosy. Nis dwa ostrza niczym dwa promienie przekute w stal. Daisho. Klasyczna katana oraz krtki wakizashi. - Trzy kawaki od turnieju. Spojrzaam na Saimana. -Nie. Przez Aren przetoczy si gboki ryk. Z pocztku niski, przecigy, nieludzki, przeszed w grzmot zakoczony kakofoni prychni oraz krtkich, ostrych krzykw. Tum zamar. Moja rka powdrowaa ponad rami, ale nie natrafia na rkoje Zabjcy. - Co to byo? Twarz Saimana rozjania si chepliw uciech. - To Arsen. Z trzewi Zotych Wrt wyoni si ogromny ksztat. Kroczy ciko, powoli, pozostajc na granicy krgu wiata. Cienie definioway szerokie bary, atletyczn klatk, zamazujc bry wielkiego hemu. 1 1 0 | I L O N A A N D R E W S Czerwonogwardzista otwierajcy zawodnikom wejcie na ring wyglda, jakby mia ochot umkn, gdzie pieprz ronie. Arsen rykn znowu, wystrzeli w wiato i pdem wbieg do Kota. Gwardzista zatrzasn za nim bramk i uciek.R O Z D Z I A D Z I E W I T Y 1 1 5 Arsen wpad na ach i zatrzyma si na rodku, wzbijajc tumany piachu. Z jego garda wydoby si kolejny ryk. Oniemiaa widownia patrzya wstrznita na ring. Mia grubo ponad dwa metry wzrostu i twarde, potne minie, ktre zdaway si rozrywa czarn skr. Krtkie futro porastajce gsto tors tworzyo na brzuchu wsz lini, ktra rozszerzaa si niej, nie do koca skrywajc ogromne przyrodzenie. Wstgi wosw biegnce wzdu tyu ng oraz ramion schodziy si na masywnym karku, spywajc dug grzyw. Z wielkiej czaszki wyrastay dwa jasne rogi. Jego twarz nosia znamiona ludzkie i bycze - okolice nosa i ust naleay do byka, ale byszczce pod krzaczastymi brwiami oczy byy ludzkie. Ze szczki zwisaa zapleciona w warkoczyki broda. Nogi koczyy si kopytami. Jedn doni, zakoczon dwoma grubymi palcami i kciukiem, zdoaby obj ca moj gow. Drzewce wczni, ktr trzyma w lewej rce, musiao mie z pi centymetrw gruboci. Po chwili przypomniaam sobie o zamkniciu ust. - Bykoak? - Nie. Co bardziej egzotycznego - rzek Sai-man. - Urodzi si taki i nie potrafi przyj formy ludzkiej. To minotaur. Arsen potrzsn bem i grzebn kopytem, wyrzucajc w gr fontanny piachu. W lewym uchu bysny zote kka kolczykw. By czyst R O Z D Z I A D Z I E W I T Y 1 1 6 si, energi i furi przyobleczonymi w ciao, ktre tylko czekay, eby si wyrwa. Mart nie poruszy si. Sta z mieczami skierowanymi ku ziemi. - Arsen jest moim zawodnikiem. - Gos Saimana pobrzmiewa dum. - Gdzie go znalaze? - W Grecji, a gdzie indziej? - Sprowadzie go z Grecji? - odzi. Przez ocean kipicy od burz i wy morskich. Musiao go to kosztowa fortun. Saiman skin gow. - Byo warto. Nie sta mnie na byle co. Powicibym okrg sumk, eby upokorzy Rozpruwaczy. W porwnaniu z tym to marne grosze. Arsen zarycza i, nie spuszczajc wzroku z Marta, zniy gow. Mart sta nadal nieruchomy i cichy. Z nozdrzy minotaura buchna para. Arsen przygarbi si i zaatakowa. Ruszy z miejsca pdem, niczym nacierajcy tryk. Mart nie drgn nawet, eby zrobi unik. Dziesi metrw. Siedem. Trzy. Mart skoczy do gry nieprawdopodobnie wysoko, jak kawaek jedwabiu, ktry nagle unosi si, znikajc z pola widzenia. Poszybowa w powietrzu, opadajc na kark przeciwnika. Przez chwil dosownie jecha na minotaurze, utrzymujc rwnowag z dziecinn atwoci, po czym zeskoczy lekko na piasek. Arsen zawrci byskawicznie, wyprowadzajc klasyczne pchnicie wczni. Mart zanurkowa pod grotem, odbijajc drzewce krtszym ostrzem. Jego katana migna, rozcinajc prawe udo przeciwnika. Niemal w tej samej chwili bysna ponownie, ranic lewe, a Mart ju odskakiwa z zasigu minotaura. Wszystko trwao mgnienie oka. -Ju po nim. - Co? - oburzy si Saiman. R O Z D Z I A J E D E N A S T Y | 1 1 8 - Twj Arsen jest trupem. Obie ttnice udowe przecite. Z ng minotaura sikny strugi krwi. Mart odwrci si w stron naszej loy i skoni teatralnie, rozkadajc ramiona, w ktrych trzyma zakrwawione miecze. Wcieko zmienia rysy Saimana w nierozpoznawaln mask. Mart skierowa si ku Zotym Wrotom. Arsen wyda saby jk. Szkaratne fontanny tryskay w rytm uderze serca. Nogi ugiy si pod nim, uderzy kolanami o piach. Zadra, przechyli si i pad na twarz. Tum eksplodowa wiwatami. Saiman zerwa si na rwne nogi, wybiegajc z loy. Odczekaam chwil, eby si na niego nie natkn, po czym sama wypadam na korytarz, jakby wosy stay mi w pomieniach. Domylaam si, e impreza dobiega koca. Czas poszuka Czerwonego Dachu". Rozdzia jedenasty awet najlepszy plan ma sabe strony. Mj po-siada dwie. Po pierwsze, nie miaam bladego pojcia, gdzie szuka zajazdu. Po drugie, nie dysponowaam adnym transportem. Jeden problem rozwizaam szybko, apic pierwszego lepszego gwardzist i zadajc odpowiednie pytania. Jedyna w tym rejonie filia Czerwonego Dachu" znajdowaa si na zachd, przy poudniowo-zachodniej linii geoman- tycznej, dwadziecia minut konno lub ponad godzin piechot. Trzy kwadranse biegiem. Dochodzia druga w nocy, a podczas panowania magii N j I L O N A A N D R E W S szanse na znalezienie konia, rwnay si zeru. Nikt rozsdny na tyle, by mie ze sob konia nie wczy si o tej porze, a nawet jeli, broniby si, raczej kiepsko przyjmujc perspektyw utraty wierzchowca. aowaam, e nie wziam butw do biegania. Zanurzyam si w noc. Magia odara wejcie Areny z jaskrawej iluminacji. Ujawnia za to wtopione w ciany runy i tajemne symbole, ktre jarzyy siczerwieni i ci, ukadajc w zawie wzory solidnej osony. Diabelnie mocnej osony - cay budynek otacza janiejcy kokon magii ochronnej, utkany gciej ni zabezpieczenia skarbca bankowego. Odetchnam gboko, wraz z powietrzem wydy-chajc niepokj. Czuam za sob mroczn, przyta-czajc obecno Areny. Chciwo i dza krwi two-rzyy opar oblepiajcy kadego, kto tam wchodzi. Kamienny budynek peen ludzi w strojach wie-czorowych czy te piaszczysty plac otoczony drew-nianymi trybunami, miejsce nie miao znaczenia. Ni-gdy nie zapomniaam walki na piasku, nie zdawaam sobie tylko sprawy, e moje wspomnienia unosz si tak blisko powierzchni. W ziarna piasku wmieszanych byo wiele moich pierwszych razy. Pierwszy raz walczyam sama, bez gwarancji, e ojciec mi pomoe. Pierwszy raz zabiam kobiet. Pierwszy raz zabiam przy ludziach i pierwszy raz zostaam za to nagrodzona przez dny krwi tum. Mj ojciec uzna, e takie dowiadczenie jest mi niezbdne, wic si nie sprzeciwiaam. Prba ta musiaa jednak pozostawi we mnie niezatarty lad, bowiem na sam widok piasku swdziaa mnie skra, R O Z D Z I A J E D E N A S T Y | 1 2 0 jakby przylgny do niej dranice drobinki. Strzepnam iluzoryczny py, odrzucajc wraz z nim wspomnienia. Miaam ochot wzi jak najszybciej prysznic. Derek pewnie ju czatowa w umwionym miejscu, oczekujc na Liwi. By rozwanym wilkiem. Dotar do Czerwonego Dachu" na pewno kilka godzin przed czasem. Ja te musiaam si tam dosta. Ale najpierw najwaniejsze - odzyska Zabjc. Skierowaam si do samochodu Saimana. - Kate? Ktem oka dostrzegam wychodzcego z budynku Saimana. Cholera. - Kate! Przystanam. - Rozgrywki skoczone. Jestemy kwita. Zrwna si ze mn. - Wybacz moje gwatowne wyjcie... - Nie potrzebuj twoich przeprosin. Chc mj miecz. Wypeniam swoj cz umowy, teraz musz i. Ju otwiera usta, ale musia ujrze w mojej twarzy co, co kazao mu zmilcze. Kiwn tylko gow. - Dobrze. Podeszlimy do wozu. - Jak zamierzaa wydosta go bez mojej pomocy? - Rozbijajc szyb. - Przekroczylimy bia lini. - Chciaa zniszczy mj samochd? -Uhm. - Zdajesz sobie spraw, e jest dobrze zabezpie-czony? Poczuam na sobie czyj wzrok. Wraenie byo tak silne, jakby trafia mnie cega w plecy. Obejrzaam si przez rami. Tu za lini, za ktr wyszlimy dosownie przed chwil, sta wytatuowany Rozpru-wacz. Podwietlona reflektorem sylwetka z twarz ukryt w cieniu. - Mamy towarzystwo. Saiman dostrzeg Cesare'a. j I L O N A A N D R E W S - Zabawne. Nie przypuszczaem, e daem im podstawy sdzi, jakobym by podatny na dziecinne metody zastraszania. - Odnosz wraenie, e maj due gorsze zamiary - rzuciam, przyspieszajc kroku. Opywowa czarna brya Saimanowego samochodu znajdowaa si kilkanacie metrw dalej. Kto przeskoczy rzd wozw i wyldowa w kuc-ki, zagradzajc nam drog. Mczyzna o dugich, czarnych wosach. Spojrza na nas. Oczy jarzyy mu si jak dwa wgielki. Z otwartych ust wysun si rozdwojony jzyk. Uniesione wargi odsoniy rzdy zakrzywionych kw. No jasne. Ktem oka zauwayam, e Cesare stoi poza lini, nieporuszony. Mczyzna z wowym jzykiem podczoga si, znaczc chodnik lin kapic z kw. Wok roznis si silny zapach jaminu. Uperfumowana lina potwora. Do czego to doszo? Saiman zblad, ujmujc mocniej lask. Rozjarzone oczy ledziy kady jego ruch. Napast-nik podnis rce, ukazujc dwa wskie, zakrzywione sztylety podobne do zbw jadowych wa. Ja w ogle si w tym wszystkim nie liczyam. wietnie. Saiman przekrci gak laski. Pomidzy uchwy-tem a drzewcem bysn metal. Laska skrywaa szty-let, a on zamierza go heroicznie uy. Napastnik wydal dziwny, guchy dwik, od kt-rego zjeyy mi si woski na karku. Spry si i sko-czy. Jednym niesamowitym, niewiarygodnym susem pokona dzielc nas kilkunastometrow odlego. Saiman cofn si, wyszarpn sztylet i ustawi w po-zycji do ataku. Pierwsza zasada ochroniarza: usu podopiecznego z drogi napastnika. Podciam Saimanowi nog, jednoczenie mocno uderzajc w pier. Tak si skupia na perspektywie R O Z D Z I A J E D E N A S T Y | 1 2 2 zadania ciosu, e przyjta pozycja uniemoliwia mu zachowanie rwnowagi. Run na ziemi jak koda. Wyrwaam Saimanowi z rki drewnian pochw sztyletu i skierowaam w gr. Pseudolaska ugodzia ldujcego czekowa pod mostek. Stkn z blu i zaskoczenia. Obrciam si, grzmocc go drzewcem w skro. Drewno pko wzdu. Taki cios oguszyby nor-malnego czowieka. Napastnik powinien teraz lee przede mn bez ducha. Czekow zachwia si tylko lekko, potrzsn gow i zaatakowa sztyletem. Zrobiam unik, jed-noczenie odcigajc go od Saimana w stron samo-chodu. Promie reflektora przesun si po nas, zatrzyma na sekund, po czym ruszy znowu. Stranicy musieli nas zauway. Napastnik mci sztyletami energicznie, lecz niecelnie. Nadal ciko dysza. Kiedy otrznie si po ciosie, bdziemy w dupie. Samochd by tu-tu. Krok. I jeszcze jeden. Saiman dwign si na nogi. R O Z D Z I A J E D E N A S T Y | 1 2 3 - Trzymaj si od tego z daleka! - rzuciam. Czekow zerkn przez rami, jednoczenie tnc praw rk dla zmyki. Chwyciam go za przegub, przycignam i wraziam odamek laski pod ebra, w nerki. Zaskrzecza z blu. Przerzuciam go przez biodro wprost na samochd Saimana. Grzmotn o drzwi pasaera. Zaklcie zabezpie-czajce ugio si z jasnotym rozbyskiem i po-chwycio ofiar. Sypny si pomaraczowe iskry. Przyklejony do tarczy ochronnej czekow wi si i szarpa. Spazmatyczne ruchy przypominay ob-sceniczny taniec. Z jego piersi unis si smrd pa-lonego ciaa. Napi minie ramion, zapierajc si o karoseri domi, w ktrych nadal ciska sztylety. Prbowa si uwolni. Same zabezpieczenia mogy nie wystarczy. Uparcie broni si przed mierci. Wyszarpnam patyczki z wosw, chwytajc je mocno w gar. Z odgosem rozdzieranego papieru nadwerone zabezpieczenia puciy. Czekow wyrwa si, na-tychmiast atakujc. Kopnam go w kolano. To by porzdny, silny cios. Kiedy upad, zapaam za wosy i wbiam mu paeczk w lewe oko. I jeszcze jedn, i jeszcze, i jeszcze. Cztery. Wrzasn. Wzmocniam uchwyt, wraajc patyczki w oczod najgbiej, jak si dao. Sztylety wypady przeciwnikowi z rk. Podniosam jeden i podernam mu gardo. Ostry jak brzytwa n prawie odci gow. Fontanna krwi zbryzgaa mnie czerwonym deszczem. Okrciam si, szukajc wzrokiem Cesare'a, ale Rozpruwacz znikn. j I L O N A A N D R E W S Ciao mczyzny z wowym jzykiem leao bezwadne w kauy krwi. Spojrzaam na Saimana, unoszc zakrwawiony palec. - Zdecydowanie nie czowiek. Saiman wykrzywi twarz z wciekoci. - To zniewaga! Jestem wacicielem sidmej czci Areny! Zabezpieczenia samochodu zostay zamane. - Mgby otworzy? Drcymi rkoma wydoby pilota i wdusi guzik. Bez rezultatu. - Przypyw magii - przypomniaam. Zakl, wycign kluczyki i otworzy drzwiczki. Zgarnam Zabjc i od razu poczuam si raniej. Saiman przeczesa palcami czupryn. - Musisz ze mn wrci do Areny. - Zapomnij. Mam wane spotkanie. -Jeste wiadkiem! Staraam si mwi powoli i wyranie. - Musz teraz gdzie i. -Jestemy na pustkowiu. Nie masz samochodu. - Mam nogi. -Jeli pjdziesz ze mn i opowiesz, co si stao, to ci odwioz. Potrzsnam gow. Za dugo to potrwa. - Zaatwi ci konia! Przystanam w p kroku. Ko trzykrotnie skrci czas dotarcia na miejsce. Odwrciam si. - Szybkie zeznanie, Saiman. Bardzo szybkie. Po-tem dasz mi konia i odejd. - Dobrze! - Mwia chyba, e te patyki we wosach to nie ostrza? - zagadn mnie w drodze do budynku. - Bo nie. To szpikulce. Oddychaj gboko, Saiman. Rce ci si trzs. R O Z D Z I A J E D E N A S T Y | 8 Oczy Rene byy przejrzyste i zimne jak krysztaowa gbia grskiego jeziora. Saimanowe wybuchy obu-rzenia nie naruszay jej lodowatego spokoju. - Ile moe trwa przyniesienie jednego trupa?! - Ciao bdzie tu lada moment. Oparam si o biurko. Znajdowalimy si w po-mieszczeniu ochrony. Cenne sekundy uciekay. Nic nie mogam na to poradzi. Rene wykonywaa swoj prac, a ja musiaam jej na to pozwoli. Zerkna na mnie. - Wycia serce? - Nie byo takiej potrzeby. Zrobiam mu siekank z mzgu i odciam gow. Nie spotkaam istoty zdolnej zregenerowa gow. -Ja te - przyznaa Rene. Saiman podnis kubek, spojrza z niechci i cis-n o cian. Naczynie roztrzaskao si na kawaeczki. Popatrzyymy na niego. - Twj kawaler zachowuje si nieco histerycznie - skomentowaa Rene. - Mylisz, e laniem wbiabym w niego troch mskoci? Saiman zaniemwi. Musz odda Rene spra-wiedliwo - nie rozemiaa si. Cho miaa na to wielk ochot. Oddzialik gwardzistw wnis na noszach ciao czekowa. Za nimi weszo jeszcze dwch strani-kw i jeden cywil, starszy mczyzna. Mczyzna poda Rene wielk ksig oprawion w skr i po-wiedzia co szeptem. Odpowiedziaa krtkim ski-nieniem. - Zaley nam na bezpieczestwie naszych goci, a tym bardziej czonkw Izby. Jednake... - Podniosa rk, odginajc palce. - Po pierwsze, zdarzenie miao miejsce poza terenem naszej jurysdykcji. Rejon, za ktry odpowiadamy, ogranicza biaa linia. Po drugie, ta istota nie zostaa zarejestrowana na licie czonkw druyny Rozpruwaczy ani ich personelu pomoc-niczego. Nikt go nie zna. Fakt, e czonek zespou j I L O N A A N D R E W S Rozpruwaczy by wiadkiem wydarzenia nie oznacza, e druyna ma co wsplnego z tym atakiem. Nie mia on obowizku wam pomaga, moe zwyczajnie przyglda si walce. Po trzecie, prawie cay zesp Rozpruwaczy oprcz Marta i dwch pomocnikw opuci teren Areny ju na pocztku pierwszej rundy, czyli okoo trzech godzin temu... Przebieg mnie zimny dreszcz. - Zawsze tak robi? Rene przerwaa. - Zawsze tak robi? - powtrzyam. - Nie - odpara z namysem. - Zwykle zostaj, eby przyglda si walkom. Derek nigdy nie robi niczego bez odpowiednich przygotowa. Na pewno przyby na miejsce spotka-nia ze sporym wyprzedzeniem. Rozpruwacze mieli trzy godziny, podczas ktrych wiele mogo si wy-darzy, a tymczasem ja bawiam si w wiadka dla uciechy Saimana. Odwrciam si do niego gwatownie. - Potrzebuj konia, natychmiast. Saiman zawaha si. - Ko! Inaczej przysigam, dokocz to, co ten tutaj zacz. Sylwetka Czerwonego Dachu" majaczya na prze-ciwlegym obrzeu zniszczonego placu, otoczona z dwch stron stertami gruzu niegdy bdcego bu-dynkami. Dwukondygnacyjna budowla, ktrej grne pitro zapado si z jednej strony pod ciarem karminowego dachu, przypominaa zgarbionego sta-ruszka w czerwonej czapce. Zatrzymaam si na skraju placu. Buany waach parskn, robic bokami po galopie przez opustoszae ulice miasta. Spkany asfalt znaczyy krwawe smugi. W srebr-nej powiacie lniy jak tuste, czarne plamy smoy.1 2 8 j I L O N A A N D R E W S Zeskoczyam z konia i wkroczyam na plac. Fala magii opada po drodze, a podczas przypywu tech-niki nie byam w stanie wyczu pozostaoci magii, ladu zaklcia czy wiadectw czarw. Miaam przed sob tylko zapylony asfalt i krew. Duo krwi. Bya wszdzie, dugie, porozlewane pasma i wachlarzo- wate rozbryzgi. Podeszam do jednej z kau i zanurzyam w niej palce. Ostyga. To, co si tu wydarzyo, miao miejsce ju jaki czas temu. Poczuam, jakby lodowata do zacisna si na moim sercu. Strach zapar mi dech w piersiach, wyssa cae powietrze wok. Mogam przeczyta licik wczeniej... Wziam dawic mnie kul poczucia winy oraz lku i wepchnam gboko w zakamarki umysu. Zadanie, ktre mnie czekao, wymagao jasnego my-lenia. Z blem postanowiam zmierzy si pniej, w tej chwili musiaam skupi si na miejscu wydarze i przeanalizowa to, czego si dowiem. Plac na pewno by scen przemocy, ale nie wygl-da, jakby toczya si tu walka z wilkoakiem. Zmien- noksztatni mogli przyj dwie postaci - czowieka oraz zwierzcia. Wyjtkowo utalentowani potrafili take przybra form bojow, poredni pomidzy ludzk a zwierzc - wielkiego humanoida uzbro-jonego w pazury oraz ky bestii. Wikszo miaa problemy z jej utrzymaniem, niewielu zachowywao w niej zdolno mowy, ale mimo utrudnie w takim wcieleniu wilkoak jest najskuteczniejszy w walce. Derek by jednym z najlepszych. Przemieniby si natychmiast po rozpoczciu starcia. Gdyby to on walczy na placu, na asfalcie widnia-yby lady pazurw. Tu i wdzie leayby kby wil-czej sierci. Kawaki ciaa - zwykle dar przeciwnikw na strzpy. Nic takiego nie znalazam. Moe nie bra udziau w jatce? Moe przyszed i si wycofa? We-pchnam nadziej w ten sam kt, gdzie wczeniej umieciam poczucie winy. Pniej. R O Z D Z I A J E D E N A S T Y | 1 2 9 Nieco dalej dostrzegam jasne, lnice krople ja-kiej substancji. Podeszam bliej, ostronie omijajc smugi krwi, i uklkam. Iskra tlcej si we mnie na-dziei zgasa. Wszdzie rozpoznaabym ten kolor. Byy to krople stopionego srebra, ktre zastygo w chodzie nocy. Zdrapaam kilka i woyam do kieszeni. Bez uycia magii nie dao si roztopi srebra na rodku ulicy, wic albo Rozpruwacze mieli ze sob kogo, kto potrafi si ni posugiwa, albo... Odwrciam si, syszc ostre warknicie. Na skraju placu stay dwa wilki. Ich lepia jarzyy si jasnotym blaskiem niczym dwie pary ognistych ksiycw. George i Brenna. George marszczy nos, odsaniajc czarne dzisa i nienobiae ky. Sta na szeroko rozstawionych apach i warcza. Wstaam z klczek bardzo powoli, unoszc rce. - Nie mam zych zamiarw. Brenna kapna zbami, pryskajc lin. Zjeone futro przypominao nabity kolcami paszcz.- Nie braam udziau w tej jatce. Znacie mnie, jestem Przyjacielem Gromady. Zabierzcie mnie do Jima. - Pki nie dotknam Zabjcy, miaam szans rozwiza t sytuacj pokojowo. Gdyby skoczyli na mnie trzymajc miecz, mogabym ich zrani. Zo-staam wyszkolona do zabijania, byam w tym dobra, a wyrzut adrenaliny podczas walki z dwoma prawie stukilogramowymi potworami mg sprawi, e zro-biabym co, czego aowaabym do koca ycia. Moje sowa utony w guchym warkocie. Dwa wilki spryy si do skoku, rozsiewajc wok aur dzy krwi niczym zabjcze perfumy. Rka, ktr posugiwaam si mieczem, zacza mnie swdzie. - Nie rbcie tego. Nie chc was skrzywdzi. Wysoki skowyt zaguszy warkot. Noc rozstpia si, ukazujc smuky ksztat przeskakujcy wilki. Pdzia na mnie wysoka, kudata istota - zmienno- ksztatny w formie bojowej. Szybowa ponad asfaltem z rozoonymi ramionami i rozwart szczk. W j I L O N A A N D R E W S uamku sekundy wyobraziam sobie, jak jego wielkie zakrzywione ky miad mi czaszk jednym kapniciem. Wilki ruszyy do ataku. Cholera. Uchyliam si, unikajc zabjczych szczk, i jed-noczenie wraziam okie w splot soneczny potwora. Wierzgn, poraony blem i wrzasn, kiedy wbiam mu dwie srebrne szpile w szyj, za uchem. Sign, aby je wyrwa. Zaraz za nim nadcigay dwa wilcze monstra. Byy tu-tu. Kopnam pierwszego napastnika w kolano, a-mic ko, i wzgldnie unieruchomionego pchnam na George'a. Wykonaam szybki obrt, wsuwajc w do kolejny kolec, ktrym zaraz poczstowaam Brenn. Cholera. Chwycia mnie zbami za przegub, omal nie odgryzajc doni. Wsunam jej szpilk w gardo. Pucia moj rk, miotajc si i charczc, usiujc wyplu palcy jzyk kawaek srebra. R O Z D Z I A J E D E N A S T Y | 1 3 1 Przygio mnie od ciosu otrzymanego w plecy. Odwrciam si, podbiam pokryte pomaraczowym futrem rami kolejnego napastnika. Odsonita pacha umoliwia mi wbicie igy w staw barkowy. Zmiennoksztatny zawy. Jego rami zwiotczao. Otoczyli mnie. Poczuam pazury na barku. Zby zaciskajce si na udzie. Kopaam, uderzaam, dga- am, wysuwajc szpilki spod opasek przegubowych i zatapiajc je w futrzastych cielskach. Koci pkay pod moimi ciosami. Wykrciam si, miadc jaki pysk, a potem nagle przestrze wok mnie przestaa istnie. Owosiona rudawa rka zgniataa mi tchawic, zacinite palce odcinay dopyw krwi do mzgu. Klasyczny chwyt duszcy. Szarpnam si w ty, kopic obiema nogami, ale miaam za mao miejsca, eby nada kopniciom odpowiedni si. Nie mog-am oddycha. Czuam, jakby moj klatk piersiow opasywa rozpalony do czerwonoci, metalowy piercie, ktry zaciska si coraz mocniej, miadc mi puca. Nad gow widziaam potne, rozwarte szczki, a twarz owiao mi mierdzce tchnienie. Co to za pomaraczowy zwierz? - to bya moja ostatnia myl, zanim osunam si w mrok. Rozdzia dwunasty ardo bolao, udo pono ywym ogniem. Albo zostaam oblana wrzcym olejem, kiedy leaam nieprzytomna, albo ugryz mnie wilkoak. Czuam kad ko, jakby kto przepuci mnie przez wyymaczk. Otworzywszy oczy, ujrzaam siedzcego na krzele Jima. - Pieprz si - warknam, siadajc. Jim potar twarz, jakby chcia usun gnbice go troski. Bolao mnie cae ciao, cho raczej nie odniosam adnych nieodwracalnych uszkodze. W ustach czuam smak krwi. Przesunam jzykiem po zbach. Wszystkie na miejscu. - Zabiam kogo? - Nie, ale dwch moich ludzi wypado na jaki czas z gry. Dopki nie zrosn im si koci. Popatrzylimy na siebie. - Staam spokojnie z rkami w grze, o tak. - Uniosam ramiona. - Nie dobyam miecza. NieG R O Z D Z I A C Z T E R N A S T Y groziam. Staam tam jak ulega suka i prosiam o umoliwienie rozmowy z tob. I co dostaam? Jim milcza. Dupek. - Poka mi jednego zmiennoksztatnego w Atlan-cie, ktry mnie nie zna. Twoi ludzie mnie skojarzyli. Wiedz, kim jestem, wiedz, co robi, a mimo to za-atakowali. Wsppracowalimy przez lata, Jim, wal-czyam z Gromad i dla Gromady. Walczyam u twe-go boku. Jestem sprzymierzecem, ktry przez cay ten czas zapracowa sobie na zaufanie. A i ty, i oni traktujecie mnie jak wroga. Spojrzenie Jima ochodo. - Tu zyskasz zaufanie, jak poroniesz futrem. . - Rozumiem. Wic jeli jutro ure mnie loup, b-dzie to znaczyo dla ciebie wicej ni wszystko, co do tej pory zrobiam. - Wstaam. Udo pieko nieznonie. - Co z Derekiem? Gucha ciana. -Ja piernicz, Jim, co z dzieciakiem? Nic. Po tym caym gwnie, w ktrym nurzalimy si razem, odrzuci mnie. Ot tak. Nie miaa znaczenia wi, ktra czya mnie z Derekiem. Nie miay zna-czenia lata, w cigu ktrych osaniaam Jima i mogam liczy na to samo z jego strony, podczas tych wszystkich zlece wykonywanych dla Gildii. Jedn autorytatywn decyzj strci mnie z niewysokiej po-zycji, ktr zbami i pazurami wywalczyam sobie w Gromadzie przez ostatnich kilka miesicy. Siedzia przede mn chodny, milczcy, zupenie obcy. Sowa, ktre wypowiedzia, stoczyy si z jego ust jak kamienie. - Powinna ju i. Miaam tego do. - W porzdku. Nie powiesz mi, dlaczego twoi lu-dzie mnie zaatakowali. Nie powiesz mi nic o Dereku. Twoje prawo. Zaatwimy to wic po twojemu. Jamesie Damaelu Shrapshire, penic czynnie obowizki szefa ochrony Gromady, pozwolie znajdujcym si pod twoimi rozkazami czonkom Gromady celowo zrani j I L O N A A N D R E W S pracownika Zakonu. Przynajmniej trzech z napastnikw zamieszanych w zajcie przybrao form bojow. Wedug Kodeksu Georgii, zmien- noksztatny w tej postaci traktowany jest jak osoba uzbrojona. Twoje dziaania podpadaj pod O.C.G.A., paragraf 16-5-21c, kwalifikujcy je jako czynn napa na pokojowo nastawionego oficera na subie i jest karany ograniczeniem wolnoci od piciu do dwudziestu lat. Formalne doniesienie o popenieniu przestpstwa zostanie zoone w Zakonie w cigu dwudziestu czterech godzin od tej chwili. Radz ci poszuka dobrego prawnika. Chd w spojrzeniu Jima stopnia, ustpujc miej-sca niedowierzaniu. Przez chwil patrzyam mu pro-sto w oczy. - Nie dzwo do mnie, nie przychod. Jeli czego potrzebujesz, skorzystaj z drogi oficjalnej. Nastpnym razem, jak si spotkamy, miej si na bacznoci, bo oberwiesz w tej samej sekundzie, w ktrej naruszysz moj przestrze osobist. A teraz zwr mi miecz, wychodz std i lepiej, eby aden z twoich idiotw nie stan mi na drodze. Skierowaam si ku wyjciu. Jim wsta. - W imieniu Gromady chciabym zoy przepro-siny... - Nie. To nie byy dziaania Gromady. Ty ponosisz za to cakowit odpowiedzialno. Jestem na ciebie tak wcieka, e brak mi sw. - Kate... Zaczekaj. Jim podszed i przytrzyma mi drzwi. W korytarzu siedziaa trjka zmiennoksztatnych, drobna kobieta o ciemnych, krtkich wosach, Latynos oraz paker, z ktrym rozmawiaam na miejscu zbrodni. Na szyi kobiety, w miejscu, gdzie srebro unieszkodliwio wirusa Lyc-V, widniaa szarawa prga. Cze, Brenna. Prawdopodobnie musieli rozci jej gardo, eby wyj szpilk. Rana zasklepia si, ale minie kilka dni, R O Z D Z I A C Z T E R N A S T Y zanim zniknie przebarwienie, lad po martwym wirusie. Zmiennoksztatni byli wraliwi na wszystkie me-tale mennicze, dlatego nosili biuteri stalow lub platynow, ale jeli chodzi o waciwoci toksyczne wzgldem wirusa, srebro bio na gow i zoto, i mied. Zmiennoksztatni spojrzeli na Jima. Naprone minie szczk dray, obcisa czarna koszulka uwidoczniaa napicie ramion i karku. Czu si przyparty do jakiego muru, ktry tylko on widzia. - To moja wina. - Moja wina? - I tyle? Tyle mia mi do powie-dzenia? Skin z namysem. - Moja wina. Mam wobec ciebie dug. - Wezm pod uwag twoj skruch. - Potrzsn-am gow, ruszajc dalej. - Przepraszam, Kate. Spieprzyem. le to roze-graem. Tym razem zabrzmiao to szczerze. Miaam ochot kopn go w globus, odej i i tak, pki nie wydostan si z tego pieka. Rozwayam jednak wszystko ponownie. Jim przeprosi mnie w obecnoci swoich podwadnych. Na nic wicej nie mogam liczy. Nie padnie na kolana, eby baga mnie o wy-baczenie. A przecie nie o mnie i Jima tu chodzio, tylko o zotego chopca. Jim jakby odebra moje myli. - Zaprowadz ci do niego. To uatwiao spraw. Ruszyam za nim. Mijajc zmiennoksztatnych, Jim przystan. -Jest teraz z nami - rzuci. Ponury korytarz zaprowadzi nas do rozklekota-nych schodw. Na klatce panowa zaduch, a stopnie trzeszczay niebezpiecznie, kiedy po nich schodzili-my. Nie wygldao to na adn z oficjalnych siedzib Gromady i nigdy tu nie byam. Na pewno nie zapo- j I L O N A A N D R E W S mniaabym wntrz wytapetowanych w pandy. Jim z kadym krokiem coraz bardziej pospnia. Nadal gotowaam si ze zoci. - Swoj drog, co to za stwr z rudaw sierci? - Dingoak. Chyba ju nic nie mogo mnie zaskoczy. C, przynajmniej nie mia okazji porwa mi dziecka. U stp schodw znajdoway si cikie drzwi. Jim obrzuci je spojrzeniem zarezerwowanym dla najgor-szych wrogw. - Zmasakrowali go - wycedzi nieoczekiwanie. Ledwie rozrnialne sowa tony w guchym warko-cie. - Doszcztnie zmasakrowali. Nawet jeli przeyje, ju nigdy nie bdzie taki, jak wczeniej. W pokoju panowa pmrok. Niewielka lampka pod-ogowa owietlaa szklan, prostoktn kad wype-nion brudnozielon ciecz. Pojemnik by pytki, mia najwyej p metra wysokoci, wic z pocztku wziam go za trumn. Szybko zrozumiaam pomyk. Ju wczeniej wi-dziaam taki zbiornik. Zmiennoksztatni nazywali go basenem. Byo to urzdzenie przyspieszajce rekon-walescencj wynalezione przez doktora Doolittle'a, samozwaczego lekarza zmiennoksztatnych z Gro-mady i spoza niej. W zielonej cieczy spoczywao nagie ciao pod-czone rurkami do aparatury podtrzymujcej ycie. W caym swym dwudziestopicioletnim yciu nie widziaam zmiennoksztatnego podczonego do sprztu reanimacyjnego. Uklkam przy zbiorniku ze cinitym gardem. Derek by odrutowany od stp do gw. Nabieg- e krwi opuchlizny znaczyy miejsca zama. Lewa noga poniej kolana bya bezksztatn krwaw mas z ciemnoszarymi prgami. Fioletowe wybroczyny na R O Z D Z I A C Z T E R N A S T Y prawej musiay powsta wskutek zamania najtward-szej koci szkieletu, udowej. Kolejne lady strzaskanych koci widniay powy-ej okcia i w nadgarstku prawej rki. Bliniacze sice znajdoway si na drugiej. Ta nieludzka symetria identycznych uszkodze obu koczyn w tych samych punktach przyprawia mnie o atak furii. Moje serce zwolnio, do gowy uderzyo gorco, a palce zlodowaciay. Powietrze w pucach stao w bry lodu. To nie byo zwyke pobicie, tylko pokaz siy. Celowa demonstracja okruciestwa i nienawici. Zmasakrowali Dereka, zmiadyli tak dokadnie, jakby chcieli unicestwi kady kawaek jego istoty. Zacisnam pici, wbijajc sobie paznokcie w donie. Na pokrytym krwiakami torsie zarys eber wy-znaczay granatowe linie zbiegajce si ku szyi, gdzie tworzyy ciemn obro. Klatk piersiow od lewego boku a po prawy bark przecinaa ziejca rana. Bya czarna. Nie sina, nie bordowa - czarna. Spojrzaam na twarz Dereka, a raczej co, co kiedy ni byo. Teraz w tym miejscu znajdowaa si miazga roztrzaskanych koci i porozrywanych tkanek, jakby kto prbowa wyrzebi z ciaa nowe oblicze, ale przerwa, porzucajc tworzywo na pastw rozkadu. Targn mn szaleczy gniew. Znajd ci. Dopad-n ci, skurwysynu, i zapacisz mi za to. Rozerw ci goymi rkoma. Ostatnie trzewe myli opuciy mj umys. Pokj skurczy si, jakbym tracia ostro widzenia, przestrze wok wypenia czerwona mga amoku. Chciaam wrzeszcze, kopa, rozbi co, ale ciao nie suchao. Pogryam si w odrtwieniu, ogarnita potwornym uczuciem bezsilnoci. Czas zwolni, minuty cigny si niczym kapicy z yki mid. Derek lea nieruchomo, umierajc w kadzi zielonkawej cieczy. Jego pier unosia si lekko, ale poza tym wyglda jak martwy. Gdyby by czowiekiem, nie przeyby nawet do poowy tej ma- j I L O N A A N D R E W S sakry. Czasem zdolno regeneracji oznacza tylko wicej cierpienia. Kto pooy mi do na ramieniu. Odwrciam gow i ujrzaam dobrotliw twarz doktora. - Chod. - Pocign mnie, pomagajc wsta. - Napijemy si herbaty.r * ' II Rozdzia trzynasty niewielkiej kuchni Doolittle wyj z zamraar-ki wytoczon tack i wykrcajc j, napeni szklank kostkami lodu. Dolawszy do nich mroonej herbaty, postawi naczynie przede mn. - Pij, to pomoe. Posuchaam, bardziej z szacunku dla doktora ni pragnienia. Napj by niesamowicie sodki, jak syrop. Ld zachrzci mi w zbach. - Dlaczego nie zdrowieje? - przemwiam bezdwicznym, drewnianym gosem. Brzmiao to bardziej jak szereg przypadkowych sw ni zdanie. Doolittle usiad naprzeciwko mnie. agodny w obejciu, roztacza wok siebie aur bezpieczestwa. Zwykle pod jego wpywem W R O Z D Z I A T R Z Y N A S T Y ! ogarnia mnie spokj. Sama jego obecno wystarczaa, eby si wyciszy. Ale nie tym razem. Wpatrywaam si w twarz doktora, poszukujc potwierdzenia, e Derek z tego wyjdzie, zawiodam si jednak. W powanych, smutnych oczach nie dostrzegam charakterystycznych iskierek wesooci. Doolittle wyglda jak przygnbiony starzec, garbicy si nad swoj szklank herbaty. - Lyc-V potrafi czyni cuda - zacz. - Ale podlega ograniczeniom. Szara barwa oznacza miejsca, gdzie wirus uleg destrukcji. W tkankach Dereka braki te s zbyt due, by zapewni regeneracj. Resztki podtrzymuj go przy yciu, ale nie wiem, na jak dugo. - Zajrza do szklanki. - Pobili go niemal na mier. Koci s poamane lub zmiadone w tylu miejscach, e nawet nie jestem w stanie ich zliczy. Pniej, kiedy skoczyli z biciem, rozorai mu klatk piersiow i wlali w ran stopione srebro. Rce same zacisny mi si w pici. - Oblali nim take jego twarz. Potem zrzucili chopaka z wozu na rodku ulicy, kilka przecznic od naszej poudniowej siedziby. Doolittle sign za siebie i poda mi czyst cie- reczk. Przyjam j, spogldajc na doktora pytajco. Umiechn si lekko. - Do otarcia twarzy. Dotknam policzka, by mokry. Przycisnam gaganek do oczu. - Pacz przynosi ulg. Nie ma powodu do wstydu. - Czy mona mu jako pomc? - Mj gos brzmia normalnie. Po prostu nie mogam przesta paka. Rozpacz przeja nade mn kontrol, wyciskajc zy z oczu.I L O N A A N D R E W S Doktor potrzsn gow. Mj mzg zacz znowu dziaa, na pocztku wolno niczym stary, zepsuty zegar, ktry naprawiono po wielu latach. Rozpruwacze napadli Dereka przy Czerwonym Dachu", pobili, po czym zostawili nieopodal siedziby Gromady. Ludzie Jima znaleli go i po zapachu dotarli na miejsce jatki. - Nie przemieni si - powiedziaam. W oczach Doolittle'a pojawio si nieme pytanie. - Nie byo nigdzie ladw wilka. Litry krwi, zbyt wiele, jak na jedn istot, wic musia walczy i zadawa im rany, ale nie znalazam ani kpki futra, ani jednego zadrapania na asfalcie. W formie bojowej potrafi zabi wampira. Powinien zmieni si zaraz na pocztku starcia, ale nie zrobi tego. Jak to moliwe? - Nie wiemy - odpar Jim. Sta oparty o framug jak pospny cie usztywniony gniewem. Nie zauwayam, kiedy przyszed. - Zdolno regeneracji i zmiany ksztatu s ze sob cile powizane - rzek doktor i napi si herbaty. - Istniej sposoby na wywoanie przemiany. Prbowalimy wszystkich w nadziei, e wybudzi si ze piczki. Co go jednak blokuje. Nie wydawali si tym zaskoczeni. - Dlaczego mam wraenie, e was to nie dziwi? Doolittle westchn ciko. - Derek nie jest jedyny - owiadczy Jim. Pierwsze zdjcie przedstawiao zwoki mczyzny. Zmasakrowana twarz, zmiadona czaszka. Zgnieciona gowa przypominaa konch opaty. Wycito mu mostek, a sterczce ebra bielay na tle krwawej masy wntrznoci. Czarno-biaa fotografia surrealistycznie kontrastowaa z kuchennym obrusem w biao-czerwon krat. Wygldaa jak makabryczny portal do mrocznego wiata koszmaru. Jim nala sobie herbaty. - Ale ulepek. - Skrzywi si po sprbowaniu. - Troch sodyczy nikomu jeszcze nie zaszkodzio - stwierdzi doktor uraony i dola mi syropu. Jim pokrci gow. R O Z D Z I A C Z T E R N A S T Y - Pnocne Rozgrywki. Finay szesnacie lat temu skoczyy si tragedi. Wielki pieprzony niedwied zapomnia si i wpad w sza. Zabi mas ludzi. Nie przerywaam. Nie chciaam, eby przesta mwi. - Ci, ktrzy powinni powstrzyma kodiaka, nie zrobili tego. Curran wzi wtedy sprawy w swoje rce i opanowa sytuacj. Tak czyni alfy. Nikt po tym wydarzeniu nie mia wtpliwoci, kto jest u wadzy. Jim usiad, opierajc si okciami o blat. - Pierwsze prawo alfy musi by nieodwoalne. Jest wyznacznikiem stanowiska przywdcy. Bez wzgldu na okolicznoci alfa musi broni tego prawa, bo jeli kto je kwestionuje, tym samym podwaa jego wadz. Pierwsze prawo Currana brzmiao: Trzyma si z daleka od Rozgrywek". To rozsdna zasada. Nie zaley nam na zadawaniu si z instytucj, ktrej celem jest nasza widowiskowa mier. Nawet Rd nie bawi si w turnieje, odkd zeszy do podziemia. Zamilk. Podobnie jak Curran, Jim ukrywa swoje emocje, ale tym razem zdradziy go oczy. Powane, zatroskane, pene niepokoju. By pozornie opanowany, lecz wyczuam, w jakim znajdowa si stanie. Jim by spity. Targaa nim obawa. - Dlaczego wic wmieszae si w ten bajzel z Rozgrywkami? - zapytaam. - Zwo tu obcych zmiennoksztatnych. Niektrzy s na poziomie. Kilka miesicy temu sprowadzili pum z Missouri. Przyzwoita kobieta. Ale wikszo to szumowiny. Naruszaj nasze terytorium. Stanowi zagroenie. To sprawa ochrony, czyli moja. Kawaki ukadanki zaskoczyy nagle. - Podstawie kogo. Miae w Arenie swojego czowieka. I nie poinformowae o tym Currana, uznae, e to byoby nierozsdne. - Jim podj decyzj, ktra leaa w gestii tylko i wycznie przywdcy Gromady. To by nie tylko kiepski pomys. To by skutkujcy pewn i natychmiastow mierci pomys. Jim podsun mi zdjcie. - Garabed. Porzdny, silny kot. Armeczyk. Znalazem go, podobnie jak tamtych, przecznic od naszej pnocnej siedziby. j I L O N A A N D R E W S Teraz zrozumiaam, dlaczego Jim nie mg powiedzie Curranowi o martwym zmiennoksztat- nym. Znajc Currana, zdusiby ca operacj w zarodku. Wadca Bestii musi broni ustanowionych przez siebie praw. Teraz jednak, po zamordowaniu jednego z jego podwadnych, Jim nie mg odpuci. Musia ustali oraz ukara winnego. Po pierwsze, eby pomci mier, po drugie, poniewa gdyby tego nie zrobi, straciby zaufanie wrd swoich. Najwaniejszym obowizkiem alfy bya obrona klanu, a zaoga Jima bya jego klanem. - Garabed te si nie przemieni? - zapytaam. - Nawet nie zacz. Na miejscu Jima posaabym na turniej drug wtyczk. Kogo przebiegego, bystrego i odpowiednio wyszkolonego. Kogo, kogo trudno byoby namierzy i zdj... - To ty wysae tam Dereka. Jim przytakn. -Jest najlepszym tajniakiem w mojej ekipie. Wyglda... - zajkn si. - Wyglda jak bezmzgi pik- ni. Nikt nie bierze go serio. Za to on zwraca uwag na wszystko. - Co poszo nie tak?- Wkrci si tam miesic wczeniej. - Skrzywi si Jim. -1 wrci z jak dziwaczn historyjk o Rozpruwaczach. To nazwa jednej z druyn. Pojawili si znikd kilka tygodni temu i to z wielkim hukiem. Przynajmniej poowa z nich, wedug m-skanera, to ludzie, ale Derek twierdzi inaczej. Nie pachnieli mu odpowiednio. Uwaa, e maj co do nas. Nie do Gromady, ale do wszystkich zmiennoksztatnych. Pono chodzio o to, e jestemy po czci ludmi, po czci zwierztami, a tamci nienawidz jednych i drugich. Mwi, e maj w druynie dziewczyn, czowieka i rozwodzi si o tym, jak to ona chce przej na nasz stron i e jeli j stamtd wycigniemy, powie nam wszystko o Rozpruwaczach oraz morderstwie Garabeda. - A ty odmwie? Jim oprni jednym haustem trzeci cz szklanki. - Wyjaniem, e to zbyt ryzykowne. Rozpruwacze podruj w grupie, pitnasto-, dwudziesto-, czasem trzydziestoosobowej, zawsze uzbrojeni. -Jakby wiedzieli, e wchodz na terytorium wroga- R O Z D Z I A C Z T E R N A S T Y Jim kiwn gow. - I nie mona ich ledzi po zapachu? Przecie musz mie jak baz? Jim skrzywi si, jakby zjad cytryn. - Problemem nie jest ich wyledzenie, tylko lokalizacja tej bazy. - Czyli? - Dlaczego miaam przeczucie, e nie usysz nic dobrego? Przy moim szczciu, nie wtpiam, e zaraz usysz co szalonego, w rodzaju Zauka Jednoroca... -W Zauku... Podniosam rk. - Nie musisz koczy. Zauek Jednoroca by czystym koszmarem. Rzdzia tam zdziczaa magia, szalejca pomidzy szkieletami zrujnowanych wieowcw, zbyt potna, eby j okiezna, zbyt niebezpieczna, eby z ni walczy. Pod wpywem jej mocy zwyke przedmioty staway si tam miertelnym zagroeniem. W Zauku roio si od istot stronicych od wiata, karmicych si pomniejszymi potworami, przdcych wasn, z magi. Szaleni mistycy o tajemnych mocach, zdege- nerowane loupy, nekromanci-banici, ci, ktrzy nie mieli dokd pj, od ktrych odwrcili si wszyscy przyjaciele i rodzina, ktrym strach przed wyrokiem strzela bez ostrzeenia" oraz desperacja pomieszaa zmysy, tylko oni wayli si wkroczy w Zauek Jednoroca. Wikszo z nich stawaa si pokarmem dla ohydnych poczwar. Nieliczni, ktrym udao si przey, popadali w obd, o ile wchodzc tam, posiadali w ogle zdrowe zmysy. Nieprzypadkowo Andorf, sprawca klapy ostatnich legalnych Rozgrywek, szuka schronienia w Zauku Jednoroca. Nie bez powodu Curran wyznaczy na nasze pierwsze spotkanie obrzea Zauka, wystarczajco blisko niebezpiecznej strefy, by pozby si tchrzy i zabi gupcw. ciganie trzydziestu potworw w ludzkiej skrze, noc, w Zauku Jednoroca, byo brutalnym i niecodziennym sposobem na popenienie samobjstwa. - Wejcie na teren ich bazy w ogle nie wchodzio w rachub - cign Jim. - Ale przypumy nawet, e udaoby si porwa dziewczyn, zanim dotr do Zauka. Wykradlibymy jedno z nich. Winni czy nie, ludzie | I L O N A A N D R E W S nieludzie, rozpoczliby z nami wojn. Nie moemy sobie na to pozwoli. - W kadym razie nie bez dobrego powodu - wtrci doktor. - A Derek mia tylko mglisty zapach i jak gadu. Powiedziaem dzieciakowi, eby przesta zajmowa si dyrdymaami i dostarczy konkretne dowody. Poszed tam jeszcze raz, jednak wiedziaem, e ta dziewczyna go optaa. - Widziaam j - powiedziaam. -1 wcale mu si nie dziwi. -Jakim cudem? - zdumia si Jim. - Skocz swoje, a potem ja opowiem, co wiem. - Derek si nie sprzecza, ale podejrzewaem, co si wici. Chcia j uratowa, tak czy inaczej. Dlatego wycofaem go. Zaproszenia byy niemal nie do zdobycia, a bilety kosztoway trzy patyki na osob. Derek nie mia takich pienidzy, a nawet jeli jako by je zdoby, zwyky bilet nie daby mu moliwoci wejcia na dolny poziom. Objechaem go za gupie pomysy i kazaem smarkacza pilnowa. Uznaem, e to wystarczy. Tak, wic Derek widzia Saimana na Rozgrywkach i rozpozna po zapachu. Skojarzy, e Saiman i Durand, wspwaciciel Areny, to ta sama osoba i e posiada penodostpowe" zaproszenia. - Odsunem Dereka, eby ochon, a tymczasem wprowadziem na jego miejsce Linn. - Jim podsun mi kolejne zdjcie. Przedstawiao kobiet lec na stole sekcyjnym. Jej sylwetka wydaa mi si dziwnie nieksztatna. Przyjrzaam si bliej. Ciao byo rozczonkowane. Zostao pocite, a potem ponownie zoone. - Pocili j na kawaki - powiedzia Doolittle. - Kady dokadnie tej samej dugoci. Prawdopodobnie ya, kiedy to robili. I tak, ona take nie dokonaa przemiany. Miaa na sobie ubranie.R O Z D Z I A T R Z Y N A S T Y j - Zbieraem j z chodnika, kiedy przysza. - Jim zacisn szczki. - Niedugo pniej wrci ogon Dereka. Dzieciak wystrychn go na dudka. A potem znalelimy Dereka. Nie potrzebowaam dalszych wyjanie. Ludzie Jima podjli trop i ruszyli na miejsce zbrodni, gdzie natknli si na mnie ubabran krwi Dereka. - Teraz ty - ponagli Jim. Opowiedziaam mu wszystko. Kiedy dotaram do czci o wizycie z Curranem w punkcie porzucenia zwok Linny, Jim mia min, jakby chcia mnie udusi. Nie przerywa, dopki nie skoczyam. Jim owiadczy, e musi si napi jeszcze herbaty. Prawdopodobnie mia ochot na co mocniejszego, ale obecno doktora wykluczaa raczenie si wyso-koprocentowymi trunkami. Doolittle niechtnym okiem patrzy na alkohol. - Powiedziae ju Curranowi? -Nie. - On wie o tym miejscu? - Prosz, powiedz, e tak. - Nie, to jedna z moich prywatnych dziupli. - Zatem jak na razie wedug Currana uprawiacie samowolk? Skin. - Raczej uwaa, e s pojedynkami - poprawi doktor. - Waciwy termin to pojedynki". Kot nie mwi ci caej prawdy, ale Curran jest przekonany, e spora cz ochrony odczya si od Gromady i w tej chwili przewraca miasto do gry nogami, eby ich znale. Wyda rozporzdzenie nakazujce Jimowi natychmiast si z nim skontaktowa. - Zadzwoni do niego rano - rzek Jim. - Co tylko pogorszy spraw, bo Wadca Bestii kae mu wraca do Twierdzy, a problem w tym, e ten oto mody czowiek w rozkaz zignoruje. Jim warkn ostrzegawczo. Po doktorze spyno to jak woda po kaczce. - Czemu miaby to zrobi? - zwrciam si do Jima. - Mam swoje powody. - Sprzeciwienie si bezporedniemu rozkazowi przywdcy jest naruszeniem Prawa Gromady - cign Doolittle. - Zgodnie z tradycj, Jim bdzie mia trzy dni na zmian decyzji. Jeli zostanie przy swoim, Curran postpi j I L O N A A N D R E W S tak, jak postpuj alfy w wypadku, kiedy zagroona jest ich pozycja. Perspektywa zabicia przyjaciela to trudny zgryz. Moe doprowadzi do szalestwa. Szalony Curran plasowa si na licie katastrof w tej samej grupie co monsuny, tornada, trzsienia ziemi i inne klski naturalne. - A ty? Jak si w to wpltae? - zapytaam Doolittle'a. - Porwalimy go - wyjani Jim. - W wietle dnia, z wielkim hukiem. Jest kryty przed Curranem. -Ja tylko umieciem Dereka w basenie i opatrzyem rany moich porywaczy. - Doktor potrzsn gow. - Oczywicie daem wyraz sprzeciwu wobec brutalnego pakowania do wozu i siadania na mnie. Skoro Jim zada sobie tyle trudu, aby zapewni doktorowi status niewinnej ofiary, musia spodziewa si burzy o sile huraganu, kiedy Curran go znajdzie. -Ja zostaem porwany - umiechn si doktor. - Wic nie mam si czym martwi. Natomiast osoba, ktra z wasnej woli pomaga Jimowi spiskowa przeciw alfie, to co innego. - Masz jakie bezpieczne miejsce, eby si przyczai? - Oczy Jima rozbysy zieleni. Doolittle wsta, kadc rk na moim ramieniu. - Zastanw si, zanim podpiszesz na siebie wyrok mierci Wyszed, zostawiajc mnie i Jima samych. Curran stanowi miertelnie gronego przeciwnika w walce. I nigdy za mn nie przepada. Co wicej, wprost ostrzeg, ebym trzymaa si z daleka od wewntrznych rozgrywek Gromady. Tym razem nie miaam adnego pola manewru. -Jim? Podnis na mnie wzrok i teraz zobaczyam wyranie strach przebijajcy si przez mury jego samokontroli. Jim by przeraony. Nie ba si o siebie, znaam go na tyle dobrze, by wiedzie, e zagroenie wasnej osoby nie wzbudza w nim lku. Straci grunt pod stopami, jakby kto strci go w ciemno, gdzie zerwa si na rwne nogi niepewny, z ktrej strony nadejdzie cios. Mia swoje powody" i chciaam je pozna. - Dlaczego nie skontaktujesz si z Curranem od razu i nie zakoczysz tej koomyi? R O Z D Z I A C Z T E R N A S T Y Jim zapatrzy si w szklank. Minie na jego ramionach napryy si wyranie. Toczy ze sob jak wewntrzn walk, a ja nie wiedziaam, ktra strona wygrywa. - Siedem lat temu Appalachy opanowaa plaga loupw. Dopiero co przyczyem si do Gromady. Poszedem z nimi likwidowa zagroenie. Tennessee od razu dao nam pozwolenie na wejcie, ale Karolinie Pnocnej zabrao a dwa lata, zanim przyznaa, e sami sobie z tym bajzlem nie poradz. Wkroczylimy. To dopiero s gry. Stare szkocko-irlandzkie rody, separatyci, sekciarze przenosz si tam, osiadaj na jakim szczycie i zaczynaj si mnoy. Ich dzieci stawiaj swoje domy, jeden przy drugim. Ludzie cign tam, eby y z dala od zgieku. Kady pilnuje wasnego nosa. Nikt nie chcia z nami rozmawia. Nikt nie wiedzia, e cae rodziny, cae klany zamieniay si w loupy. A jeli nawet, nikt z tym nic nie robi. Bya u Buchananw, wic wiesz, co znalelimy. mier. Wszdzie natrafiali na trupy, na wp zjedzone ciaa dzieci w kauach krwi; kobiet i mczyzn, zgwaconych, rozszarpanych na kawaki i jeszcze raz zgwaconych po mierci. Ludzi obdartych ywcem ze skry. Znaleli loupy. - Przeczesywalimy hrabstwo Jackson, kiedy wezwali nas miejscowi gliniarze. Na Caney Fork pono domostwo, a aden z policjantw nie chcia do i. Twierdzili, e waciciel, Seth Hayes, strzela do wszystkich, ktrzy wejd na jego teren. Powiedzieli, e jestemy bliej, dotrzemy tam szybciej i prosili, ebymy zajrzeli. Brednie. Wiedzieli, e Hayesowie zmienili si w loupy. Pewnie wiedzieli o tym od jakiego czasu. Bo po co posyaliby zmiennoksztatnych do zwykego poaru? - Dom sta na szczycie urwiska. Dotarcie do niego zajo nam godzin. Do tego czasu z budynkw nic prawie nie zostao. Spalone resztki, gryzcy dym i ten smrd. Smrd loupw. Znaam ten odr. Ciki, duszcy, kwany, oblepia jzyk dranicym, gorzkim kouchem i zatyka gardo. Smrd ciaa czowieka, ktry zatraci si w otchani szalestwa wywoanego wirusem Lyc-V. Miaam z nim styczno. Raz poczuty, nigdy nie pozwala o sobie zapomnie. j I L O N A A N D R E W S - Dzieciak siedzia w pogorzelisku - cign Jim bezbarwnie. - Wywlk ciaa dwch sistr, w kadym razie to, co z nich zostao, i czeka, a z nim skoczymy. Brudny, chudy, wygodniay dzieciak umazany krwi wasnego ojca. Cuchn jak loup. Byem za tym, eby go zabi. Spojrzaem na niego i powiedziaem: loupi bkart". Ale Curran si sprzeci-wi. Postanowi zabra dzieciaka. Uznaem, e mu odbio. Po tym, przez co smarkacz przeszed, nie mogo zosta w nim nic z czowieka. Widziaem to w jego oczach. Ale Curran usiad przy nim i przekona, by poszed z nami. Dzieciak nie mwi. Pewnie nie mia go kto nauczy. Jim przejecha rk po wosach. - Nie znalimy nawet jego imienia, do cholery! Chodzi za Curranem jak cie, na sal treningow, do Twierdzy, wszdzie. Podczas zebra starszyzny siadywa pod drzwiami, niczym pies. Curran czytywa mu na gos. Siedzia, czyta, a potem pyta o zdanie. Robi tak dzie w dzie, przez cay miesic, a kiedy dzieciak odpowiedzia. Oczy Jima zapony. - A teraz ten chopak jest w lepszej formie przejciowej ode mnie. Nauczy si w niej mwi. Kiedy moe zostanie wilkiem alfa. Nie mog mu tego zrobi. - Czego zrobi? - Musz to jako odkrci, Kate. Daj mi szans, ebym to wyprostowa. -Jim, bredzisz. Doolittle wrci, niosc talerz smaonych kulek kukurydzianych. - Nie znajc kontekstu, trudno jej bdzie zrozumie, Jim. Pozwl, e ja wyjani. - Usiad, podsuwajc mi talerz. - Podczas stresu, czy to wywoanego czynnikiem psychologicznym, czy fizycznym, u zmiennoksztatnych nastpuje stymulacja namna- ania wirusa. Im silniejsze nagromadzenie wirusa w naszych organizmach i im szybciej nastpuje, tym wiksze prawdopodobiestwo zmiany w loupa. - To dlatego loupizm stanowi najwiksze zagroenie w okresie dojrzewania - skwitowaam. - Dokadnie. Derek znajduje si teraz w stanie ogromnego stresu. Co go blokuje i jeli uda nam si usun przyczyn, R O Z D Z I A C Z T E R N A S T Y wirus w jego ustroju namnoy si w ogromnych ilociach i byskawicznym tempie. Eksploduje dosownie jak bomba biologiczna. Dotar do mnie sens tego, co mwi. - Derek moe przemieni si w loupa. - To bardzo prawdopodobne. -Jak bardzo? - Wedug mnie na jakie siedemdziesit pi procent. Pooyam okcie na bat, podpierajc brod piciami. -Jeli Curran dowie si o wszystkim, bdzie musia zabi Dereka, w przypadku gdy ten zmieni si w loupa - kontynuowa doktor. - To jego obowizek jako Wadcy Bestii. Zasady Gromady jasno stanowi, e kiedy jeden z czonkw zmienia si w loupa, obowizkiem nadrzdnego alfy jest pozbawienie go ycia. Boe. Zabicie Dereka byoby dla Currana jak za-mordowanie syna lub brata. Tak wiele pracy woy, eby wycign go ze stanu graniczcego niemal z loupizmem. Jeli Derek popadby w szalestwo... Curran musiaby go zabi. Musiaby zrobi to osobicie, poniewa tak nakazywao prawo. To tak, jakbym ja musiaa zabi Julie. Doktor odchrzkn.- Curran nie posiada rodziny. Jako jedyny przey masakr. Wychowa go Maho, ocali w podobny sposb, jak pniej Curran Dereka. Zabicie chopaka pozostawi w nim pitno na zawsze. Zrobi to. Nigdy nie uchyla si od odpowiedzialnoci i nie zrzuciby tego ciaru na nikogo innego. Ostatnie kilka lat i tak byy dla niego cikie. Jest Wadc Bestii, a jednoczenie tylko czowiekiem. Przed oczyma stan mi obraz Currana stojcego nad ciaem Dereka. Mogam mu tego oszczdzi. Dla jego dobra, a nie eby pomc Jimowi. Nikt nie powinien znale si w sytuacji zmuszajcej do zabicia dzieciaka, ktrego si ocalio. Bdzie wcieky. Rozedrze Jima na strzpy. - Mamy trzy dni - przypomniaam. - Jeli do tego czasu nie znajdziemy rozwizania, pjd do Currana i wszystko opowiem. Jeeli Derek zmieni si w loupa wczeniej, zabij go sama. - Prosz, Boe, kimkolwiek jeste, nie pozwl na to. - To jest mj obowizek - sprzeciwi si Jim. 1 5 7 I I L O N A A N D R E W S - Nie. Curran oficjalnie przyj pomoc Zakonu. To oznacza, e w kwestiach zwizanych z t spraw przewyszam ci rang. Teraz to mj obowizek i wypeni go. - Trzy dni. Przez trzy dni mogam sporo zdziaa. - Pogd si z tym - powiedziaam, widzc min Jima i zwrciam si do doktora: - Co hamuje wasze przemiany? - Magia - odpar Doolittle. - Bardzo potna magia. - Pierwsze: jedzenie, drugie: prokreacja, trzecie: przemiana. Trudno z tym walczy - mrukn Jim. -Jednak Rozpruwacze znaj sposb. Wiedz, jak was zablokowa. I prawie unicestwili Dereka. - Zacisnam szczki. - Twj miecz dymi - zauway doktor. Rzeczywicie, z miecza unosiy si jasne smuki. Zabjca karmi si moim gniewem.R O Z D Z I A C Z T E R N A S T Y - To nic takiego. - Zabbniam palcami o blat. - Moe udaoby mi si zatrzyma Rozpruwaczy, ale nie mam powodu, eby ich wsadzi. Brak nam dowodw, e mieli co wsplnego z napadem na Dereka. - Jego krew zostawia na nich zapach - przypomnia Jim. - Na mnie te. Na placu byo tyle jego krwi, e kady, kto tamtdy przechodzi, mg wej z ni w kontakt. To za mao. Przeskanowae miejsce zdarzenia? - Wyszed niebieski i zielony. - Jim wzdrygn si z obrzydzenia. Czyli m-skan nie powiedzia nic nowego. Moe pomodl si do panny Marple, eby mnie natchna... - Kolejny problem w razie przesuchania to Rozgrywki - kontynuowaam. - Powiedzmy, e ich zatrzymam i zaczn zadawa pytania w stylu: Co robilicie na tym placu?". Jeli przyznaj, e wracali z Rozgrywek, w ktrych brali czynny udzia, nie bd moga zignorowa informacji o nielegalnym turnieju odbywajcym si w miecie. Gliny, Zakon i WOON na pewno wiedz o Rozgrywkach, ale nic z tym nie robi. Taki brak reakcji oznacza albo grube pienidze, albo potne wpywy. - Odbior ci ledztwo zanim na dobre si rozpocznie - przyzna Jim. I wanie dlatego lubiam pracowa z Jimem. Nie traci czasu na wyzywanie od tchrzy, gupie komentarze i sugestie, e boj si naciskw. Rozumia, e ze zwierzchnikami na plecach sprawa skomplikowaaby si jeszcze bardziej i cigna wolniej ni melasa na mrozie. Po prostu przyj to do wiadomoci, przechodzc do rozwaania innej opcji. adnego dramatyzowania i rozdzierania szat. - Wic oficjalnie nie moemy nic zrobi - podsumowaam. - Wanie. Doolittle tylko potrzsn gow, wracajc do zajadania kukurydzianych kulek. - W takim razie, eby dobra si do Rozpruwaczy, bdziemy musieli stan do walki w Arenie. - Na to wyglda. - Dlaczego nigdy nie pracujemy razem przy czym atwym? - zapytaam. j I L O N A A N D R E W S - Dbam, eby dostarcza ci wyzwa. Utrzymuj ci w formie. Pochyliam si nad stoem, rysujc palcem lini. - To Zauek Jednoroca. Trzydzieci dwie przecznice dugoci, dziesi szerokoci. Dugi i wski. - Kiedy obejmowa trzydzieci na osiem przecznic, ale po rozbysku rozszerzy si o kilka kolejnych. - Rozpruwacze wchodz tam i znikaj, tak? A twoi ludzie nie s w stanie ich wyledzi? - Do czego zmierzasz? - Pamitasz tego ognistego ptaka dwa lata temu? Poowa okrgu Chatham staa w pomieniach, a ptak mierdzia jak dym. Nie moge go wytropi i przepala kad puapk, jak na niego zastawilimy. I wkurza si jeszcze bardziej. - Pamitam - zaduma si Jim. - Podrzucilimy mu oposa z urzdzeniem namierzajcym. - Mgby zdoby taki aparacik? - Da si zrobi. -Jaki to ma zasig? -Jakie czterdzieci kilometrw przy dominacji techniki. Umiechnam si. To wicej ni teren Zauka Jednoroca.> Rozdzia czternasty im skrzywi si, stajc przed drzwiami mieszkania Saimana. - Zboczeniec - fukn. - Woli okrelenie dewiant seksualny". - Semantyka. Plan obgadalimy po drodze. Nie by to plan wybitny, ale i tak stanowi postp wobec mojego tradycyjnego wpadnij i wyprowad wszystkich zainteresowanych z rwnowagi, pki ktry nie zechce ci zabi". Teraz musiaam tylko sprzeda mj cudowny lek Saimanowi. ) R O Z D Z I A C Z T E R N A S T Y Otworzy jako wysoka, dugonoga blondynka o szyderczym umieszku. Jim najey si. Gdyby mia sier, staaby na sztorc. Wikszo ludzi, widzc w swoich progach dwjk uzbrojonych otrzykw, rozwayaby sytuacj z kadej strony. Szczeglnie gdyby jeden z otrzykw kilka godzin wczeniej grozi mierci w razie niedostarczenia konia, a drugi by potnym facetem o rozjarzonych oczach, ubranym w wykoczony futrem paszcz, z broni w rku i min wyranie mwic, e celem jego egzystencji jest rozsmarowywanie gw przechodniw na okolicznych murach. Saiman kiwn jedynie na powitanie, wpuszczajc nas do rodka. - Wejdcie. Usiadam na sofie. Jim stan za mn, nieco z boku, zakadajc rce na piersiach. W tle pulsowaa agodna muzyczka w rytmie techno. Saiman nie zada sobie trudu, eby wyczy odtwarzacz. - Zwrciam ci konia - powiedziaam. - Zosta-wiam na dole, u stranikw. - Jim przyprowadzi dla mnie luzaka. - Zatrzymaj go. Nie potrzebuj konia. Napijesz si czego? Naraajc si na kolejny wykad o luksusie? Niech pomyl... - Nie, dziki. - A ty? - Saiman zwrci si do Jima, ale do-strzegszy miercionone Spojrzenie, da kotoakowi spokj, przedkadajc j I L O N A A N D R E W S bezpieczestwo nad wymogi gocinnoci. - W takim razie pozwolicie, e ja sobie co nalej. Lepiej mi si myli ze szklank w doni. Przygotowa sobie martini, po czym przysiad na sofie, zakadajc nieprawdopodobnie dug nog na drug i eksponujc dekolt. Tak, tak, masz adne cycuszki. Wyluzuj. -Jak sprawa z Rozpruwaczami? - zagaiam. Saiman zerkn na Jima. - Gorzej ni bym chcia. - Zakon si nimi interesuje. - Praktycznie rzecz biorc, nie minam si z prawd, skoro ja si nimi interesowaam, a pracowaam dla Zakonu. A najbardziej zainteresowana byam umierceniem ich w sposb jak najbardziej wymylny i moliwie bolesny. - Doprawdy? - Saiman unis brew, znw mapujc moj mimik. - Co wicej, teraz to sprawa osobista. Zamierzam ich wyeliminowa. Saiman przyjrza mi si baczniej. - Czy to ma co wsplnego z tym modym czowiekiem? Nie byo sensu kama. - Owszem. Saiman zasalutowa w moim kierunku szklank. - Uwaam, e pobudki osobiste s najskutecz-niejszym motorem dziaania. Nie wtpi, samolubny dupku. - A czego chcesz ode mnie? R O Z D Z I A C Z T E R N A S T Y - Proponuj wspprac. - Byam coraz lepsza w te gierki. Nawet nie zwymiotowaam, wypowiadajc to zdanie. Sukces osiga si maymi kroczkami. - Chcesz si pozby Rozpruwaczy, podobnie jak Gromada i ja. Poczymy siy. Twj wkad to umoliwienie udziau w Rozgrywkach, nasz - minie. -Ja zapewniam sposobno, wy narzdzia? Przytaknam. - Dzielimy si informacjami oraz rodkami, ktre pomog nam osign cel. Potraktuj to jak umow biznesow. - To powinno do niego przemwi. Saiman nachyli si, patrzc na mnie w skupieniu. - Dlaczego miabym i z tob na wspprac? Jak bardzo ci na tym zaley, Kate? W gardle Jima zawibrowa ostrzegawczy warkot. Oparam si wygodnie i zaoyam nog na nog, imitujc poz Saimana. - Ty potrzebujesz nas bardziej ni my ciebie. Zawsze mog wej do Areny, pomacha legitymacj subow i narobi troch problemw. Jestem w tym nieza. - Co ty nie powiesz - mrukn Saiman. - Zrobi duo szumu wok Pnocnych Roz-grywek, a szczeglnie skupi si na Rozpruwaczach. Prdzej czy pniej dopiek im tak, e bd chcieli mnie zabi, a wtedy razem z Jimem zdejmiemy ich jednego po drugim. Jim ma o co kruszy kopie. Tymczasem ludzie zaczn j I L O N A A N D R E W S omija turniej, zyski Izby spadn, a ty stracisz sporo kasy. Obdarzyam go umiechem. W zamierzeniu mia by sodki, ale Saiman na jego widok poblad i odsun si nieco ode mnie. Zanotowaam w mylach, eby ograniczy wiczenie psychopatycznych grymasw na rzecz sodkich minek. - Skoro nie chcesz z nami wsppracowa, b-dziesz musia wynaj sobie fizycznych do rozwizania problemu z Rozpruwaczami. Z tego, co widziaam na parkingu, nie mog si wprost doczeka, eby wsadzi ci w pierwszy lepszy pocig w zawiaty. Potrzebujesz ochrony, o ktr bdziesz musia si mocno postara, nie mwic, e sono za ni zapacisz. Sdzc po pokazie umiejtnoci Marta, pozostaje ci zatrudni ludzi z najwyszej pki, przynajmniej jeli chcesz jeszcze chwil pozosta wrd ywych. Kiedy Rozpruwacze zafunduj kilku twoim ochroniarzom skrzyda i aureole, bdziesz musia wynaj nowych. Problem w tym, e w tym czasie dorobisz si opinii klienta, ktrego goryle padaj jak muchy. Ceny dla ciebie wystrzel pod niebo, a jako oferowanych usug spadnie. Wbrew powszechnym przekonaniom, wikszo ochroniarzy nie ma skonnoci samobjczych. Sam wic widzisz, e to ty bardziej potrzebujesz nas. Z tob czy bez, i tak zabijemy Rozpruwaczy. Nie zaley nam na pienidzach, szukamy zemsty. Saiman spojrza, jakby zobaczy mnie po raz pierwszy. R O Z D Z I A C Z T E R N A S T Y - Nie znaem ci z tej strony. T stron wykorzystywaam w trakcie pertraktacji pomidzy Gildi a Zakonem, ktrych to prowadzenie naleao do moich obowizkw. - Przemyl to sobie - zakoczyam, wstajc. - Masz mj telefon. - Czy w tym twoim szalestwie jest jaka metoda? - zapyta. - Dobij umowy, a zobaczysz. - Nie ufaam Saima- nowi ani na jot, wolaabym wic podpisany krwi, wicy magicznie cyrograf, ale ostatecznie mg by zwyky ucisk doni. Oczywicie pod warunkiem, e wczeniej by na ni nie naplu. Zdyam zrobi trzy kroki w kierunku drzwi, kiedy usyszaam: - Zgadzam si. - Oto, co wiemy. - Cz informacji dostarczy mi Jim, podsumowaam je wszystkie razem. - Rozpruwacze pojawili si na scenie jakie dwa miesice temu. Wikszo to ludzie, przynajmniej wedug m-skanerw. - Niebieskie sygnatury - stwierdzi Saiman z niechci. - Ale ustalilimy, e Rozpruwacze nie s do koca ludmi. Jednake Izba, kiedy uznaa ich za nie- nadprzyrodzonych", chcc nie chcc, daa im fory. Ich odmienno jest nie do udowodnienia, a wikszo ludzi przegrywa w walce ze zmiennoksztat- nym czy wampirem. W ten sposb popynlicie na niemae sumy, prawda? j I L O N A A N D R E W S Saiman potwierdzi skinieniem gow. - Tak, s te inne powody, dla ktrych tak zaleao Rozpruwaczom na czowieczestwie". Udzia w turnieju mog bra tylko te druyny, w ktrych skadzie jest co najmniej trzech ludzi lub istot czo- wiekopochodnych, jak zmiennoksztatni. Bez tego nie mogliby stan do Rozgrywek. - Podsumowujc: nie wiesz, czym s, w jaki sposb udaje im si oszuka m-skanery ani dokd udaj si po walkach? - Tak. - Saiman zmarszczy z odraz zgrabny nosek. Grymas ten idealnie wpisywa si w jego aktualn, dugonog blond powierzchowno. - Informacje to nie twoja specjalno, jak wida - stwierdzi Jim.1 6 6 | I L O N A A N D R E W S Wielkie dziki, chodzca dyplomacjo. Saiman spojrza na kota nieprzyjanie. - Dwadziecia jeden lat temu, dwudziestego trzeciego kwietnia, zabie czowieka, ktry zamordowa twojego ojca. Odsiadywali razem wyrok. Przy- szpilie zabjc do ziemi omem, przeszywajc mu brzuch, a nastpnie rozczonkowae. Lekarz oceni, e facet umiera trzy godziny. Nazywa si David Sti- les. Nigdy nie odpowiedziae za t zbrodni. Niele. - Ujawniam te fakty tylko po to, aby zaprzeczy posdzeniom o niekompetencj. Handluj informacjami. Jestem w tej dziedzinie ekspertem. Jeli mwi, e nie wiadomo, do jakiego gatunku nale Rozpruwacze, stwierdzenie to ma wag profesjonalnej opinii specjalisty. Jim zamia si, odsaniajc garnitur biaych zbw. Saiman uraczy go przyjacielskim skinieniem gowy. Moe i zebra szczegowe informacje o Jimie, ale w ogle go nie zna. Jim by jaguarem. Pokazywa zby tylko tym, ktrych zamierza zabi. Nie teraz, na razie Saimana potrzebowa, ale pewnego dnia, w najmniej spodziewanym momencie Saiman stanie twarz w twarz ze swoj mierci. A ja nie miaabym z tym absolutnie nic wspl-nego. - Wracajc do Rozpruwaczy. Wiesz moe, czego chc? 1 6 7 | I L O N A A N D R E W S - Owszem, to wiem. Wilczego Diamentu - od-rzek Saiman.R O Z D Z I A C Z T E R N A S T Y Czekaam na jakie rozwinicie tematu, ale zaj si popijaniem swojego martini. Dobrze. Skoro tak... - Co to ten Wilczy Diament? - To wielki, ty topaz. - A skd nazwa? - zainteresowa si Jim. Saiman zajrza do kieliszka. - Ma dokadnie tak barw, jak oczy wilka. Kamie jest wikszy ni moja pi. Nieza byskotka. Topaz ma warto sam w sobie, a jako nagroda nadaje turniejowi legendarnego wymiaru - najznamienitsi wojownicy walcz o baniowy klejnot i chwa. W rzeczywistoci Rozgrywki byy zwyk jatk, gdzie odbierano ycia ku uciesze zgrai padlinoercw. Chwaa? mier dla czyjego zysku i rozrywki nie jest chwalebna. - Skd macie ten kamie? - zapyta Jim. -Jeden z czonkw Izby zdoby go i przekaza jako gwn nagrod w tej edycji Rozgrywek. To ekstrawaganckie trofeum, wanie w naszym stylu. Nasi klienci ceni sobie egzotyk. Topaz wikszy od pici dorosego by rzeczywicie wyjtkowy. Wygrzebaam z pamici okruchy wiedzy na temat klejnotw. Topaz by jednym z dwunastu apokaliptycznych kamieni chronicych Nowe Jeruzalem. ty kryszta mia pono uspokaja nerwy i chroni noszcego od koszmarw. Waciwoci ochronne przypisywano zreszt wszystkim kamieniom - szczeglnie jeli tak naprawd nie wiedziano, jakie magiczne cechy posiadaj albo jeli nie j I L O N A A N D R E W S posiaday adnych. Postanowiam doczyta o topazie w jakiej ksice o gemmologii. - Przeledziem histori kamienia do trzech posiadaczy wstecz - rzek Saiman. - Nie wydaje si, eby posiada jakie nadnaturalne waciwoci. Jest z nim zwizanych kilka legend, owszem, ale to normalne w przypadku klejnotu tej wielkoci. Powtarza si w nich motyw, e kamie nie moe by sprzedany czy odebrany si, a tylko przekazany w darze albo wygrany. Inaczej przyniesie wacicielowi mier. Zdoaem ustali, e to bzdura, jednak Rozpruwacze zdaj si wierzy w kltw. Przyszli do nas niedugo po zakupie kamienia z pytaniem, jak mog go zdoby. Biorc pod uwag ich zamiowanie do brutalnoci, oczekiwaem, e sprbuj topaz ukra albo przej si, ale jak do tej pory nic takiego nie zrobili. - Najpilniejszym problemem do rozwizania jest zbyt maa wiedza o Rozpruwaczach - powiedziaam. - Dlatego w pierwszej kolejnoci musimy j uzyska. - A niby jak mielibymy to zrobi? - Saiman unis brew, obdarzajc mnie uwodzicielskim umiechem, ktry nie zrobi na mnie wraenia, po pierwsze dlatego, e nalea do Saimana, po drugie, e nalea do Saimana w ciele blondynki. - To proste. Zabijemy jednego z nich. Saiman rozway moje sowa. atwo powiedzie, trudniej przej do czynw. R O Z D Z I A C Z T E R N A S T Y - Wiemy, e Rozpruwacze podruj w grupach, przez co trudno za nimi i. Wiemy te, e znikaj w Zauku Jednoroca, a tam nie da si wyledzi ich ani po zapachu, ani po magii. Jestemy jednak w posiadaniu urzdzenia, dziki ktremu moemy ustali ich miejsce pobytu na terenie Zauka. Zabijemy jednego z nich i w ciele umiecimy pluskw. Kiedy zabior zwoki, namierzymy ich kryjwk i zaczniemy obserwacj w czasie dla nas najdogodniejszym. Musimy dowiedzie si wielu rzeczy. Ilu ich jest, jak s zorganizowani, czy maj stranikw, czy stranikami s ludzie, jak zdobywaj poywienie, czym si ywi, czy wychodz na polowania, a jeli tak, to czy zdoamy schwyta owcw i - rozedrze ich na strzpy, gdy tylko zdradz, w jaki sposb pomc Derekowi - przesucha ich. - Nie masz wtpliwoci, e potrafisz zabi Rozpruwacza, co? - Saiman zajrza do kieliszka, jakby zaskoczony brakiem trunku. Pomylaam o Dereku umierajcym powoli w kadzi z zielon ciecz. Pomylaam o poamanych kociach, zmasakrowanej twarzy, o blu... Saiman poruszy si nerwowo. - Kate, z twojego miecza unosi si dym... Wziam si w gar. - Zaatw wejcie do Kota. Reszt zostaw mnie. - Chtnie, ale to niemoliwe. - Saiman wzruszy ramionami. - Rozpruwacze bior udzia jeszcze tylko w jednej walce przed finaem, ktry j I L O N A A N D R E W S jest rozgrywk druynow. Ta ostatnia runda to kategoria Pici. Nie nadajesz si. -Ja to zrobi - owiadczy Jim. Saiman potrzsn gow. - Duo bym da, eby szef ochrony Gromady wystpi w Arenie, lecz niestety, ty te si nie kwalifikujesz. Pici to naprawd potni gladiatorzy. Fakt, Jim nie zalicza si do wagi supercikiej. Nawet w formie przejciowej by zwinny, szybki i zabjczy, jednak na pewno nie wielki. - Ale mam kogo, kto si nada - umiechn si Saiman. - Siebie. Lanie, ktre spucili mi ludzie Jima, musiao uszkodzi mj such. - Kto to taki ten Siebie? - Siebie, czyli mnie. Zacisnam powieki. - Co ty robisz? - zdziwi si Saiman. - Licz do dziesiciu. - Curranowi pomagao, wic moe mnie take... Nie, na mnie nie dziaao. Otworzyam oczy. - yj z zabijania. Jestem w tej dziedzinie ekspertem. Uznaj wic, e to stwierdzenie ma wag profesjonalnej opinii specjalisty: to skok na gwk do basenu z rekinami. Dobre chci nie zastpi umiejtnoci, siy fizycznej ani refleksu, bez ktrych nie ma szans na pokonanie Rozpruwacza. W Kotle zginiesz momentalnie, bolesn mierci, a ja nie bd moga ci stamtd wycign. R O Z D Z I A C Z T E R N A S T Y - Nie widziaa, jak walcz w swojej pierwotnej formie. Przed moimi oczami stan obraz plsajcego w niegu zotowosego adonisa.- Nie, ale widziaam, jak taczysz. Twoja pierwotna forma, cho zabjczo dziaa na napalone kobiety i gejw, nie wywrze tego samego skutku w przypadku Rozpruwaczy. Rozwal ci gow, a my stracimy szans na podrzucenie pluskwy. Saiman umiechn si oszczdnie i niewesoo. - To nie bya moja oryginalna forma. Touche. - W takim razie mam nadziej, e to dwugowy smok ziejcy ogniem. - Daj mi szans przegra - poprosi Saiman. - Obiecuj, e jako zwoki nie zaprotestuj, kiedy bdziesz wypowiadaa sakramentalne: a nie mwiam?". Walka odbywa si dzisiaj. Mog liczy na was w roli pomocnikw? Nie mielimy wyboru. -Tak. - Musz pojawi si na pierwszej czci w ofi-cjalnej postaci. Po walce, zakadajc, e uda mi si doprowadzi do mierci przeciwnika, Rozpruwaczy zatrzyma Czerwona Gwardia. To da nam godzin przewagi. Zawsze tak robimy, Izba nie yczy sobie tar pomidzy druynami gladiatorw. Tymczasem dotrzecie do Zauka, eby wszystko przygotowa. Ja zostan w Arenie, eby odzyska siy. Mam tam prywatny apartament. No, chyba e po walce trafi do prywatnej szuflady w kostnicy. Myl ta zawisa w powietrzu niczym aobny caun. adne z nas nie wypowiedziao jej na gos.Rozdzia pitnasty o spotkaniu Jim odstawi mnie do mieszkania, zostawiajc konia Gromady. Chciaam jecha z nim, chciaam by w kryjwce Jima na P R O Z D Z I A P I T N A S T Y [ 1 7 3 wypadek, gdyby Derek oprzytomnia. ywiam irracjonalne przekonanie, e moja obecno go uzdrowi. Ale to nie wchodzio w gr. Gdybym wrcia z Jimem, nie wyspaabym si, a potrzebowaam snu i jedzenia, eby zachowa siy. Rozpruwacze nie bd zachwyceni, kiedy jeden z nich zginie. Jeli Saiman dokona tego, co obieca, mog szuka zemsty. Musiaam by wyspana i w dobrej formie. Wziam prysznic, szorujc dokadnie skr i wosy perfumowanym mydem, eby zabi zapach zaogi Jima, zjadam zimny befsztyk z ciemnym chlebem, pomidora, troch sera, yknam tabletk drogocennej aspiryny i zasnam. O smej obudzi mnie dzwonek telefonu. Podniosam gow, wpatrujc si z niechci w aparat. Dzwoni i dzwoni, haasujc pod czaszk. Wczy-a si sekretarka, a gos, ktry usyszaam, otrzewi mnie byskawicznie. - Kate? Curran. Niedobrze. Dwie godziny snu to za mao, eby sobie z nim skutecznie poradzi. - Zadzwo do mnie jak najszybciej. Podniosam suchawk. -Jestem. - Sprawdzasz, kto dzwoni? - A czemu nie? Dziki temu unikam rozmw z idiotami. - Czy to obelga? - W gosie Currana zawibrowa warkot. - Nie jeste idiot - zapewniam go. - Jeste miertelnie gronym psychopat z kompleksem boga. Czego chcesz? - Widziaa si z Jimem? -Nie. - Nie dzwoni do ciebie? - Nie. - Ale jego goryle sprali mnie na kwane jabko. - Co z Derekiem? - Nie wiem. Te go nie widziaam. Chwila milczenia. - Kamiesz. Do diaba. - Czemu tak sdzisz? - Nie zapytaa mnie o Dereka. To oduczy mnie podejmowania dyplomatycznych w zamierzeniu konwersacji zaraz po przebudzeniu.I L O N A A N D R E W S - Bo mnie to nie obchodzi. Powiedziae, e mam pomaga w ledztwie. Obiecae pen wspprac i moliwo przesuchania twoich ludzi. To byo w pitek. Dzisiaj jest niedziela. Miny dwie doby. Wykiwae mnie, Curran. Jak zwykle zreszt. Wyobraasz sobie, e przylec na kade twoje skinienie, ale twoja kochana Gromada nie bdzie wsppracowaa z obcymi, tak? Nie pomyl si, to, co syszysz, to obojtno. - I brednie. Caa kupa bredni. - Pleciesz. Dwa zero dla Currana. - To bardzo wane, Kate. Jim otwarcie mi si sprzeciwi. Zignorowa bezporedni rozkaz zebrania swoich ludzi i stawienia si u mnie. Nie mog na to pozwoli. Ma siedemdziesit dwie godziny, eby zaj ostateczne stanowisko. Po tym czasie bd musia go znale. - Znasz Jima od wiekw. Czy nie zasuguje na may kredyt zaufania? - Nie w tych okolicznociach. - Ostry ton na moment znikn z gosu Currana. Alfa ustpi miejsca czowiekowi. - Nie chciabym by do tego zmuszony. Nerwowo przeknam lin. - On te pewnie tego nie chce. - W takim razie mi pom. Powiedz, co wiesz. -Nie. - Na chwil zapomnij, e to ja - westchn. - Schowaj ego do kieszeni. Jestem Wadc Bestii. Ty pracujesz dla Zakonu. Podlegasz mi w tym I L O N A A N D R E W S ledztwie. dam ujawnienia informacji, jakie posiadasz. Rb, co do ciebie naley.R O Z D Z I A P I T N A S T Y [ 1 7 5 Zabolao. Robiam wanie to, co do mnie naleao. Robiam, co w mojej mocy. - Mylisz si. Nie podlegam ci. Jestemy rwnorzdni. - Rozumiem. Czy Jim jest tam z tob? - Tak. Uprawiamy wanie dziki seks. Przeszkadzasz nam. Rozczyam si. Telefon rozdzwoni si ponownie. Automatyczna sekretarka. - ...nie uatwiasz, Ka... Podniosam suchawk i zaraz j odoyam. Nie chciaam okamywa Currana. Choby dla jego dobra. Nie miaam w tym momencie ochoty na kombinowanie i szermierk sown. Moja sypialnia tona w przyjemnym pmroku, rozpraszanym jedynie wsk smug wiata sczc si przez szpar w zasonach wprost na moj twarz. Nakryam gow poduszk. Odpywaam ju w rozkoszn krain snu, nie niepokojona adnym bijcym po oczach wiatem, kiedy dosyszaam zgrzyt klucza w zamku. Drzwi do mieszkania otworzyy si. Jedyn osob, ktra posiadaa drugi komplet kluczy do tego lokum, by dozorca, a on nigdy nie przyszedby bez uprzedzenia. Zmusiam si do leenia bez ruchu. W wyobrani ujrzaam swj obraz - na gowie poduszka, wystajcy spod kodry zadek w biaych majtkach. Niezbyt korzystna pozycja do obrony. Leaam jednak, wytajc zmysy. Kto R O Z D Z I A P I T N A S T Y [ 1 7 6 skrada si do ka. Ciche kroki, coraz bliej. Bliej. Bliej. j I L O N A A N D R E W S Teraz! Szarpnam si, wyprowadzajc cios nog. Pita trafia mniej wicej w korpus przeciwnika, a precyzyjniej, w mskie krocze. Napastnik zwin si wp, a ja signam po Zabjc. Broni nie byo tam, gdzie j pooyam. Schyliam si, zagldajc pod ko. Musia wepchn miecz gbiej w trakcie mojego ataku. Na kostce poczuam stalowy ucisk rki. Przekrciam si, z caej siy kopic przeciwnika w rami. Jkn i wtedy ujrzaam jego twarz. - Curran! - Wolaabym zobaczy psychopatycznego morderc. Ach, zaraz... Chwila zaskoczenia kosztowaa utrat przewagi. Curran run caym ciarem, odtrcajc moj rk, jakby bya natrtn much, i przycisn do podogi. Prawe rami przytrzyma nad gow, lewe uwizi pod sob, a nogami zablokowa moje. Przygnieciona, pozbawiona moliwoci ruchu czuam si jak pakunek. cinita i zdana na jego ask. - Mylaam, e to jaki wariat! - warknam. -1 susznie. - Zbliy ku mnie twarz. - Co ty wyprawiasz? - Szukam Jima w twoim ku. - Nie ma go tutaj. - Wanie widz. W oczach Currana zataczyy zote iskierki. Patrzy na mnie strasznie zadowolony z siebie, odrobin akomie.R O Z D Z I A P I T N A S T Y [ 1 7 7 Prbowaam si wyrwa, ale chwyci mocniej. Zupenie jakbym chciaa wyzwoli si ze stalowego kaftana bezpieczestwa. Nie miaam szans na jakiekolwiek dziaanie. Rozpaszczona na pododze pod Jego Bestialsk Wysokoci. Nigdy nie uwolni si od tej traumy. - Moesz ju puci - powiedziaam. - Obiecujesz, e bdziesz grzeczna? - Obiecuj, e nie zrobi ci krzywdy. Kciki ust drgny mu lekko. Wcale nie zamierza mnie puszcza. A ja nie posiadaam fizycznych moliwoci, eby si wyzwoli. Cholera. - Bawi ci to, tak? Skin gow, byskajc biel zbw. -Jak si tu dostae? - Mam swoje sposoby. Owiecio mnie. To on dwa miesice temu wymieni drzwi, bo ja byam pochonita dziaaniami zmierzajcymi do zachowania ycia. - Zatrzymae komplet kluczy. Ty draniu. Jak czsto tutaj wpadasz? - Raz na jaki czas. - Po co? - Sprawdzi, czy wszystko w porzdku. Dziki temu nie musz stercze przy telefonie, oczekujc na twoje Ratunku!" w suchawce. - Nie wysilaj si, nie bdzie wicej adnych telefonw. Prdzej zdechn ni do ciebie zadzwoni. -1 to mnie martwi. R O Z D Z I A P I T N A S T Y [ 1 7 8 Przytrzymujce moje nogi uda byy twarde, jak rzebione w drewnie. Potny tors przyciska si do moich piersi. Gdybym obrcia si nieco w prawo, poladkami otarabym si o jego krocze. Troch w lewo, a zanurzyabym twarz w jego szyi. j I L O N A A N D R E W S - Nie jestem jedn z twoich poddanych. - By zdecydowanie zbyt materialny, zbyt ciepy, a nade wszystko by zbyt blisko. - Nie musz wykonywa twoich rozkazw, a ju na pewno nie potrzebuj twojej ochrony. - Uhm - mrukn. Najwyraniej fascynowaa go moja twarz, bo wpatrywa si w oczy, usta... - Przychodzisz tu te, kiedy jestem? - Czasami. - Usyszaabym ci. - Wracasz po dwunastu godzinach wykoczona i padasz. A ja potrafi zachowywa si cicho. - Rozluni nieco chwyt. Leaam bezwadnie. To byo wyjcie - wzbudzi w Curranie faszywe poczucie kontroli. Stolik, na ktrym lea sztylet, miaam w zasigu rku. - Wadca Bestii, mj osobisty przeladowca. Rany, marzenie kadej laski. - Przeladowanie to nie moja dziaka. - Nie? A jak nazwiesz to, co wanie robisz? - Kontrolowaniem przeciwnika w celu uniknicia przykrego uszkodzenia ciaa. - Co jeszcze robisz podczas mojej nieobecno-ci? Czytasz poczt? Grzebiesz w szufladzie z bielizn? - Nie, nie grzebi w twoich rzeczach. Wpadam, eby si upewni, czy jeste caa i zdrowa. Uspokaja mnie myl, e jeste w jednym kawaku we wasnym ku. Nic nie ukradem...Wyszarpnam rk i grzmotnam Currana okciem w splot soneczny. A stkn. R O Z D Z I A P I T N A S T Y [ 1 8 0 Wyrwaam si, zapaam sztylet i usiadam okrakiem, kolanami przygwadajc mu rce do podogi, przystawiajc ostrze do szyi. Nie miota si. - Poddaj si - powiedzia z umiechem. - Twj ruch. Hm. Siedziaam okrakiem na Wadcy Bestii w samej bielinie, groc mu noem. Co, u diaba, zrobi teraz? Curran wskaza oczyma moje rami. - To lady pazurw - powiedzia ostro. - Wil-czych. Kto to zrobi? - Nikt! - C za byskotliwa odpowied. A jaka przekonujca... -Jeden z moich? - Zote iskry przerodziy si w byskawice. Kady zmiennoksztatny w Atlancie by jednym z jego, wic co to za pytanie? - A odkd to tak si troszczysz o moje zdrowie? Chyba pomieszao ci si co w kwestii natury naszej znajomoci. Nie pasujemy do siebie. Jeste furiatem z obsesj na punkcie wadzy. Wiecznie prbujesz mi rozkazywa, co doprowadza mnie do szau. Ja prdzej pierzem porosn ni dam sob rzdzi. Wkurzam ci tak, e masz ochot mnie udusi. - Raz! Tylko raz prbowaem! - O jeden raz za duo. Rzecz w tym, e nie bawi nas grzeczne gierki. Oboje... R O Z D Z I A P I T N A S T Y [ 1 8 1 Wyszarpn rce spod moich kolan, nie baczc na przystawiony do szyi sztylet, przycign moj twarz do swojej i pocaowa. j I L O N A A N D R E W S Poczuam municie jzyka na wargach i zalaa mnie fala gorca. Wsun mi palce we wosy. Nagle zapragnam pozna jego smak. Pocaowa mnie ju kiedy, tu przed potyczk ze strzygoniem. Mylaam o tym pocaunku miesicami. Nie mg by tak wspaniay, jakim uczyniy go wspomnienia. Powinnam sprbowa jeszcze raz i uwolni si od tych fantazji, eby nie zawraca sobie nimi ju gowy. Rozchyliam wargi. O. Sodki. Boe. wiat eksplodowa. Smakowa odurzajco, jak mode wino. Wtuliam si w Currana, chonc smak, zapach, rozkoszujc si ciepem i bliskoci mocarnego ciaa. Zawirowao mi w gowie. Cauj mnie. Cauj jeszcze. Nie przestawaj. Co do licha?! Zupenie mi odbio? - Nie! - Zaczam go odpycha. Przytrzyma mnie jeszcze chwilk, a potem puci z niskim, podliwym warkniciem. Zerwaam si na rwne nogi, cofajc nieco chwiejnie. - Czy ty zwariowa? - Co? Czyby zapomniaa o W yciu, nawet gdyby by ostatnim facetem na tej planecie"? -Wyno si! Przecign si, jak zadowolony kocur. -Jak byo? - Nijak - skamaam. - adnych fajerwerkw. Nic. Jakbym caowaa brata. Odurzenie i cudowny zawrt gowy nie ustpoway. Pragnam dotkn Currana, R O Z D Z I A S I E D E M N A S T Y wsun donie pod koszulk, poczu pod palcami silne ramiona... Pragnam dotyku jego warg. Nie! adnego dotykania. adnego caowania. Nie. Nie i jeszcze raz nie. - Naprawd? To czemu mnie obja? Sukinkot. - Chwilowa niepoczytalno. - Wskazaam drzwi. - Na pewno nie chcesz, ebym zosta? Zrobibym ci kaw, zapyta, jak min dzie. - Wynocha. Ju. Westchn teatralnie, wstajc bez podpierania si rkoma. Cholerny pozer. Wycign ku mnie sztylet, trzymajc za ostrze, tak eby w chwili przekazywania upad na ziemi. - Chcesz go z powrotem? Nigdy nie upuszczam broni, chyba e celowo. Wyrwaam mu ostrze z rki i, trzymajc przed sob, zmusiam Currana, by wycofa si do wyjcia. Otworzy drzwi, ale zatrzyma si jeszcze w progu. - Siedemdziesit dwie godziny, Kate. Ani minuty wicej. Jim zdaje sobie z tego spraw, podobnie jak z tego, e go szukam. Teraz ty take ju wiesz. - Rozumiem, rozumiem - syknam. - Moe buziak na do widzenia? - A moe kopniak w zadek? Zatrzasnam za nim drzwi, oparam si o nie j I L O N A A N D R E W S i zsunam na podog, przytoczona tym, co przed chwil zaszo. Wadca Bestii. Lew Atlanty. Pan Po Mojemu Albo Wcale. Frustrujcy, irytujcy, niebezpieczny ajdak, ktry wystraszy mnie miertelnie, tak e w panice straciam kontrol nad ustami. Pocaowa mnie. Gorzej, przyzna, e wlizgu-je si do mieszkania, obserwuje mnie podczas snu, przewrci na podog, a potem pocaowa. Powinnam bya zama mu nos. Ale nie, oddaam pocaunek. I chciaam wicej. Prbowaam spojrze na to trzewym okiem. Powiedziaam Curranowi, e nigdy si z nim nie przepi. On odpar, e owszem, zrobi to. Dla niego wszystko byo gr, w ktrej chcia zwyciy. Kto wspomnia kiedy, e gdyby ustawi w rzdzie bye kochanki Currana, wyszaby z tego nieza parada. Chcia sobie ze mnie zrobi kolejne nacicie na ramie ka. Poddajc si, doczyabym do korowodu jego kobiet - Kate Daniels, ledczy Zakonu, ktr Jego Futrzasta Wysoko bzyka, dopki si nie znu-dzi, po czym zostawi dla lepszych zabawek, rzucajc w kt jak niepotrzebn, szmacian lalk. Jawny zwizek z Curranem oznaczaby zawodowe samobjstwo. Agenci Zakonu mieli by z definicji bezstronni. Nikt nie chciaby ze mn wsppracowa, gdybym przespaa si z przywdc zmiennoksztat- nych. Co wicej, kiedy Curran straciby zainteresowanie moj osob, zabraby mi serce, R O Z D Z I A S I E D E M N A S T Y zgnit na krwaw miazg, odda szcztki i spokojnie odszed. Mimo e zdawaam sobie z tego spraw, nadal go pragnam. Przyciga mnie niczym magnes. Pragnam go bardziej ni kogokolwiek wczeniej. Dla tych kilku momentw, kiedy sprawia, e czuam si bezpieczna, chciana, podana. Ktre byy iluzj. Musiaam wzi si w gar.R O Z D Z I A P I T N A S T Y | 1 8 3 Podniosam si z gniewnym warkniciem i zaczam ubiera. Po penym wrae przebudzeniu udao mi si do-trze do biura ju bez dalszych przeszkd. Siedziba Zakonu miecia si w klockowatym, sierminym budynku z cegy, ktry podczas przypywu magii by tak dokadnie opasany tarczami zakl, e WOON mogy oblega go bezskutecznie caymi tygodniami. W miecie znajdowaa si jeszcze kwatera gwna Zakonu, ale nie miaam wystarczajcych uprawnie, by zna jej lokalizacj. Wspiam si na drugie pitro, otworzyam drzwi i wkroczyam na korytarz. Dugi, szary, cign si niczym wski, ponury tunel, na kocu ktrego majaczyy czarne drzwi. Porodku czerni lnio wypolerowane godo przedstawiajce lwa, herb rycerza- -obrocy, kierownika sekcji i mojego bezporedniego zwierzchnika. - Witaj, moja droga. - W gowie rozbrzmia mi gos Maxine. - Dzie dobry, Maxine. - Wystarczyoby si skupi i pomyle te sowa, ale wolaam normalnie mwi. Potrafiam si umysu zmiady wiadomo nieumarego, jednak w telepatii byam beznadziejna. Weszam do swojego pokoju, spodziewajc si ogromnej R O Z D Z I A P I T N A S T Y | 1 8 4 sterty papierw na biurku. Blat by pusty. Dziewiczy. Bezstertowy. - Maxine? Co si stao z moimi aktami?6 7 | I L O N A A N D R E W S - Rycerz-obroca postanowi ci odciy. - To dobrze czy le? - Zakon docenia twoj prac. Szczeglnie t, ktr wykonujesz pno w nocy. Doznaam olnienia. Ted dawa mi nieoficjalne przyzwolenie na zajcie si spraw Pnocnych Rozgrywek. Nie bdzie adnego urzdowego ledztwa. Ted wiedzia o turnieju tyle, na ile byo to moliwe. Brakowao mu jednak rodkw bd pretekstu do nadania sprawie biegu. Ja stanowiam jego szans. Wpycha mnie w Pnocne Rozgrywki jak patyk pomidzy szprychy. Posiadaam odpowiednie umiejtnoci, ale w razie czego mona mnie bez alu spisa na straty. Wszelkie problemy dao si usprawiedliwi moim statusem wsppracownika, nie czonka Zakonu. Nie naleaam do grona rycerzy. Nie miaam odpowiedniego szkolenia. Zakon wyparby si jakiejkolwiek wiedzy na temat moich dziaa, zarzuci mi niekompetencj i wykopa na bruk. Do gabinetu wesza Andrea, zamykajc za sob drzwi. - Dzwoni Rafael. Wanie dowiedzia si o nowym rozporzdzeniu. Jeli jakikolwiek czonek Gromady sprbuje ci skrzywdzi, czeka go duga i nieprzyjemna rozmowa z Curranem. Zasalutowaam teatralnie. - Hura. Nie zdawaam sobie sprawy, e jestem tak nieporadna, i potrzebuj ochrony Jego Wysokoci. 6 8 | I L O N A A N D R E W S - Zostaa zaatakowana? - Uhm. Ale miaam dobry nastrj, wic nikogo nie zabiam.R O Z D Z I A P I T N A S T Y | 1 8 5 Andrea przysiada na krzele. - Co si dzieje? Wstaam i aktywowaam zaklcia ochronne. Na pododze rozjarzy si skomplikowany, pomaraczowy wzr. T tarcz stosowa mj opiekun, do ktrego nalea gabinet. Ludzie zwierzali si rycerzom-wr- bitom ze swoich tajemnic, sekretw w rodzaju tych, ktre wyjawia si w konfesjonale lub u terapeuty. Zaklcia Grega tworzyy barier dla dwiku, widoku i magii. Nawet telepatia Maxine nie bya w stanie si przez ni przebi. Potrzebowaam miesica, eby odtworzy glify na pododze i pozna ich dziaanie. Otworzyam szuflad i wyjam z niej akta, ktre pooyam przed sob. - Twj ruch. Andrea podniosa rk. - Nie ujawni adnych przekazanych mi informacji, chyba e za pozwoleniem osoby, ktra ich udziela. Nie wykorzystam uzyskanej tu wiedzy dla osobistych korzyci ani pod przymusem, ani te dla ratowania siebie lub osb trzecich. Przysigam na honor rycerza Zakonu.To nie bya zwyka formuka. Wicej ludzi wydalono z Akademii z powodu zamania przysigi ni podczas innych testw woli. Zmuszana biciem, podtapianiem, biczowaniem, przykadaniem rozarzonego elaza wikszo ludzi powie wszystko, byle tylko unikn dalszych tortur. Na plecach miaam jasn prg, lad po pocaunku gorcego elaza. Dowodzi, e 7 0 | I L O N A A N D R E W S si nie zamaam. Andrea nosia podobn blizn. Do koca swych dni bdziemy pamita sekrety, ktrych musiaymy chroni podczas prby przysigi i nigdy ich nie zdradzimy. Nawet przypadkiem. Podaam jej teczk. Przeczytaa zawarto, po czym spojrzaa na mnie. Opisaam w raporcie wszystko, cznie z wizyt Currana. Andrea zamrugaa zaskoczona. - Cholera. Kurde, jasna. - Moe by sama cholera jasna. - Szef ochrony Gromady zosta pojedynkiem, Derek umiera, a ty jeste towarzyszk Wadcy Bestii. -Jim nie jest pojedynkiem, po prostu chwilowo nie stosuje si do rozkazw. - Czyli jest pojedynkiem! No dobra, w tej kwestii kci si nie zamierzaam. - I jeszcze jedno, nie jestem adn towarzyszk Currana. - Z jakiej ty si urwaa choinki, dziewczyno. - Andrea pokrcia gow. - Zakrada si do twojego mieszkania, eby ci otuli koderk. To objaw opiekuczoci. On uwaa, e jestecie par. - Niech sobie uwaa, co mu si ywnie podoba. Uwaanie to nie rzeczywisto. Oczy Andrei zrobiy si jak spodki. - Wanie zdaam sobie spraw... On traktuje ci jak zmiennoksztatn alf. To nie do koca 7 1 | I L O N A A N D R E W S tradycyjne ludzkie zaloty. Prosi ci ju, eby zrobia mu kolacj? Kolacja jest bardzo wana.- Nie, nie prosi. - Prdzej pieko zamarznie ni ugotuj co Curranowi. - Suchaj, nie jestem zmie- noksztatn, a on spotyka si ju wczeniej z ludzkimi kobietami. - To nie ma znaczenia. - Andrea zabbnia palcami na blacie. - Takie bezporednie podejcie jest rodzajem wyzwania. W ten sposb samiec alfa zaleca si do samicy alfa. Chodzi o rywalizacj, polowanie i prb si. Cao nie jest szczeglnie romantyczna. Wiem, e to pokrcone, ale to zawoalowany komplement. - Moe sobie wsadzi ten komplement tam, gdzie soce nie dochodzi. - Mog ci zacytowa? - Nie ma sprawy. Zbyt ciko pracowaam na to, co mam, eby skoczy jako jego przelotna miostka. Wrzucajc teczk do szuflady, natrafiam palcami na star ksik w mikkich okadkach. Narzeczona dla ksicia". Tej nocy w Savannah, kiedy nieomal mnie pocaowa, czyta wanie t ksik. A kiedy kazaam mu odej, powiedzia: Jak sobie yczysz". Andrea spochmurniaa. -1 co teraz? Zamierzasz znikn na jaki czas? Przytaknam. - Musz si temu wszystkiemu przyjrze z bliska, a nie mog tego zrobi z Curranem na karku. R O Z D Z I A P I T N A S T Y | 1 8 8 - Potrzebujesz pomocy? - Owszem. Oddaam prbki srebra do analizy. To pewnie potrwa z dzie lub dwa. Gdyby moga odebra wyniki... -Jasne. - Andrea machna rk. - Miaam na myli raczej pomoc wymagajc uycia broni. j I L O N A A N D R E W S - Ach. Na razie nie. Ale zgosz si do ciebie, jak znajd jaki eb, ktremu brakuje kulki. - Koniecznie. I postaraj si nie zgin. - Da si zrobi. Popatrzyymy po sobie. - No? Jak byo? - zapytaa. - Z Curranem? - Nie pozwol mu wicej na adne caowanie, bo inaczej skoczymy w ku. Andrea znowu zamrugaa. - C - rzeka w kocu. - Przynajmniej wiesz, czego si trzyma. Po telefonie do Jima wyszam z biura. Pokrciam si troch w przedpoudniowym tumie, ale nikt mnie nie ledzi. Wreszcie przystanam przy budzie z kurczakami. Glenda powitaa mnie umiechem. Pulchna kobieta o miodowych wosach miaa kiedy problem z widmowymi wami. Trwao to tydzie, ale udao mi si zlokalizowa na jej poddaszu przyczyn kopo-tw i j wyeliminowa. Od tej pory do swoich skrzydeek zawsze dostaj umiech gratis. Podaam jej dziesitaka. - Chcesz pi sztuk? - zapytaa Glenda. - Nie. Chc zadzwoni. - Tak rozmow najlepiej przeprowadzi poza biurem. Glenda pooya aparat na ladzie, sprawdzia sygna i wzia dziesi dolarw.R O Z D Z I A P I T N A S T Y | 1 8 9 Wybraam numer Twierdzy, przedstawiam si bezcielesnemu kobiecemu gosowi po drugiej stronie i poprosiam o poczenie z Wadc Bestii. Odezwa si niemal natychmiast. - Zamierzam ukry si razem z Jimem. Cisza, ktra zapada po moim owiadczeniu, brzmiaa zdecydowanie zowrogo. Moe myla, e jego superpocaunkowe moce mnie zmieniy? Marzenia. Musiaam trzyma go z daleka od sprawy Dere- ka. Nie potrzebowa dodatkowego obcienia. - Mylaam o tym, co zdarzyo si dzisiaj rano. - Staraam si mwi spokojnie i do rzeczy. - Kazaam zmieni zamki. Jeli jeszcze raz przyapi ci w moim mieszkaniu, zo oficjaln skarg. Przyjam od ciebie jedzenie, pod przymusem, ale przyjam. Uratowae mnie raz albo dwa i nawet widziae prawie nag. Zdaj sobie spraw, e oceniasz to wszystko wedug norm zmiennoksztatnych i oczekujesz, e poo si przed tob z rozoonymi nogami. - Niekoniecznie. - Jego gos by tak spokojny jak mj. - Moe by na czworakach. Albo przy cianie, jeli wolisz. Tudzie na stole kuchennym. Moesz by nawet na grze, jeli bdzie warto. Nie zazgrzytaam zbami - mgby usysze. Uczepiam si spokoju i rzeczowoci. - Nie rozumiesz. Mwi: nie. -Nie? - adnego seksu, w adnej pozycji, adnych nas. R O Z D Z I A P I T N A S T Y | 1 9 0 - Chciaem ci pocaowa, wtedy, w twoim domu, w Savannah. Co, u diaba, z tym moim sercem, terminuje na mistrza kowalskiego?7 3 | I L O N A A N D R E W S -I? - Baa si. Nie takiej reakcji pragnem. Spokj i rzeczowo. - Pochlebiasz sobie. Nie jeste a tak straszny. - Dzisiaj rano, gdy ci pocaowaem, znw si wystraszya. Zaraz po tym, kiedy prawie odleciaa z rozkoszy. Odleciaa?! - Boisz si, e co moe by midzy nami. Rany. Z trudem to przeknam. - Za kadym razem kiedy myl, e osigne szczyt arogancji, ty pokazujesz mi nowe moliwoci. Twj egoizm jest jak wszechwiat, cigle si rozrasta. - Miaa ochot zawlec mnie do ka. - Miaam ochot wsadzi ci sztylet pod ebro i uciec z wrzaskiem. Wamae si do mnie i zacze oblinia! Jeste chory! I nie wyjedaj mi tu z wyczuwaniem mojego podania, bo to brednie! - Nie potrzebuj uywa do tego nosa. Wystarczyo spojrze na to rozmarzenie w oczach. I poczu twj jzyk w ustach. - Ciesz si tym wspomnieniem - warknam. - Bo nie bdziesz mia okazji go odwiey. - Id gra w te swoje gierki z Jimem. W razie potrzeby was znajd. Arogancki dupek. - Wiesz co? Jeli znajdziesz nas przed upywem trzech dni, osobicie ugotuj ci kolacj i podam na tacy, nago. 7 4 | I L O N A A N D R E W S - Przyrzekasz?R O Z D Z I A S I E D E M N A S T Y - Tak! Pieprz si! Rzuciam suchawk. Tak, idealny przykad spokoju i rozsdku. Stojcy za lad starszy mczyzna patrzy, jakby wyrosy mi rogi. Glenda oddaa mi pienidze. - To dopiero rozmowa. Warta tych dziesiciu dolcw. Odwrciam si w chwili, kiedy pod bud podjedaa Brenna, prowadzc luzaka.Rozdzia szesnasty oszam do Dereka. Siedziaam przy nim p go-dziny, pki nie wszed Doolitte i nie zobaczy mojej miny. Zaproszona na przymusow herbatk grzecznie podreptaam do kuchni. Owion mnie zapach jedzenia. Gsty, P R O Z D Z I A S I E D E M N A S T Y smakowity aromat dobrze przyprawionego misa i wieego ciasta. Wiedziona zapachem zakotwiczyam przy stole w momencie, kiedy Jim wyciga na desk zotobrzow piecze. Odcina perfekcyjnej gruboci plastry poldwicy o idealnym, rowawym rodku. Byam bliska omdlenia. - Befsztyk Wellington? Jim zmarszczy brwi. - To, e ty nigdy nie masz nic porzdnego w lodwce, nie... - Ty, Derek i Julie bardzo dbacie o woln przestrze w mojej lodwce. Brenna wycigna misk z saatk. - Nakrycia s w szafce - powiedzia Jim. Wyjam talerze, sztuce i rozoyam je na stole. Doolittle postawi przede mn szklank mroonej herbaty. Sprbowaam. Bya tak sodka, e yka by w niej staa. Jim pooy mi na talerzu plaster pieczeni. Mj Wellington wyglda dobrze, ten by absolutnie doskonay. Brenna usiada obok. - Przepraszam za to udo. Chwil mi zajo skojarzenie rany na nodze z siedzc przy stole cich kobiet. - Och, to nic. Mam nadziej, e wybaczysz mi t ig. Rana na gardle zblada, ale szara linia nie znikna. - Nie ma sprawy. To nie pierwsze moje spotkanie ze srebrem. - Gdzie reszta? - zapytaam. Nie doczekaam si odpowiedzi. Pleciugi z tych zmiennoksztatnych. Odkroiam ks pieczeni i woyam do ust. Ambrozja. Jim kroi swoje miso z precyzj chirurga. - Curran dzwoni. Trjka zmiennoksztatnych wstrzymaa oddechy. - Chciaam o tym powiedzie, zanim zaczniecie je, eby unikn przypadkw zadawienia. - Co mwi? - Masz trzy dni, eby si do niego zgosi. - Udaam gos Currana. - Inaczej sam ci znajdzie. A tego nie chce.1 9 4 | I L O N A A N D R E W S - Co jeszcze? - Gwnie przeklina. Powiedziaam, e jestemy w trakcie gorcego seksu i e przeszkadza. Brenna pucia herbat nosem. Jimowi chwil zajo bezpieczne przeknicie ksa. - Niepotrzebnie to powiedziaa. -1 tak nie uwierzy. - Nie kontynuowaam tematu. Informacja o porannych wiczeniach i obietnicy podawania nago osobicie ugotowanej kolacji przyprawiaby Jima o apopleksj. - Nie znajdzie nas tu, prawda? - Nie lekcewa naszego wadcy - rzek Doolittle. - Trudno powiedzie - popar go Jim. - Curran jest uparty. W kocu nas znajdzie, ale troch to potrwa. Miaam nadziej, e si nie myli. Inaczej oboje mielibymy si z czego tumaczy. Czekalimy na Saimana na parkingu przed Aren. Czarny paszcz Jima falowa w rytm krokw, odsaniajc czarn skrzan kamizelk, czarne spodnie i buty z metalowymi czubami. Naturalnie take czarne. Uminiona sylwetka sprawiaa wraenie wrcz nierealnej, przypomina mistrza walk w szczytowej formie. Potne, piknie zarysowane minie, zwinne ruchy, postawa draba. I grony mars na obliczu. Wyglda, jakby mia ochot kogo spra. - Przydayby ci si ciemne okulary - powiedziaam. - Inaczej kto wemie ci za japiszona.R O Z D Z I A S I E D E M N A S T Y - Niech tylko sprbuje. Samochd Saimana wlizgn si na parking. Sai- man wysiad w wytwornej, eleganckiej postaci Thomasa Duranda, wyj z baganika oby przedmiot owinity ptnem i okrcony sznurkiem. Zarzuci go sobie na rami, co nie byo atwe, biorc pod uwag, e pakunek mia ponad metr dugoci i z p szerokoci. Skierowalimy si ku wejciu. Saiman dogoni nas i przekaza brzemi Jimowi. Jim podnis przedmiot bez wysiku. Oczywicie mg by lekki, ale sdzc po tym, jak nis go Saiman, musia swoje way. - Wasze wejciwki. - Saiman poda mi te kartoniki i zwolni, puszczajc nas przodem. Stranicy rzucili okiem na bilety i przekazali Rene. Natychmiast mnie rozpoznaa. Obrzuciwszy Jima taksujcym spojrzeniem, zwrcia si w moj stron. - Gratulacje, kochaniutka. Zmienia waciciela? Dobrze ci traktuje? - Istny z niego misiaczek. Misiaczek wyglda jak naogowy morderca na godzie. Rene wyszczerzya si do mnie. - Wanie widz. Pierwsze drzwi na prawo. Zarejestrujcie si. - Rene zerkna w kierunku drzwi, gdzie Saiman robi swoje wielkie wejcie. - Pospieszcie si. Twj eks wanie idzie. Nie mam czasu na kolejny atak histerii. Najniszy poziom skada si gwnie z dugiego korytarza tworzcego piercie. Czerwonogwardzi- ci roili si tam niczym muchy na koskim truchle. Wielkie, zabjcze muszyska uzbrojone w acuchy, sieci i paralizatory. adna bjka nie miaa tu szans nawet zaiskrzy. Wewntrz piercienia, dokadnie pod Kotem, znajdowaa si sala treningowa. W cianie korytarza cign si rzd wej do kwater gladiatorw, pomieszcze, gdzie walczcy oczekiwali na swoje starcia. I L O N A A N D R E W S Jim opar si o futryn naszej kwatery, stojc w progu niczym stranik piekie. Przechodzcy gwardzista obszed go szerokim ukiem. Usiadam na awce. Wczeniej zwiedziam wszystkie pomieszczenia. To, w ktrym si znajdowalimy, byo dugie i wskie jak szyjka butelki. Nie posiadao drzwi wejciowych. Dwch gwardzistw wystarczyoby, eby w razie kopotw zatrzyma tu tuzin lub nawet wicej ludzi. Po lewej niewielkie drzwi prowadziy do szatni mieszczcej trzy prysznice oraz awk. Std te wchodzio si do toalety, trzech muszli oddzielonych przepierzeniami. Po drugiej stronie znajdowao si wejcie do sypialni z omioma pitrowymi pryczami. W aktach Zakonu znalazam informacj, e podczas mistrzostw druyny mieszkay tu przez trzy dni. Ponad nami rycza tum, podniecony czyj mierci.Opady mnie wyrzuty sumienia. Zepchnite w gb wiadomoci poczucie winy czyhao tylko na odpowiedni moment, eby wypyn. Powinnam ochroni Dereka. Na placu samotnie stawia czoa napastnikom. Wiedzia, co go czeka i e pomoc nie nadejdzie. Ostatnim jego wspomnieniem byo rozlewajce si po twarzy pynne srebro. Ze cinitym z alu sercem szukaam w gowie jakichkolwiek sw, liczc, e rozmowa rozproszy przykre myli. - Mojemu ojcu by si tu spodobao. Ze wszystkich aren, na jakich z nim byam, ta jest najlepiej wyposaona i chroniona. Jim nie przestawa wpatrywa si w korytarz i ledzi wzrokiem gwardzistw. - Co za ojciec zabiera dziecko w takie miejsca? - Taki, ktry chce, by crka przywyka do widoku mierci. Mona powiedzie, e wszystko poszo zgodnie z jego planem. - Ta. Paplania te ci nauczy? - Nie. To twoja zasuga. Zapado milczenie. Przerwa je Jim. R O Z D Z I A P I T N A S T Y | 1 9 8 - Mj ojciec nienawidzi zabijania. Nie potrafi zabi nawet wtedy, kiedy powinien. - Nie kady wyrasta na potwora. Kolejne wiwaty. Wrzask ucich po chwili do poziomu zwykego gwaru. Wycignam noe do rzucania i zaczam je czyci. - By czowiekiem - odezwa si znowu Jim. - Gromada go nie przemienia? - Zwykle partnerzy zmiennoksztatnych sami staj si zmienno- ksztatnymi.I L O N A A N D R E W S -Nie. A wic Jim by mieszacem. Nie domyliabym si, szczeglnie patrzc, z jak nieufnoci traktowa obcych. -Jak sobie radzi w klanie? Jim ledwie dostrzegalnie wzruszy ramionami. -Jestemy kotami. Pilnujemy wasnego nosa. Za-akceptowali go, bo by lekarzem. W Gromadzie nie ma ich wielu. Przyjani si z Doolittle'em. Razem studiowali. Przypomniaam sobie sowa Saimana. Mwi, e Jim zamordowa wspwinia i zabjc ojca. - Jak znalaz si w wizieniu? - Dziecko rysiw zmienio si w loupa. Maa dziewczynka, dziesicioletnia. Alfy wtedy nie byo na miejscu, wic przyprowadzili j ojcu do upienia. Humanitarna mier i tak dalej. Kiedy zmiennoksztatny staje si loupem, nie ma ju odwrotu. - Nie potrafi tego zrobi - cign Jim. - Da dziewczynce zastrzyk, eby usna. Rodzinie powiedzia, e chce zatrzyma ciao, aby poszuka przyczyn loupizmu. Uwierzyli mu. Ukry j w piwnicy, w klatce. Pobra prbki tkanek i chcia znale lekarstwo. Uwolnia si. Zabia dwoje ludzi, zanim j zapali. W tym ciarn kobiet. By proces. Dosta dwadziecia pi lat. Jim nadal na mnie nie patrzy.- Drugiego dnia odsiadki kole z celi, David Stiles, dgn go w nerk. Pniej odnalazem tego faceta, zapytaem, czemu to zrobi. Dopilnowaem, eby nie kama. Wiesz, co mi powiedzia? - Jim odwrci si do mnie. - Bo tak. Bez powodu. Nie miaam pojcia, co powiedzie. - Ojciec pomaga ludziom. Potraktowa to zloupione dziecko jakby byo normalne. Ja potraktowaem normalne dziecko jak loupa, a sze lat pniej pozwoliem pozbawi go twarzy. Doolittle mwi, e Derek umiera. Niewiele mu zostao czasu. Gdyby mj ojciec y, splunby mi w twarz. R O Z D Z I A D Z I E W I T N A S T Y 8 2 To bya stara rana, ktr rozdrapa i pozwoli mi zobaczy. Nie potrafiam da Jimowi ukojenia, ale mogam pokaza mu wasn blizn. - Gdyby mj ojciec wiedzia, e na wasne yczenie i dla dobra drugiej osoby robi to, co robi, uznaby to za swoj porak. - Dlaczego? - Bo odkd nauczyam si chodzi, powtarza mi, e musz polega tylko na sobie. e nie wolno mi si angaowa ani przywizywa do drugiego czowieka, nawet do niego. Wysya mnie do lasu na par dni z samym tylko noem. Kiedy miaam dwanacie lat, zostawi w Labiryncie. Miesic wczyam si ze Zo- miarzami. Kilkakrotnie zostaam pobita, dwa razy nieomal zgwacona. - Zoyam palce w symbol gangu Zomiarzy. - Nadal pamitam, jak to si robi. Jim tylko patrzy. - Przyjaciele s niebezpieczni - powiedziaam. - Czujesz si za nich odpowiedzialny. Starasz si chroni. Chcesz im pomc, ale za bardzo ci zaley i w nastpnej chwili rozpaczasz, e nie dae rady. Przez przyjaci czujesz si bezradny. Dlatego ojciec chcia zrobi ze mnie socjopatk. Socjopata nie posiada zdolnoci empatii. Skupia si tylko i wycznie na swoich celach. - Nie bardzo mu si udao - rzek Jim cicho. - Nie. Jego plan mia saby punkt. Zaleao mu na mnie. Pyta, co chc zje na obiad. Wiedzia, e lubi zielony kolor, i jeli mia wybra pomidzy niebieskim i zielonym swetrem, kupowa mi zielony, nawet jeli kosztowa wicej. Lubi pywa, dlatego podczas kadej podry wyznacza tras tak, eby przechodzia w pobliu rzek lub jezior. Widziaam te, jak sam troszczy si o innych. Przy caej jego udawanej obojtnoci istnieje miasteczko w Oklahomie, ktre go czci, i wioska w Gwatemali, gdzie postawili ojcu drewniany pomnik przy wejciu do osady, eby chroni ich przed zymi duchami. Pomaga ludziom, jeli uznawa, e tak trzeba. - Potrzsnam gow. - Wiem dokadnie, jaki obraz mnie j I L O N A A N D R E W S stworzy sobie ojciec, i nigdy taka nie bd. Wcale nie chc. Mam swoje zasady. Trzymam si ich. I tak jest wystarczajco ciko. Jeli to oznacza, e ojciec miaby mi splun w twarz, trudno. Miny dwie godziny, zanim w kwaterze pojawi si Saiman. Wkroczy energicznie, z zarumienion twarz. - Pluskwa? Jim poda mu may, kolorowy krek wielkoci dwudziestopiciocentwki. - To nadajnik - powiedzia. - Im gbiej umiecisz go w trupie, tym lepiej. Wepchnij do garda. Wane, eby go nie znaleli. Saiman wzi nadajnik i znikn za drzwiami, zabierajc po drodze pakunek. Mijay minuty. W szatni rozleg si huk. - Mylisz, e da rad? - zapyta Jim. - Nie, ale nie mamy wyboru. Siedzielimy w milczeniu. Ponad nami w Kotle co zawyo, wprawiajc sufit w guchy rezonans. - Zimno - stwierdzi Jim. Ja te to poczuam. Suchy, przenikliwy chd majcy rdo w pomieszczeniu, gdzie przebywa Saiman. - Pjd sprawdzi, co z nim - rzekam, wstajc. Zapukaam. Zlodowaciae drewno oparzyo mi palce. - Saiman? adnej odpowiedzi. Pchnam skrzydo, ktre otworzyo si zapraszajco. Szatnia w ksztacie litery L pozwalaa zobaczy tylko kawaek wntrza i owietlon bkitnym blaskiem magicznej latarni kabin prysznicow z odsunit zasonk. Z metalowego ramienia deszczowni zwisa sopel. - Halo, jest tu kto? R O Z D Z I A D Z I E W I T N A S T Y 8 4 Pod moimi podeszwami chrzcia warstewka lodu. Podeszam do zaomu, ostronie stawiajc stopy na oszronionej powierzchni. Polizgnam si, zatrzymujc na cianie, i wtedy go ujrzaam. Siedzia zgarbiony na awce. Ogromne plecy wygite w uk podkrelajcy potne minie pod skr tak bia, jakby nie dopywaa do niej krew. Spltane wosy opaday na ramiona niebiesko-zielon grzyw, spod ktrej wzdu krgosupa ciemnia pas sierci, gincy w zgrzebnych spodniach z wilczej skry. Nawet na siedzco by wikszy ode mnie, zbyt wielki, jak na czowieka. - Saiman? Stwr przekrci gow, zwracajc na mnie przenikliwe, jasnoniebieskie oczy, zadumane, lecz pene mocy. Przypominay dwa kawaki lodu skrzce si ogniem diamentu. Mia oblicze wojownika wyrzebione rk mistrza, przeraajce, emanujce si, arogancj, z domieszk okruciestwa. Gboko osadzone oczy ocieniay dodatkowo grube krechy bkitnych brwi. Wydatne koci policzkowe, szerokie nozdrza i szczka tak potna, e z atwoci pewnie miadya koci. Znikn filozof, wykwintny erudyta, perorujcy na temat znaczenia luksusu. awka uginaa si pod ciarem prymitywnej, zimnej i prastarej niczym ld istoty. Miaam ochot skry si przed tym wzrokiem, podeszam jednak do awki i usiadam. Nawet nie drgn. Musiaam przy nim wyglda jak niemowl. - To twoja forma pierwotna? - odezwaam si cicho. - Taki si urodziem. - Niskie, gbokie brzmienie gosu przypominao guchy ryk. - A ten zoty tancerz z dachu?- Taki mogem by. Taki powinienem by. Pynie we mnie wystarczajco duo jego krwi, by z atwoci przybra ten ksztat, ale nie oszukuj si. To prawdziwy ja. Nie wypr si swojego pochodzenia. W tej kwestii zgadzalimy si cakowicie. 8 5 | I L O N A A N D R E W S Na grze co upno. Wybuch wrzask widowni. Saiman zadar monstrualny eb. - Boj si. Ironia, nieprawda? C za absurd. Unis potne rami, poronite srebrnobkit- nymi wosami. Jego palce dray. - To normalne - powiedziaam. - Tylko szalecy nie czuj strachu przed walk. Brak im wiadomoci, czym jest umieranie. - Czy ty si boisz, Kate? - Zawsze. - Dlaczego wic to robisz? Westchnam. - Strach to bl. Rani. Pogram si w nim, wykorzystuj jak osek do ostrzenia miecza. Staj si dziki niemu lepsza, bardziej skoncentrowana. Ale nie mog ba si zbyt dugo, bo lk wysysa ze mnie siy. -Jak go pokonujesz? - Zabijam. Bkitne oczy nabray dziwnego wyrazu. Pojawio si w nich przeraenie zmieszane z zaskoczeniem. - To wszystko? adnych szlachetnych pobudek? - Nie zawsze istniej szlachetne pobudki. Zwykle jest po prostu jaki powd. Konieczno ocalenia kogo lub czego. Przyjaciela, kochanka, niewinnego, ktry nie zasuy na cierpienie. Czasem to cakiem egoistyczny powd. Wasne bezpieczestwo, dobre imi, zdrowe zmysy. Innym razem to praca. Ale decyzja o podjciu walki a sama walka to dwie rne sprawy. -Jak moesz y w ten sposb? To musi by straszne. Wzruszyam ramionami. - Podobnie jak ty nie mam zudze. Zostaam poczta, urodzona i wychowana w jednym celu: aby sta si perfekcyjnym zabjc. I to wanie robi. - eby na koniec zabi Rolanda, najpotniejszego czowieka na ziemi. -Ju czas - odezwa si Jim zza drzwi. R O Z D Z I A S I E D E M N A S T Y Saiman westchn ciko, wstajc. Gow siga sufitu. Grubo ponad dwa i p metra. Niele. - Wolisz Asa? Sowa te uderzyy mnie jak grom. Kawaki informacji uoyy si w cao. Saiman, zoty w czasie rozbysku, taczcy na dachu, witujcy czas bogw", atwo przemian, narcyzm, wybujae ego i teraz ogromny potwr, gigant. Zagapiam si na niego oszoomiona. Nie powinien w ogle istnie. - Tamt form, Kate? Podoba ci si? - Tak - rzekam, zmuszajc si do zachowania spokoju. - Wic jak? Jeste bogiem czy twj przodek popeni jaki mezalians z czowiekiem? Po raz pierwszy si umiechn, odsaniajc z- biska, ktrych nie powstydziby si niedwied polarny. - W wierci. To wystarczy. Reszta to ld i czowiek. Schyli si, podnoszc pakunek. Ptno odwino si, ukazujc ponadmetrowej dugoci maczug nabit metalowymi kolcami gruboci mojego palca. Garbic si, przeszed przez drzwi. W tym momencie usyszaam jk zaskoczenia, ktry wyrwa si z ust Jima. Saiman nie zatrzyma si, wychodzc na korytarz krokami dwukrotnie duszymi od moich. Jim sta pod cian z obnaonymi zbami. - Chod. - Zabraam Zabjc i podyam za Saimanem. Przechodzilimy szpalerem wcinitych w ciany czerwonogwardzistw. - Czym on, do diaba, jest? - sykn Jim, doganiajc mnie. - Wikingowie - wydyszaam, puszczajc si biegiem. - Co: wikingowie? - Asowie, bogowie nordyccy. - Nic mi to nie mwi. Przed nami majaczyy Zote Wrota. W jasnym prostokcie widziaam Kocio i morze widzw. Saiman przystan w cieniu z maczug na ramieniu. 8 7 | I L O N A A N D R E W S - Powiedzia, e jest w jednej czwartej Asem, co oznacza prawdopodobnie, e babk bya bogini wikingw. Ale tylko jedno nordyckie bstwo miao umiejtno zmiany formy i nie byo Asem. To Loki, oszust, kamca, gigant, ktry sta si bogiem. Saiman jest wnukiem dwch bstw nordyckich. Saiman przerzuci maczug do rki z atwoci dziecka wymachujcego plastikow pak baseballow i przestpi wrota, wkraczajc w krg wiata.2 0 6 | I L O N A A N D R E W S Tum zamar. Cisza si przecigaa, oniemiali ludzie potrzebowali czasu, eby pogodzi si z widokiem ponaddwuipmetrowego humanoida. Saiman nie czeka. Z maczug w rku wszed do Kota.Rozdzia siedemnasty ozpruwacz czeka na drugim kocu piasz-czystej achy. Nieludzko wielki, nadmiernie uminiony, mia sylwetk mistrza sztangi wagi cikiej. Budow przypomina karykaturalnie atletyczn figurk z komiksw. Stajc z nim do walki, musiaabym uderza w stawy, a gdyby si napi, miecz mgby nie przeci takiej masy mini. Rozpruwacz nie mia na sobie nic poza butami. Cae jego ciao pokryway skomplikowane linie wzorw. Uzbrojony by w dwa ogromne topory, ostre jak brzytwa i w zaoeniu dwurczne. Saiman wszed na piasek wolnym, pewnym krokiem. Przerasta przeciwnika bez maa o R gow, co tamtemu dawao jakie dwa trzydzieci metra wzrostu. Mimo tej rnicy wayli na oko tyle samo. Tors Saimana znaczyy linie eber, tamten nie daby rady podnie monety z ziemi, nie klkajc. Czerwonogwardzista zatrzasn bramk ogrodzenia i umkn pod cian. j I L O N A A N D R E W S Wraz z zamkniciem furty determinacja Saimana wyparowaa. Zaczy dre mu ramiona. Obj si, chcc je opanowa. Wyczuwaam jego przeraenie z daleka. Rozpruwacz take to dostrzeg i wyszczerzy si, odsaniajc zby. Byy spiowane w szpic jak u rekina. Zapach krwi i rozgrzanego piachu wypeni mi nozdrza. Zmruyam oczy, ruszajc w stron Kota... I odbiam si od szerokiej piersi stranika. - Stj. Jeli przekroczysz Wrota, twj zawodnik przegra walkowerem. To nie bya moja walka. Oparam si o zoty uk. Jim stan obok. Teraz wszystko leao w rkach Saimana. Rozpruwacz podrzuci jeden z toporw; ostrze zamigotao w bkitnym blasku magicznych latarni. Pochwyci bro z niewiarygodn szybkoci. Tum rykn zachwycony. Przez sal przetoczy si dwik gongu. Kiedy zamar, Saiman zerkn na nas. - No, chod - wychrypia Rozpruwacz z akcentem, ktrego nie rozpoznaam. Potrzsn toporem. - Dalej! Zaraz skrc ci o gow. Saiman zawaha si. - Chod! Saiman odwrci si do mnie. Oczy pony mu lkiem. Poaowaam, e zgodzilimy si na ten durny pomys. Nie by wojownikiem. Same gabaryty nie wystarcz. Jeli nie posiada odwagi, by zabi w obronie swego ycia, by tylko wielkim trupem. - Dalej - szepnam. Pierwszy krok jest zawsze najtrudniejszy. Kiedy tylko przeamie strach i zada pierwszy cios, pjdzie atwo. Ale musia si ruszy. Rozpruwacz wznis ramiona, jakby pyta widowni o wyjanienie. Rozlegy si gwizdy i okrzyki, pocztkowo R O Z D Z I A S I E D E M N A S T Y pojedyncze, szybko ogarny sal, zmieniajc si w haaliw burz. Rozpruwacz podnis topr. Ryk ucich. - Posiekam ci - oznajmi. Natar, wymachujc ostrzem. Saiman cofn si o krok. Rozpruwacz wykrzywi usta pogardliwie, nie zwalniajc. Twarz znieksztaci mu paskudny grymas. Zaatakowa. Saiman uchyli si, ale ostrze lewego topora drasno mu udo. Lodowobia skr zabarwia krew. Na potwornym obliczu Saimana odmalowao si oszoomienie. Przeciwnik zatrzyma si, pawic w wiwatach. Saiman spoglda na sczc si krew. Jego usta zadray, brwi cigny si, a w oczach pojawiy nie-bezpieczne ogniki. Bl. Zdaam sobie spraw, e to wanie bl by bodcem, ktry dziaa na Saimana. Saiman ba si blu, a teraz, kiedy go dowiadczy, zrobi wszystko, aby si to nie powtrzyo.Ze straszliwym rykiem zamachn si maczug. Rozpruwacz odskoczy, paka uderzya w ziemi, wzbijajc fontanny piasku. Nie zatrzymujc si, Saiman poderwa bro i ruszy do ataku. Rozpruwacz zrobi unik, o wos unikajc rozerwania twarzy kolcami. Uchyla si to w prawo, to w lewo, ale Saiman wywija maczug, jakby nic nie waya. Topor- nik zacz ucieka. Byszczce oczy Saimana wypenia pustka. Ryczc wciekle, goni przeciwnika po caym Kotle. Ogarna go lepa furia, nie pozostawiajc miejsca na myli. Nie miaam pewnoci, czy w ogle wie, gdzie si znajduje i co robi, ale na sto procent wiedzia jedno: e musi zabi Rozpruwacza. - Zamro go - mrukn Jim. - Zamro. Nasze spojrzenia spotkay si. Jim pokrci gow. Jak wojownicy z poda nordyckich, Saiman by pod wpywem berserka. Nie pamita nawet, e posiada magi. Rozpruwacz zatrzyma si, odchyli, unikajc ciosu, a potem sam zamachn toporem na rkoje maczugi, chcc j I L O N A A N D R E W S zbi Saimana z ng. Dobrze pomylane. Zamach Saimana wzmocniony uderzeniem powinien przeway go w przd, odkrywajc rami i bok. Topr zderzy si z pak. Ld przeskoczy na ostrze, wpez przez drzewce i zmrozi pi topor- nika. Rozpruwacz wrzasn. Zada rozpaczliwy cios w okie Saimana, ale ten puci bro, ciskajc przeciwnika na ogrodzenie. Rozpruwacz uderzy o siatk tu przy nas. Nie zdy si nawet odbi. Saiman przyskoczy do niego z twarz wykrzywion obdem, splt donie w jedn wielk pi i grzmotn w czaszk Rozpruwacza jak motem. Rozpruwacz uchyli si w ostatniej chwili i cios opad na jego bark. Trzasny koci. Topornik rykn z blu. Saiman chwyci go za ramiona, potrzsn jak lalk i uderzy czoem w twarz. Trysna krew, zamazujc rysy Saimana. Byskawicznie przypar oszoomionego przeciwnika do siatki, zasypujc gradem potnych razw. Ogrodzenie zaskrzypiao, wyginajc si lekko. Kady cios wbija plecy Rozpruwacza w siatk, zostawiajc w skrze romboidalne wgbienia. Gowa zwisaa bezwadnie, podskakujc w rytm uderze. Saiman nie przestawa tuc piciami, warczc, niewiadomy krwawej masy tkanki i koci, pokrywajcej mu donie. Drut wrzyna si w ciao Rozpruwacza coraz gbiej. - Przetrze kolesia przez to ogrodzenie jak przez sito - mrukn Jim. Tum oniemia wstrznity brutalnoci ataku. W ciszy nioso si echo cikiego oddechu Saimana, wciekych chrzkni i guchych uderze. Odwrciam si do stranika. - Rozpruwacz jest martwy, zabierzcie go. Gwardzista spojrza na mnie jak na wariatk. - Zgupiaa? Nikt nie wejdzie teraz do Kota. Kady skoczyby tak, jak ten tutaj. Jednemu ze stojcych za nami stranikw wyrwa si jk: R O Z D Z I A S I E D E M N A S T Y - Chryste... Nie pozostao nam nic poza obserwowaniem, jak zatracony w amoku Saiman wyadowuje swoje przeraenie i gniew na kawaku misa, ktre niegdy byo Rozpruwaczem. Kilka minut pniej magia opada gwatownie i Saiman odstpi wreszcie od swojej ofiary. To, co zsuno si na piasek, w niczym nie przypominao czowieka. Byo mokr, czerwon, mikk stert tkanek, w ktrej jedyny stay element stanowiy czarne buty. Saiman podnis maczug. Szalestwo znikno z jego oblicza. Rozejrza si, potrzsajc gow, jakby zaskoczony swoj obecnoci w tym miejscu. Wreszcie unis bro w gecie zwycistwa. Rozleg si pojedynczy, mski gos: - Brawooooooooooo! Trybuny eksplodoway burz okrzykw. Saiman obrci si uniesiony fal wiwatw i zachwia, uraajc zranion nog. By bliski zdobycia tytuu jedynego czowieka ze zdolnoci regeneracji, ktry wykrwawi si na mier. -Tdy! - wydaram si, wymachujc rkoma. - Chod tutaj! Saiman zatoczy si oszoomiony. - Tu! - wrzasn Jim, przekrzykujc tum i zapewne uszkadzajc mi bbenki. Wetknam palec do ucha i pokrciam nim. Saiman odwrci si w kocu w nasz stron. W jego oczach zapaliy si iskry wiadomoci. Poku- la ku nam, wlokc za sob maczug. Stranik uchyli bramk i odskoczy natychmiast jak oparzony. Saiman przystan przy ogrodzeniu. Na lito bosk! - Tdy! - Pomachaam do niego. - Tutaj! Utykajc, przeszed przez furt, podpierajc si j I L O N A A N D R E W S maczug, i byby upad u naszych stp, gdyby Jim go nie podtrzyma. Naraz zaroio si wok od gwardzistw. Otoczy nas czerwono-czarny, ywy mur. R O Z D Z I A D Z I E W I T N A S T Y 2 13 - Utrata krwi - jkn Saiman. - Nastpnym razem pamitaj, eby si uleczy - prychn Jim, starajc si go utrzyma. - Wygraem. - Tak, wygrae - potwierdziam. - wietnie si spisae. Saiman upuci zakrwawion maczug. Podniosam j, uginajc si pod ciarem. Waya ze trzydzieci kilogramw. Dwignam pak na rami. Ruszylimy korytarzem, posuwajc si wolno w krgu gwardzistw. - Podoye pluskw? - mrukn Jim. - Tak. Wepchnem pod ebra. Musz usi. - Trzymaj si, jestemy prawie na miejscu. - Na twarzy Jima nie byo zna wysiku, ale napite minie drgay pod skr. -Ju po wszystkim - jkn Saiman. - Tak si ciesz, e ju po wszystkim. - No dobrze, panowie. Chciaam zauway, e nie jestem panem, ale ton Rene wyranie sugerowa, eby nie przerywa. Zlustrowaa nas wzrokiem. Saiman siedzia na pododze, oparty o cian. Wypi kilka litrw wody, nim krwawienie ustao. Rana zasklepia si i teraz gigant odpoczywa z zamknitymi oczyma. Jim sta obok, postaw zniechcajc do naruszania swojej przestrzeni osobistej. Czterech gwardzistw blokowao wyjcie z kwater. Dwch kolejnych czaio si za9 7 | I L O N A A N D R E W S Rene, obserwujc nas bacznie niczym zodziei u jubilera. - Rozpruwacze to nowa druyna. To ich pierwsza strata. Druga, wliczajc faceta na parkingu. - Zrobimy to regulaminowo. Rozpruwacze zostaj. Macie godzin na oprnienie kwatery i wyjcie. To da wam spor przewag. Dobrze radz, nie zwlekajcie. Zaley nam, eby unikn nieprzyjemnych wypadkw poza Kotem. W korytarzu zrobi si ruch. - Rozpruwacze chc zoy gratulacje. - Zwariowalicie?! - oburzyam si, stajc pomidzy wejciem a Saimanem z mieczem w rku. Nie pamitaam nawet, kiedy po niego signam. - To tradycja. Ma dwudziestoletni histori i nie bdziemy robi wyjtkw - rzeka Rene. Stranicy rozstpili si, przepuszczajc Marta i Cesare'a. Rene i gwardzici wygldali jak psy, ktre wanie zwietrzyy jelenia. Mart spojrza na mnie swoim martwym wzrokiem. - Gratulujemy zwycistwa - zadudni Cesare. - licznie. Pogratulowalicie - powiedziaa Rene spokojnie. - A teraz wynocha. Mart nie spuszcza ze mnie oczu. - Wynocha, ju - powtrzya Rene z naciskiem. Odwracajc si, cisn we mnie niewielkim patykiem. Uchyliam si, ale niepotrzebnie. Jeden ze stranikw zasoni mnie ostrzem, przecinajc przedmiot w locie. Na podog spady dwie czstki mojej ozdoby do wosw. Pamitka, ktr zostawiam po sobie w ciele czekowa. Czubek rapiera Rene spoczywa na krtani Marta. -Jeszcze jedno takie zagranie, a zostaniecie zdyskwalifikowani. Mart umiechn si do mnie uroczo i radonie. Wyszczerzyam si do niego. Sprbuj. Ukoni si lekko, nie zwaajc na groce mu ostrze. Odwrci si na picie i wyszed. Rene podya za nim jak cie. R O Z D Z I A S I E D E M N A S T Y Rozdzia osiemnasty dprowadzilimy wielkoluda do apartamentu Duranda, wyjaniajc po drodze, e szacowny czonek Izby yczy sobie pozna zwycizc. Sai- man natychmiast pad na krlewskie oe. Jego ciao zadrgao, przybierajc oficjaln posta, w ktrej wystpowa w Arenie. Kiedy zasn, okryam go kocem i razem z Jimem opucilimy pokj. Wydostalimy si z budynku bez przeszkd. Do- siedlimy koni, kierujc si do centrum. Jim jecha jak mumia - sztywny, ze cignitymi opatkami, starajc si, o ile to moliwe, nie porusza adn czci ciaa. - Temu wierzchowcowi naley si medal za cierpliwo - owiadczyam i zostaam natychmiast obrzucona gradem przeklestw. Spdziam duo czasu w towarzystwie Jima, zdoaam wic wyowi spomidzy tyrady wulgaryzmw sens wypowiedzi - gdyby wiedzia o przypywie techniki, wziby samochd zamiast dwch ocha-pw misa o kocistych koczynach i skonnociach do histerii. Objechalimy centrum, zmierzajc ku poudniowym obrzeom Zauka Jednoroca. Rozpruwacze zawsze udawali si tam prost drog, na pnoc. Istniaa moliwo, e wyczuj nasz zapach, ale nie powinni nic podejrzewa, skoro jechalimy w przeciwn stron. Na miejsce dotarlimy nieco po czwartej. Mielimy jeszcze sporo czasu do witu. Przed nami, niczym ropiejca rana w strukturze miasta, cign si Zauek. Zrujnowane biurowce, pochye, wybebeszone, otoczone stertami gruzu, przypominay wraki tonce we wzburzonym morzu asfaltu. Blask ksiyca migota na tysicach odamkw pogruchotanych szyb. Z nieczynnych linii wysokiego napicia zwisay te firany mchu erujcego na metalu. Par przecznic od Zauka droga zrobia si za trudna dla koni. W przeciwiestwie do pnocnego kraca, gdzie niektre ulice wiody R O Z D Z I A D Z I E W I T N A S T Y 2 18 w gb dzikiego terytorium, tutaj przejcia blokoway rumowiska, tworzce wyspy gruzu na rzekach ciekw. Smrd wyciska mi zy z oczu. Nigdy nie odczuwaam palcej potrzeby wsadzania nosa w brudn pieluch, ale wyobraaam sobie, e efekt byby podobny. Z cienia wyoni si mczyzna. Rozpoznaam dingoaka. Wrczy Jimowi kluczyki do samochodu. - Wyprzedzili was - powiedzia ochryple. - Jakie p godziny temu. Przybyli od pnocy, jechali okoo ptora kilometra i zatrzymali si. j I L O N A A N D R E W S Jim kiwn gow, dingoak zabra konie i znikn, roztapiajc si w mroku. Podyam za Jimem do jednej z ruin. W rodku sta jeep Gromady. Mj towarzysz wsiad i tam przyklei do deski rozdzielczej niewielki ekran. Na wywietlaczu pojawia si zielona siatka z zarysem ulic Zauka. Mniej wicej porodku mapy pulsowaa kropka. - Szybcy s, skubacy - skrzywi si Jim. Rozpruwacze dotarli tu pierwsi, mimo naszej godzinnej przewagi. Fakt, jechalimy okrn drog, ale i tak poruszali si z nadludzk prdkoci. Jim zdj paszcz i poda mi niewielkie prostoktne pudeko. W rodku znajdoway si farbki maskujce w trzech kolorach, kada w osobnej przegrdce. Na wieczku przyklejono nawet lusterko. Wikszo barwnikw camo wystpowaa w formie sztyftw tak twardych, e trzeba byo cholerstwo rozciera w palcach, eby je rozgrza, a i tak smarowanie si nimi przypominao szorowanie po twarzy wat szklan. - Fajne cacko. - Mam wejcia - umiechn si Jim. Rozprowadziam na policzkach i czole brzow szmink, dodajc par nieregularnych szarych i zie-lonych plam, starajc si zatrze rysy. Jim pomalowa si byskawicznie, nie patrzc w lusterko. j I L O N A A N D R E W S Kropka na wywietlaczu nie drgna.Sprawdziam zapasy przy pasie, bandae, plastry, zioa. Zestawu regeneracyjnego nawet nie braam. Te rodki nie zawsze dziaay jak trzeba. Trudno powiedzie, jak zachowayby si w Zauku. Mogy im wyrosn zby i straciabym kawaek skry. Wolaam leczy rany tradycyjnymi metodami. Wysiedlimy z samochodu, ruszajc drog rwnoleg do Zauka. P godziny pniej dotarlimy pod wykrcony plastikowy szkielet reklamy dawno zapomnianych kosmetykw. Znajdowalimy si jakie osiemset metrw na poudnie od kropki. Jeszcze kawaek i moglibymy natkn si na wartownikw Rozpruwaczy. Nie mielimy pewnoci, e takowych w ogle maj, jednak nie mielimy rwnie pewnoci, e nie. Teraz czekao nas wejcie do Zauka Jednoroca. Dobrze, e przynajmniej trwa odpyw magii. - Chcesz i pierwszy? - zaproponowaam. - Nie, ty przodem, ja za tob. W Zauku moje wyczucie magii byo lepsze. - Nie sdziam, e kiedykolwiek doyj tego dnia. - Nie mw hop, dzie jeszcze daleko. Nie mg sobie odpuci. Przed nami leaa sterta mokrych, lnicych od rosy gazw. Przelizgnam si pomidzy nimi. Niczego nie dotykaj. R O Z D Z I A P I T N A S T Y | 2 2 0 Nie myl. Zaufaj zmysom. Wiedziaam, e Jim idzie dokadnie po moich ladach. Zatrzymaby si natychmiast, gdybym stana. Zagbilimy si w wsk uliczk, omijajc kupy mieci. Z pasm wiszcego nad nami mchu kapa korodujcy luz.j I L O N A A N D R E W S W dziurze po oknie na pierwszym pitrze budynku po prawej rozjarzya si para lepi. Wskie, pozbawione tczwek, szkaratne renice ledziy kady nasz ruch, ale ich waciciel nie uczyni nic, co wskazywaoby, e zamierza za nami i. Obeszlimy kolejn stert gruzu, za ktr leaa metalowa klatka. Wystarczajco dua, by pomieci czowieka, lnia nowoci. adnej rdzy czy zadrapa. Szam dalej, nie spuszczajc klatki z oka. cieka bya na tyle wska, e musielimy przej obok niej. Siedem metrw. Pi. Trzy. Poczuam niepokj. Przystanam. Klatka wystrzelia w gr, otwierajc si jak kwiat. Prty zadray, metal rozpyn si, przemieniajc w owadzie odna uzbrojone w ostre szpony. Ciemny ksztat okryty czarnym pancerzem rzuci si na nas, z wyranym zamiarem rozdarcia pazurami. Pochyliam si, wbijajc mu miecz w podbrzusze. Wczogaam si w cie bramy najbliszej ruiny. Jim, okryty mrokiem niczym paszczem, wyowi z kieszeni niewielk fiolk. Podcignam koszul na plecach i poczuam piekc wilgo rodka R O Z D Z I A S I E D E M N A S T Y dezynfekujcego werajcego si w ran. Usyszaam cichy trzask oddzieranego przylepca. Jim przyoy gaz do rany i umocowa j plastrem. Nie miaam zamiaru zostawi w Zauku ani kropli krwi. Biorc pod uwag moje pokrcone pochodzenie, z pewnoci by eks-plodowaa. W cigu pgodzinnej podry po Zauku zostalimy zaatakowani ju czterokrotnie, za kadym razem przez istoty, ktrych nie potrafiam nawet nazwa. Koszula Jima wisiaa w strzpach. Jego rany zasklepiay si szybko, ale krwawe smugi na materiale dowodziy, e mocarne ciao doznao niejednego uszczerbku. Opuciam koszul i spojrzaam w gr. Ponad nami zobaczyam duy budynek. Nie hotel ani biurowiec, te zwykle piy si wzwy, a kiedy upaday, waliy si jak kody lub rozpaday od dachu, pitro po pitrze, cierane na proch szczkami magii. W przeciwiestwie do nich pobliska budowla bya duga i do niska. Pasa handlowy? Jeden z sieciowych domw towarowych, ktre ju nie istniay, jak Sears czy Belks? Budynek o spowiaym tynku sta pomidzy przecznicami. Dach i grne pitro zostay poarte przez magi. Powykrcane stalowe zbrojenia sterczay z murw jak koci na wp rozoonego trucha. Przez szczeliny przewitywaa ziele. Popatrzyam na Jima, j I L O N A A N D R E W S ktry kiwn gow. To musiaa by baza Rozpruwaczy. Przyczailimy si. Pi minut. Kolejne pi. Niebo posiniao, zwiastujc niedaleki wschd soca. W burej szarwce przedwitu widoczna przez szpary ziele nabraa ksztatw. Drzewa. Z tego, co wiedziaam, w Zauku nie byo adnych parkw. Skd wic te drzewa? Przedzieranie si przez gszcz do jaskini Rozpruwaczy byoby szczytem gupoty. Nie miaam ambicji osigania tego szczytu. Ju lepiej wdrapa si po murze na najwysze pitro i zbada teren. Siedzielimy, nasuchujc. Obserwujc. Czekajc. adnego ruchu. adnego dwiku. Dotknam nosa. Jim pokrci gow. Nie wyczu nic szczeglnego. Magia uderzya w nas gwatown fal. Brutalna moc przetoczya si po caym Zauku. Nadesza, wyciskajc mi dech z puc, i zwolnia, popadajc w zwodniczy zastj. Nie za dobrze. Cisz rozerwa guchy grzmot. Jim sykn. Po chwili zza muru doby si kolejny ryk, jakby wielka trba chciaa zagra fanfary, lecz wydusia z siebie jedn potn nut, nasycon tak siln magi, e poczuam jej dotyk na skrze. Nieruchom szaro przedwitu zburzyo R O Z D Z I A S I E D E M N A S T Y stumione tornado hur- gotu. Syszaam ten dwik wielokrotnie, ale tylko w kinie. Brzmia jak ryk silnika samolotu. Przemknam na drug stron ulicy. Jim popdzi za mn, skoczy na mur i wspi si po nim jak jaszczurka. Dobrze by kotoakiem. Dopadam ciany i, wczepiajc si w pknicia tynku, chwytajc ebrowania, rozpoczam wdrwk w gr. Jim dotar na szczyt budynku, do zrujnowanej ciany i nagle krzykn ostro, bolenie. Szarpn ramionami do tyu, wygi si i straci oparcie pod stopami. Zawis w powietrzu, rzucajc si konwul- syjnie. Zdwoiam wysiki. Wreszcie zaczepiam palcami o skraj ciany szczytowej. Tynk odpad pod moim ciarem. Zsuwajc si, zdoaam chwyci wystajcy prt i podcign si z powrotem. Poczuam dziwne szczypanie, jakby jzor ostrego papieru ciernego zlizywa z mojego ciaa naskrek. Zdar warstw z twarzy, spod ubra, spomidzy palcw, z wntrza ucha, nozdrzy i powiek. Zaklcie ochronne. Rozpruwacze zaoyli na szczycie budynku magiczn puapk. Sprytnie. Nie wyczuam jej i wpadlimy w ni oboje. Magia pieka bolenie, werajc si w kady milimetr skry i unoszc do gry. Krzyknam, ale natychmiast zasoniam wypeniajce si ogniem usta. j I L O N A A N D R E W S Oguszy mnie szybki, rytmiczny omot wasnego serca. Czuam si rozdzierana, pochaniana kawaek po kawaku. Niezdolna do obrony, miotaam si na niewidzialnej nici. Ubranie wiszcego obok Jima rozrywao si, odpadajc strzpami. Trudne sytuacje wymagaj podejmowania trudnych decyzji. Wyrzuciam z siebie sowo mocy. Dair. Uwalniam ci. Magia wyrwaa si ze mnie, zalewajc falami blu, jakbym wyszarpna sobie wntrznoci. Zamroczona, poczuam w ustach smak krwi Osona rozpada si, znikajc. Uderzyam stopami w solidny mur i zamaram, bojc si ruszy. Trzsam si jeszcze przez chwil, dochodzc do siebie. Uywanie sw mocy podczas rozbysku byo pro-ste. Teraz, przy tak niskim poziomie magii, wypowiedzenie w krtkim czasie kolejnego mogo kosztowa utrat wiadomoci. Co wyldowao obok. Silne donie pochwyciy mnie, podtrzymujc; ostre pazury zadrapay skr. Jim. Ciemno przed oczyma rozproszya si i ujrzaam wpatrzone we mnie zielone lepia. Jim odwrci si, wskazujc na drzewa. Powiodam wzrokiem za jego palcem i jknam. Rozlega, zalesiona dolina rozcigaa si szeroko, cielc a do podna majaczcych w oddali bkitnych szczytw. Ziele upstrzona bya gdzieniegdzie szarymi wypukociami R O Z D Z I A S I E D E M N A S T Y omszaych ska. Rosnce tu drzewa osigay niewiarygodn wysoko, a ich korony tworzyy gsty stela dla kwitncych obficie pnczy. W zielonoci, niczym klejnoty, migotay ptaki. Wiatr pachnia kwiatami i czyst wod. Obejrzaam si przez rami. Miejskie cmentarzysko. Spojrzaam przed siebie - bajkowa dungla. Dolina pomieciaby ze trzy Atlanty. Podczogaam si do ciany. Czy to jaki inny wymiar? Ukryta, przesycona magi rzeczywisto? Portal do alternatywnego wiata? Skoro Rozpruwacze zadali sobie tyle trudu, eby zastawi magiczn puapk, ktra zabijaa kadego intruza, to miejsce musiao by dla nich niezwykle wane. Moe to ich dom?Jim pokrci gow, wcigajc w nozdrza po-wietrze tak, jak czynili to zmiennoksztatni, chcc uchwyci zapach. Naraz zasza w nim niesamowita zmiana. Kontury ciaa zadrgay, rozpyny si, wygadzajc pod wpywem tchnienia dungli. Zwyka kanciasto formy bojowej nabraa wdziku i elegancji, niczym idealnie wywaony sztylet, jego ludzka i zwierzca cz osigny rwnowag. Na futrze pojawiy si zotawe refleksy, przy ktrych ciemne znaczenia wyglday jak z czarnego aksamitu. Rozwar szczki, a z jego garda doby si niski, mikki warkot przypominajcy mruczenie. O ile wielkie koty w ogle mrucz. Przerwa je odgos grzmotu. R O Z D Z I A P I T N A S T Y | 2 2 6 Na wschodzie, spomidzy drzew wynurzaa si zota budowla. O kwadratowym obrysie, ktrego kty podkrelay masywne wiee ze srebrzystymi kopuami, wygldaa jak paac. Mury parteru mieniy si bogactwem rzebie i lnicych metalicznie zdobie. Pitro opasyway kruganki, szerokie, subtelne uki podtrzymywane smukymi kolumnami poczonymi nisk, aurow barierk. Dach budynku porasta kwitncy ogrd, egzotyczna feeria barw, przy ktrych blado nawet pikno dungli. Osobliwe drzewa rozpocieray konary obwieszone szkaratnymi girlandami winoroli. W kipicym od barw kwietnym kobiercu lniy ozdobne sadzawki. Grzmot narasta. Miraowy paac, buczc, pyn wzwy, wznosi si ponad korony drzew, szybowa ku niebu. Spod fundamentw dobywaa si chmura pary, cignc si za budynkiem jak biay welon. Po chwili paac znikn nam z oczu, pozostawiajc na niebie dodatkowy obok. j I L O N A A N D R E W S Zamrugaam kilkakrotnie, po czym wycignam do Jima rk. - Uszczypnij mnie. Au. Poczuam na skrze ostre pazury. Oblizaam czerwone kropki na przedramieniu, czujc na jzyku ostry smak magii. Tak. Nie ni. Naprawd widziaam odlatujcy zoty paac. W miejscu gdzie sta budynek, zostaa niewielka polana. W morzu zieleni widniay jasne budowle, tarasowe dachy, wielkie wrota i majaczca w oddali kamienna iglica. - Wszdzie dobrze, ale w domu najlepiej - mruknam. - Powinnimy i w odwiedziny. Zgodniaem. Omal nie spadam ze szczytu budynku. Jim nie potrafi mwi w formie przejciowej. Przynajmniej do teraz. Wielkie szczki znieksztacay sowa, ale dao si go zrozumie. - Dungla ci suy. - Czuj si tu jak w raju. - Wiesz, e jak tam zejdziemy, to moemy nie wyj z tego raju? Jim wzruszy ramionami. - No to sru. Spojrzaam pod nogi, szukajc podparcia dla stopy- Nagle opasao mnie silne rami. Jim odbi si od skraju i w nastpnej chwili szybowalimy j I L O N A A N D R E W S ponad ziemi. Serce skoczyo mi do garda. Wpadlimy w zielon strzech, ldujc na grubym konarze. Przypomniaam sobie o oddychaniu.R O Z D Z I A O S I E M N A S T Y 2 2 7 - Nastpnym razem bd wdziczna za uprzedzenie. Jim wyda z siebie chrapliwy dwik, podejrzanie przypominajcy rechot. - Witajcie w dungli. Rolinno bya bardzo gsta. Smuke drzewa o owalnych liciach, rozoyste korony, teki opltane figowcami. Krzewy uginajce si pod ciarem rowych i fioletowych kwiatw przypominajcych storczyki. Ciemne, chropowate pnie akacji o zwisych kwiatostanach wydzielajcych cik, sodkaw wo. Wysokie, powykrcane drzewa, ktrych gazie usiane gsto jaskrawopomaraczowymi kwiatami wyglday, jakby stay w pomieniach. Wszystko poczone pajczyn pnczy, rozsiewajc delikatny jaminowy aromat. Staraam si porusza cicho, ale Jim raz czy dwa pokaza mi zbiska. Sam przemyka w gszczu na mikkich apach, sunc pomidzy zarolami niczym zwiewna, miercionona zjawa. Wspilimy si na niewysoki pagrek, przystajc na jego szczycie. Przed nami rozcigao si staroytne miasto. Rozpadajce si budowle zajmoway przestrze rozlegej polany. Ruiny domw i pawilonw sterczay jak granitowe wyspy pord morza zielonej trawy. 2 2 8 | I L O N A A N D R E W S Szeroka, wybrukowana gadkimi kostkami droga przebiegaa ukonie przez miasto, prowadzc do wielkiego placu. Na odlegym kracu polany majaczya sylwetka wiey. Na wysokiej, kwadratowej podstawie pitrzyy si schodkowo kolejne kondygnacje. Przypominaa wityni drawidyjsk, ale mogam si myli, nie byam ekspertem od architektury hinduskiej. Spojrzaam na Jima. Ruszy naprzd, przeskoczy na dach najbliszego budynku i zagbi si w miasto. Usadowiam si w zarolach, czekajc na jego powrt. W koronach drzew pieway ptaki. Przyjrzaam si bacznie okolicy. Nie dostrzegam ladw obecnoci zwierzt, adnych wy suncych po konarach, odciskw ap na ziemi czy zadrapa na pniach. W takim miejscu powinny y mapy, lisy, moe nawet wilki. Nic nie wskazywao na to, e poza ptakami s tu inni przedstawiciele fauny. Dungla bya dziwnie wymara. Jim wyldowa na trawie obok mnie. -Jeden budynek, tam dalej, kilku Rozpruwaczy, trzech, moe wicej. - Myliwi? - Moliwe. Silny zapach zwierzt i krwi. No tak, latajcy paac swoj drog, ale Rozpruwacze musieli co je. Na ich miejscu zostawiabym w dungli niewielk grup owcw i wracaa co jaki czas po miso. - Take ludzkiej - doda Jim. 2 2 9 | I L O N A A N D R E W S To nigdy nie wryo dobrze. Skierowalimy si ku ruinom. Jim pokonywa drog, skaczc po dachach, i przemyka pod murami.R O Z D Z I A S I E D E M N A S T Y Rosnce pomidzy domami pomaraczowe, te, szkaratne, egzotyczne kwiaty przesycay powietrze cik woni. Wyczuam drewno sandaowe, wanili, cynamon, jamin, cytrusy. Moe Rozpruwacze robili na boku perfumy... Wkrtce dotarlimy do placu z pomnikiem w formie wielkiego, kamiennego rydwanu. Zaprzone do niego sonie zostay wyrzebione z wielk dbaoci o szczegy, od pomarszczonych trb po zakoczone kitkami ogony. Sam rydwan, wsparty na zdobnych, niesamowicie realistycznie wykonanych koach, przypomina mniejsz, bogatsz wersj la-tajcego paacu. Zaprzgiem powozi nieproporcjonalnie ogromny mczyzna; wielkoci dorwnywa soniom. Z jego barkw wyrastao mnstwo ramion wygldajcych jak pira w pawim ogonie. Na ramionach wspierao si kilka gw. Nie widziaam pomnika w caoci, ale jeli zachowano symetri, gw byo przynajmniej dziesi. Najwiksza miaa twarz piknego czowieka, pozostae - potworw. Jim wskoczy na dach budynku naprzeciwko pomnika. Przyczai si, spogldajc na mnie. Uklkam przy koach rydwanu. Dom, na ktrym Jim zaj miejsce, by w wietnym stanie. Dugi, mia solidne ciany i wskie okna. By te ciemny, obcy i peen Rozpruwaczy. Mio. Jim wskaza kciukiem za siebie. Id na tyy". j I L O N A A N D R E W S Pobiegam bokiem, okryam teren, kryjc si pord ruin, i stanam za budynkiem. Dobyam miecza i przemknam pod cian do naronika, skd mogam widzie plac z pomnikiem. Jim zeskoczy z dachu, zerkn na mnie, po czym stan w lekkim rozkroku i rozwar szczki. Z jego garda wydoby si ryk, zakoczony gronym fuk- niciem. Wyzwanie. Przez plac przetoczy si guchy grzmot. Przed dom wyszo dwch ludzi, stajc plecami do mnie. Mczyni, atletyczni, o szerokich barach, ubrani byli w identyczne koszulki i spodnie. Jim splun i warkn, przykuwajc ich uwag. aden z przeciwnikw nie usysza, e si zbliam. Jeden z mczyzn rozdar koszulk. Na jego plecach pojawio si pknicie, z ktrego wystrzelio zmierzwione futro. Istota zsuna z barkw ludzk skr, spod ktrej wyoniy si zdeformowane obojczyki. Potem szarpn skr na piersi, zrywajc j jak jednorazowe ubranie szpitalne. Powok kopn na bok, jednoczenie rozrastajc si, dopki nie osign ponad dwch metrw wzrostu. Czarne, pomaraczowo prgowane futro byo negatywem tygrysiego ubarwienia. Kiedy rozprostowa ramiona, zrozumiaam, na czym polega deformacja sylwetki - spod opatek R O Z D Z I A S I E D E M N A S T Y wyrastaa druga para rk. Podnis cztery mu-skularne ramiona, otwierajc i zaciskajc pici. Jego towarzysz parskn jak ko, zrzucajc swoj powok. Ksztatem przypomina czowieka, mia, dziki Bogu, odpowiedni ilo koczyn, za to jego krwistoczerwona skra pokryta bya drobnymi uskami. Spodziewaam si komitetu powitalnego, ale nikt nie wspomina o darmowym striptizie. Jim warkn. Czterorki spry si, skaczc naprzd. Oguszajcy ryk zadzwoni mi w uszach. Niski, pierwotny zew ogromnego drapienika polujcego w ciemnociach na swoj ofiar. Jim cofn si. Jego warczenie utono w grzmicym pomruku. Stwr przyj ten naleny objaw lku jeszcze do- noniejszym rykiem, nioscym ze sob obietnic bezlitosnej mierci. By duo wikszy od Jima i na oko pidziesit kilogramw ciszy. Jim sykn. Cztery ramiona przywoay go gestem. Kotoak skoczy na przeciwnika. W momencie kiedy zwarli si w wirze kw i pazurw, zatopiam Zabjc w plecach czerwonoskrej istoty. Ostrze weszo gboko, przecinajc krgosup i wysuno si, wysysajc na zewntrz niewielk ilo krwi. Rozpruwacz zacz si odwraca, lecz nogi ugiy si pod nim. Kiedy pada, ujrzaam jego twarz, bya ludzka i niewiarygodnie pikna. j I L O N A A N D R E W S Z trzewi dungli wyrwa si niski pomruk. Smuky ksztat przeskoczy nade mn, ldujc na bruku. Stwr pci eskiej. Jej brzuch i pier pokrywao futro, za na grzbiecie sterczay dugie kolce. Palce zakoczone miaa pazurami dugoci mojej doni. Bysna tymi lepiami, ruszajc do ataku. Machna rk, zbyt szybko. Uchyliam si, ale pazury rozoray mi skr na boku. Skoczya, chcc zaj mnie od tyu. Nie odwrciam si, przekadajc tylko miecz i pchnam do tyu, wbijajc jej Zabjc pod ebra. Ostrze zagbio si w tkanki, a kiedy napotkao elastyczny opr, wyrwaam je szybko. Nie baczc na ran, istota znowu zamachna si na mnie rk. Okrciam si, odskakujc. Pazury miny moj twarz o wos. Nie przestawaam si uchyla. Stworzenie atakowao raz za razem. adnej finezji, adnej techniki. Nacieraa jak kot, starajc si bezporednio wbi we mnie pazury. Walczya tak jak czekow na parkingu. Schyliam si, unikajc pazurw, i ciam po wewntrznej stronie uda. Kosztowao mnie to szram na plecach, ale odturlaam si bezpiecznie. Atak, atak, atak. Tacz ze mn, kochana. Z kadym krokiem istota tracia coraz wicej krwi. Jej zamachy straciy zabjcz prdko. Ciko dyszaa. Zatoczya si w przd. R O Z D Z I A S I E D E M N A S T Y Wykorzystaam sytuacj, apic j i nabijajc na miecz. Zabjca przeszy ciao na wylot. Po drugiej stronie placu czterorki oderwa si od Jima, podbieg w stron drzew, podskoczy niewiarygodnie wysoko i znikn pomidzy konarami. Jim popdzi za nim, rozpywajc si w gszczu. Nie traciam czasu na pogo za nimi. I tak nie docignabym Jima, a ten nie potrzebowa pomocy w nadrzewnych owach. Wycignam miecz z trupa. Czerwonoskry lea na ziemi, charczc. Wejcie do domu stao otworem. Staram krew z ostrza i ruszyam do budynku.R O Z D Z I A P I T N A S T Y | 2 3 3 Szybko obeszam trzy due pomieszczenia i, nie znajdujc innych Rozpruwaczy, wrciam na plac. Kucnam przy czerwonoskrym. Rana na plecach bya bardzo gboka. Kawaek krgosupa przemieci si, wic nawet przy zdolnociach przyspieszonej regeneracji stwr nie stanie na nogi w najbliszym czasie. - Kilka dni temu mody wilkoak prbowa porwa wasz dziewczyn - powiedziaam. - Pobilicie go, skatowalicie i porzucilicie nieopodal siedziby zmiennoksztatnych. Jednak nie zabilicie go. Dlaczego? - zapytaam z nadziej, e mwi po angielsku. uskowate wargi rozcigny si w grymasie przypominajcym umiech, odkrywajc przy okazji wowe ky. - eby przesa... wiadomo. -Jak wiadomo? -Jestemy silniejsi. Zatryumfujemy nad mieszacami. No dobra. -Jakimi mieszacami? Zmiennoksztatnymi? - P czowiek, p zwierz... Dwie rasy stopiy si w jedn... Hoota... Pokonamy ich... Zwyciymy... Zaw... - Rozkaszla si. -Jaka szansa na pokj? Stwr podnis z wysikiem gow. Romboidalne renice skupiy si na mnie. - Nie... wiemy, co to pokj - wychrypia. - Nie zawieramy... ukadw. Zabijamy. Zabijamy i R O Z D Z I A P I T N A S T Y | 2 3 4 palimy. Jemy miso. witujemy. Przejmujemy tereny mieszacw...j I L O N A A N D R E W S - Chodzi wam o terytorium nalece do Gromady, tak? Prbowa powiedzie co jeszcze. Nachyliam si. - Wezm ci - owiadczy. - Wiele, wiele razy. A bdziesz krwawi... - Pochlebiasz mi. Unis rk, krelc lini na mojej piersi. - Wytn ci serce... Nie upiek... Zjem na surowo, jak zabij kundli. Do niczego to nie prowadzio. - Czym jeste? - Wojownikiem... czempionem. adny mi czempion ze zamanym krgosupem. - Jak si nazywacie? Popatrzy w niebo. - Niezrwnana... armia... zakwitnie czerwonym kwieciem krwi... Niebawem. Bardzo niedugo. Zdobdziemy klejnot. Wypenimy obietnic dan Sutanowi mierci, zniszczymy mieszacw... Zajmiemy ich miejsce, wzroniemy w si, a gdy nadejdzie czas... Sutan mierci ukorzy si przed nami. - Kim jest Sutan mierci? Stwr zaci si w milczeniu. Z futerau przy pasku wycignam pojemnik z gazem do zapalniczek oraz zapaki. - Ten pyn pali si dugo bardzo gorcym pomieniem. Powiedz, jak odwrci magi, j I L O N A A N D R E W S ktrej uylicie na zmiennoksztatnym, a nie wylej go na ciebie i nie podpal. -Jestem ponad tob... czowieku. Rozdzia osiemnasty - Ale nie ponad blem - zripostowaam, odkr-cajc pojemnik. Umiechn si, przeykajc. Nie powiedzia ju nic wicej. Oczy ucieky mu w gb czaszki. Zacz bekota niezrozumiale, jakby nagle straci rozum. Rzuci si konwulsyjnie, chwytajc za gardo... Dusi si. Wbiam mu miecz w usta.Rozdzia dziewitnasty wadziecia minut pniej gardowy kaszel obwieci powrt Jima. Poczekaam na niego przy ciele. Zeskoczy z drzewa, upuszczajc na traw trupa. Wypuke oczy spoglday na mnie D martwo z nieruchomego oblicza, ktre nie nosio adnych ludzkich rysw. Najbliej opisaabym je jako pysk krzywki tygrysa z psem Fu. - Zmiennoksztatny? - zapytaam. - Nie. Nie ten zapach. Jim popatrzy na dwa nieruchome ciaa i trci nog czerwonoskrego. Brak reakcji skomentowa cichym prychniciem. - Pokn wasny jzyk - wyjaniam. Jim westchn, krzywic si z typowo kocim fatalizmem. - Zdya co od niego wycign? - Podrzucenie Dereka miao oznacza wypo-wiedzenie wojny. Wedug zmarego jestecie hoot, mieszacami dwch ras i nie ma moliwoci zawarcia pokoju. Nienawidz Gromady. Planuj was zabiR O Z D Z I A D Z I E W I T N A S T Y 2 37 w chwalebnej jatce, moliwie jak najbardziej krwawej, a potem ucztowa na waszych trupach. Zaczn, gdy tylko zdobd klejnot. Sprzymierzyli si z Sutanem mierci, ktry pomoe im was wytuc, potem chc zniszczy i jego. A, i zostan zgwacona, wiele, wiele razy. Trudno przewraca oczami w poredniej formie, jednak Jim dzielnie podj t prb. - Co to za Sutan mierci? - Cholera wie. Roland pasowa tu jak ula, ale nic nie powiedziaam. Cae moje ycie skupiao si wok Rolanda. Odkd zaczam rozumie wiat, wiedziaam, e musz go zabi i e jeli dowiedziaby si o moim istnieniu, zrobiby wszystko, eby si mnie pozby. Dysponowa potn moc. Legendy o nim powtarzano od wiekw, a historia niemal kadej staroytnej cywilizacji wspominaa o okresach jego panowania. Polowanie na Rolanda byo rwnoznaczne z prb zabicia boga. Do takiej konfrontacji potrzebowaam wicej dowiadczenia i mocy. Do czasu ich zdobycia musiaam si ukrywa, yjc ze wiadomoci, e w kadej chwili moe si o mnie dowiedzie. Moja mania przeladowcza bya tak silna, a dziw, e jeszcze nie zagldaam pod wasne ko w poszukiwaniu jego szpiegw. Kade nieznane zagroenie, kady tajemniczy wrg czy obca istota wadajca potn moc kojarzyy mi si z Rolandem. Tak, Sutan mierci pasowa do niego idealnie - w kocu to on sprowadzi na wiat nieumarych. Jednake tytu ten mg nalee do kogo zupenie innego. Obsesja na jego punkcie dotyczya w kocu tylko mnie, nie caej ludzkoci. - Wiesz, Jim, odniosam wraenie, e ten klejnot to jaka ich tajna bro. Mwi o nim takim tonem, jakby onierz z WOON-u owiadczy: Nasze jednostki powietrzne spadn na wroga jak grom z jasnego nieba". Jim zakl szpetnie. 2 3 8 | I L O N A A N D R E W S Zaprowadziam go do budynku. W pierwszym pomieszczeniu znajdowa si dugi st. Na blacie leaa rozpostarta ofiara Saimana. Z plecw i poladkw wycito kawaki misa, ktre spoczyway obok jak porcje w masarni. Podeszam do wielkiej, stalowej zamraarki, ktr ustawiono obok stou. Nie podczono jej do prdu - w ruinach nie byo adnego rda zasilania. Zamraark wypenia ld oraz miso. Steki, szynka, eberka, kotlety, dziczyzna, zapakowane w foli, papier lub luzem, barwic ld na czerwono. Wskazaam w kt, gdzie leao kilka ka-wakw z resztkami gadkiej, brzowej skry. Jim powcha je, cofajc si z obrzydzeniem. - Czowiek? - upewniam si. - Tak - potwierdzi, spluwajc na podog. Mniej wicej tak samo zareagowaam, kiedy, patrzc na miso, zaczam podejrzewa jego pochodzenie. Dranie schwytay czowieka, powiartoway i przygotoway do zjedzenia. Nawet nie poznamy jego imienia. Ani pci. Kto gdzie tam po prostu nie wrci do domu i nikt nigdy nie dowie si, dlaczego. Na myl o tym zrobio mi si niedobrze. Jim spojrza na st, na ktrym leay porcje misa odcite od trupa. - Kanibale. - Maj zasad: miso to miso. Nie wybrzydzaj. To nie wszystko. Weszlimy do kolejnej izby. Zakurzona, bya prawie pusta poza lecymi w kcie kilkoma siennikami. Na kamiennej cianie wisiaa pachta papieru pakowego, pokryta rysunkami. Pierwsza scena, namalowana zot, czerwon i zielon farb, przedstawiaa wntrze piekielnej kuni. Do stojcej na rodku wanny la si roztopiony metal. Po bokach stay kowada, a na umocowanych do sufitu hakach wisiay rne narzdzia oraz pioruny. Wok unosi si dym, zamykajc rysunek w ramie ciemnych kbw. Potny, odziany w skrzan kamizel kowal przyglda si krytycznie na wp wykutemu mieczowi. Wielki, brodaty, mia czerwone, rozjarzone oczy. R O Z D Z I A D Z I E W I T N A S T Y 2 39 Kolejna scena ukazywaa wymoszczone poduszkami pomieszczenie. Wrd piernatw plea pikny, odziany w zwiewn szat mczyzna otoczony nagimi kobietami, ktre podaway mu owoce i girlandy kwiatw. Subtelne rysy jego twarzy nie nasuway na myl podobiestwa do kowala, ale zdradzaa go broda. Musia si natrudzi przy myciu.Trzecia cz bya niedokoczona. Owkowe kontury wypeniono tylko zot farb. Pikny mczyzna z poprzedniej scenki sta si bogiem. Posiada trzy dodatkowe gowy i sze ramion. Jedna z gw patrzya prosto na ogldajcego, dwie na boki, za czwarta twarz zwrcona bya tyem. Pnoc, poudnie, wschd i zachd. Z plecw mczyzny wyrastay ogromne skrzyda, pomidzy ktrymi znajdowa si obraz otoczonego murem bajkowego miasta, penego wie i kopu. Malunek nie przypomina kompozycji z adnej konkretnej, znanej mi mitologii, styl najprdzej porwnaabym do kreski komiksowej. Postaci byy wycyzelowane, muskulatura mczyzny nadmiernie podkrelona, a wszystkie kobiety miay niewielkie poladki, nieproporcjonalnie dugie nogi i idealnie krge, wielkie piersi. - Kojarzy ci si to z czym? Jim pokrci gow. - Hm, mnie te nie. Zdjam ze ciany papierow pacht i zwinam w rulon. Jim zarzuci sobie na barki trupa ze stou i wyszed na zewntrz. Wrciam do zamraarki. Chciaam pochowa ludzkie szcztki, ale nie mielimy na to ani czasu, ani odpowiednich narzdzi. Wyjam niewielk sakiewk, odwizaam rzemyk i posypaam zapasy zielonym proszkiem, uwaajc, eby adna drobinka nie spada na mnie. - Doprawiasz misko? - zapyta stojcy w wejciu Jim. - Cykuta. Czyli szalej jadowity. - Schowaam sakiewk. - Po pgodzinie wywouje wymioty, konwulsje i mier lub R O Z D Z I A D Z I E W I T N A S T Y trwae uszkodzenie systemu nerwowego. May prezencik gastronomiczny. Wyszlimy na plac. Jim zabra z ziemi czteror- kiego stwora i wskaza wzrokiem trzy pozostae ciaa. Potrzebowalimy ich jako dowodw. Czyli czekao mnie poniesienie jednego z nich. Miaam do wyboru ponaddwumetrowego uskowatego potwora, zielon kolczast istot oraz gocia z wycit szynk. Hm, niech pomyl...* * > Rozdzia dwudziesty kontekcie nieprzycigania uwagi niesienie trupw w penym wietle dnia, szczeglnie trupw o szeciu koczynach, jest jak urzdzanie pokazu fajerwerkw na gwnym placu miasta. Tym bardziej, jeli tragarze s zakrwawieni i wygldaj, jakby przecignito ich przez ciernisty ywopot. Nie wspominajc o tym, e jeden z nich jest kotoakiem w formie bojowej, a drugi kobiet dwigajc zwoki bez zadka. Na szczcie obrzea Zauka Jednoroca nie byy zbyt uczszczanym miejscem. A nawet jeli, to w te rejony zapuszczali si tylko wyjtkowi idioci. Najwyraniej wikszo gupcw W wyjechaa z Atlanty na wakacje, tak wic jedynie ja i Jim dzierylimy sztandar idiotyzmu. Nawet pozbawiona sporych poci ciaa ofiara Sai- mana waya ton. Z dungli do miasta przedostalimy si bez problemw, ale targanie tego ciaru przez cay Zauek i jeszcze kawaek do samochodu wyczerpao mnie zupenie. Zapadam w swoistyR O Z D Z I A D W U D Z I E S T Y [ 1 2 6 trans, skupiajc si jedynie na stawianiu stopy za stop. Jak przez mg pamitam moment, kiedy po dotarciu do miejsca, gdzie sta samochd, zastalimy dwa wierzchowce. Dingoak musia zamieni nasz rodek transportu, kiedy w czasie naszej nieobecnoci miasto zalaa fala magii. Niestety, po dopilnowaniu obowizkw odszed. Ledwie przypominam sobie adowanie trupw do znalezionego w kcie, porzuconego wzka i siadanie na kole. Jim, jako przodownik na Curranowej licie najpilniej poszukiwanych, musia unika rzucania si w oczy. Droga przez zakorkowane miasto cigna si w nieskoczono i tylko bl w boku nie pozwoli mi zasn z lejcami w doniach. Warstwa brudu po przedzieraniu si przez dungl, zmieszana z krwi Rozpruwacza, zastyga mi na twarzy i wosach w skorup, dodatkowo utwardzon promieniami porannego soca. Dziki temu nie miaam jednake kopotw z awanturami w korkach. Na mj widok nawet naj-bardziej zajadli uczestnicy ruchu zjedali na bok. Jadc, mylaam o Rolandzie. Nie miaam matki. Miaam za to Vorona, ktrego nazywaam ojcem. Wysoki, o krtko przycitych wosach Voron towarzyszy mi przez cae dziecistwo, wspierajc spokojem i si. Voron potrafi zabi kad istot. Potrafi rozwiza kady problem. Zaegna wszelkie zagroenie. Byam w stanie zrobi wszystko dla jednego z jego nieczstych umiechw. By moim ojcem, jedn z dwch staych w moim yciu. Drug by Roland. Poznaam go jako bohatera z bajki opowiadanej mi przez Vorona przed snem. Pewnego razu by sobie czowiek, ktry y przez wieki. Budowniczy, artysta, uzdrowiciel, duchowny, prorok, wojownik i mag. Czasami niewolnik. Innym razem tyran. Magia upadaa, ustpujc miejsca technologii, a potem znw przejmowaa wadz, a on trwa niezmienny, odwieczny, niczym piasek, pync przez wieki, napdzany obsesj o wiecie idealnym. 1 2 7 | I L O N A A N D R E W S Posiada wiele imion, teraz jednak zwa si Rolandem. By mentorem wielu mczyzn, kochankiem wielu kobiet, ale nikogo nie darzy tak mioci, jak mojej matki. Moja matka bya dobra, mdra, wielkoduszna i napeniaa Rolanda yciem. Ktrego dnia zapragna mie dziecko. Miny tysiclecia od czasu, kiedy Roland spodzi ostatnie, gdy jego potomek dziedziczy pync w pradawnej krwi potg oraz ca ambicj, a Roland do ju musia zabi wasnych latoroli, ktre wystpiy przeciw niemu. Lecz kocha moj matk, wic postanowi uszczliwi j dzieckiem. Jednak dwa miesice po poczciu naszy Rolanda wtpliwoci. Zacz mie obsesj, e potomek stawi mu opr, postanowi wic zabi go w onie. Ale matka kochaa swoje nienarodzone dziecko. Im gbiej Roland pogra si w swojej obsesji, tym bardziej oddalaa si od niego. Roland mia generaa. Nazywa si Voron, czyli kruk z rosyjska. Zwano go tak, bo kroczya za nim mier. Voron take kocha moj matk.R O Z D Z I A D W U D Z I E S T Y [ 2 4 5 Kiedy, podczas nieobecnoci Rolanda, matka ucieka, a Voron uciek razem z ni. By przy moich narodzinach. Przez te kilka miesicy w trakcie ucieczki czuli si szczliwi. Jednak Roland ruszy za nimi w pocig. Matka wiedziaa, e z ich dwjki to Voron jest silniejszy i ma wiksze szanse umkn, dlatego chcc ratowa mi ycie, zostaa z tyu, eby opni pogo. Zatopia sztylet w oku Rolanda i zostaa przez niego zabita. Kiedy Voron koczy opowiada, sprawdzalimy, czy pod poduszk ley n, a potem zasypiaam koysana nadziej zabicia swojego prawdziwego ojca. Gdziekolwiek poszlimy, cokolwiek robilimy, to-warzyszy nam cie Rolanda. Roland sta si moim celem i sensem istnienia. Da mi ycie, ja odbior mu jego. Znaam go od podszewki. Voron suy Rolandowi przez p wieku i gdyby nie moja matka, byby suy kolejne stulecia, mody i zdrowy dziki rolan- dowej magii. Przekaza mi wszystko, co sam wiedzia o swoim dawnym mistrzu. Wiedziaam, jak Roland wyglda. Voron pokaza mi jego zdjcie. Zapamitaam kady szczeg, zanim je spaliam. Rozpoznawaam go w pomnikach, w rycinach z ksiek historycznych, a raz znalazam jego podobizn na re-nesansowym obrazie bitewnym. Czytaam fragmenty Biblii, ktre si do niego odnosiy. Wiedziaam, kim s jego oficerowie, jakiej broni uywa, jakie posiada moce. A w cigu tylu wiekw zyska potne moce. Potrafi jednoczenie kierowa setk nieumarych. j I L O N A A N D R E W S W boju wykorzystywa wasn krew, tworzc z niej straszliw bro i niezniszczaln zbroj. To wanie ta pieprzona krew stanowia rdo mojej magii. Voron by wielkim wojownikiem. Zebra kad kropl wiedzy o Rolandzie, wlewajc j we mnie, szlifujc mnie jak ostrze. Wzmocnij si. Przetrwaj. Zabij Rolanda. Zakocz to raz na zawsze. Ale do tego czasu ukryj si. Cztery miesice temu podjam decyzj o wyjciu z ukrycia. Od tamtej pory bez przerwy zastanawiam si, czy dobrze postpiam. Nie posiadaam wystarczajcych si ani dowiadczenia pozwalajcego na walk z Rolandem, ale teraz dziaaam otwarcie i ostateczna konfrontacja z nim bya nieunikniona. Instynkt podpowiada mi, e to on by Sutanem mierci. To oznaczao, e jeli zaczn grzeba przy tej sprawie, mog natkn si na osob z jego najbliszego krgu. Myl ta napawaa mnie lkiem. Baam si Rolanda. Jednak bardziej baam si o Dereka. Baam si take o Currana. Kiedy zatrzymaam si przed kryjwk zmienno- ksztatnych, by ju pny ranek. Odsoniam brezent przykrywajcy wz. Jim spa sobie smacznie na trupach. Przyj z powrotem ludzk form, wic by goy jak nowo narodzone niemowl. Potrzsnam nim kilkakrotnie, lecz najwyraniej wcieli si w rol picej Krlewny, ja za nie zamierzaam budzi go pocaunkiem. Zastukaam do drzwi. adnej odpowiedzi. Poruszyam klamk i drzwi ustpiy. Zajrzaam, woajc, ale nikt do mnie nie wyszed. Brenna miaa peni wart przy drzwiach, a jedyne, co mogo odwoa j z posterunku... Prosz, eby tylko Derek nie umar. Na myl o zejciu do piwnicy ugiy si pode mn nogi. Nie zniosabym patrzenia na martwego Dere- ka. Musiaam tam i, ale nie potrafiam si ruszy. Przeknam nerwowo lin, wpatrujc si w mrok. R O Z D Z I A D W U D Z I E S T Y [ 1 3 0 Ciaa. Trzeba zabra trupy. Tak, koniecznie. Wniesienie czterorkiego nieboszczyka przez drzwi okazao si nadzwyczaj skomplikowane. Podjam trzy prby, zanim straciam cierpliwo. Kiedy Brenna pojawia si na grze, sytuacja bya ju opanowana. - Co z Derekiem? yje? -Jeszcze yje. A osabam z ulgi. Musiaam usi. - Mylaam, e masz pilnowa drzwi? - powiedziaam, wsuwajc Zabjc pod pach. - Owszem. Musiaam kogo wpuci - odpara, wpatrujc si w ciao u moich stp. - Ale nie Currana, mam nadziej? -Nie. - wietnie. - Pozbieraam odcite ramiona i wskazaam brod kadub. - Moesz wzi ten wikszy kawaek? Doolittle zmierzy mnie wzrokiem i zaordynowa na-tychmiastowy prysznic. P godziny pniej czysta, zabandaowana i zaopatrzona przez Brenn w kubek parujcej kawy poczuam si prawie jak czowiek. Dooittle znikn w czeluciach domu, eby sprawdzi stan Dereka. Zostaam sama z dwoma trupami. W poowie kawy do pokoju dowlk si zy, rozespany Jim. Poczstowawszy mnie paskudnym grymasem, klapn na stoku. - Co teraz? - Teraz czekamy. - Na co? - Na eksperta. Jest u Dereka. Siedzielimy w milczeniu. Byam wykoczona. Dooittle okaza si niekwestionowanym mistrzem magomedycyny. Plecy prawie mnie nie bolay, a bok dokucza tylko odrobin. Czuam si jednak tak zmczona, e prawie si przewracaam. j I L O N A A N D R E W S Musiaam skontaktowa si z Andre w sprawie analiz srebra. Chciaam zadzwoni, ale aparat by guchy. Do pokoju wesza moda kobieta. Bardzo niska, drobnej budowy, miaa szerok, okrg twarz o ciemnoorzechowej cerze. Oczy, powikszone okularami ze szkami gruboci denek od butelek, byy bardzo ciemne, niemal czarne, a ich wykrj wiadczy o domieszce azjatyckiej krwi. Otaksowaa mnie wzrokiem, kiedy podeszam, eby zamkn za ni drzwi. - Indonezyjk - oznajmia, przewieszajc torb na drugie rami. -Co? - Zastanawiaa si, jak k" jestem. - Mam na imi Kate. - Dali. Spojrzaa na Jima. Kiedy mnie mijaa, dostrzegam w jej torbie ksik, na okadce ktrej widnia obrazek wysokiego, smukego mczyzny dziercego w doni nieprawdopodobnie ogromny miecz. U jego stp strategicznie upozowane leay trzy kobiety. Jedna z nich miaa kocie uszy. Dali nie spuszczaa wzroku z Jima. - Wisisz mi przysug. Jeli mnie tu znajdzie, jestem trupem. On, czyli kto? Miaam nadziej, e nie Curran. - Bior na siebie pen odpowiedzialno - zapewni j Jim. - Gdzie ciaa? - Za tob. Dali odwrcia si, potykajc o nogi bezrkiego czterorkiego i z pewnoci zapaaby piknego zajca, gdyby bya zwykym czowiekiem. Ale e nim nie bya, podskoczya, ldujc z gracj na pewnych nogach. Prawdziwy skarb, taki refleks zmiennoksztat- nego. Poprawia okulary, piorunujc mnie wzrokiem. - Nie jestem a tak lepa - prychna. - Tylko roztargniona. R O Z D Z I A D W U D Z I E S T Y [ 1 3 2 Niewykluczone, e bya take telepatk. - Nie - rzeka. - Po prostu nie jestem gupia. Taaak. Obejrzaa korpus czterorkiego stwora.j I L O N A A N D R E W S - A niech mnie. Polimeliczna symetria. Jest wicej jakich nadprogramowych koczyn? I czy musiaa mu obci ramiona? - Tak. Nie chciay przej przez drzwi. - Mwisz tak, jakby bya z tego dumna. C, byam dumna. Daam przykad kreatywnego rozwizywania trudnej sytuacji. Dali upucia torb na podog, klkna przy ciele i przyjrzaa si ziejcej w piersi dziurze po sercu. Jim zrobi mu nieze ziaziu. - Opowiedzcie mi wszystko dokadnie. Opisaam puapk, dungl, latajcy paac, ruiny, pomnik wielogowego wonicy, walk. Jim od czasu do czasu dorzuca jaki komentarz. Dali kiwna gow, podniosa lewe grne rami trupa, przyjrzaa si reszcie, zmarszczya brwi... - Wic kto nie powinien wiedzie, e tu jeste? - zapytaam. Tylko nie mw, e Curran, tylko nie mw, e Curran... - Wadca Bestii - wyrczy j Jim. Cholera jasna. - Ma areszt domowy - doda. - Za co? - Zafundowaam sobie przejadk. - Dali uniosa stop nieboszczyka, przygldajc si pazurom. - Mikka i gitka. adnego stenia pomiertnego. - Skaza ci na areszt domowy za przejadk? - Wrzucia ochroniarzowi do drinka piguk gwatu, zadymia gumami i urzdzia sobie wycigi na autostradzie Buzzard. Po ciemku. - Gos Jima mia temperatur gry lodowej. Rozdzia dwudziesty - Wkurzasz si, bo zrobiam z Theo gupka. - Dali odoya rami. - Nie moja wina, e twoja droga maszyna do zabijania bya tak pochonita perspektyw dobrania si do moich chopicych piersi, e nie pilnowaa swojego drinka. Szczerze mwic, nie rozumiem, o co tyle haasu. - Wedug prawa jeste lepa, nie moesz zdawa egzaminu na prawo jazdy, a w dodatku beznadziejnie prowadzisz. - Grna warga Jima uniosa si lekko. - Stanowisz zagroenie na drodze. - Na Buzzard nikt nie szuka bezpieczestwa. Przyjedaj tam dla dreszczyku emocji. Gdyby wiedzieli o mojej lepocie, mieliby tylko wicej smaczku. To moje ciao. Mog z nim robi, co mi si podoba. Jeli chc si zabi, mam do tego prawo. - Tak, tyle e musiaa jako dojecha na Buzzard - wtrciam. Potrzebowaam wicej kawy. - A gdyby rozbia si po drodze albo co gorsza zrobia krzywd innemu kierowcy, pieszemu, dziecku przechodzcemu przez ulic? Dali zamrugaa zdziwiona. - Wiesz co? Dokadnie to samo powiedzia Curran. Niemal sowo w sowo. No dobra - westchna. - Przyznaj, to nie by najlepszy z moich pomysw. Macie co poza ciaami? Jim wrczy jej rulon. Rozcigna go i zmarszczya czoo. - Masz, trzymaj tutaj, a ty, Jim, zap tutaj. Dobra, teraz go rozwicie.Czyby naprawd chciaa, ebym si ruszya? Chyba oszalaa. Podreptalimy w przeciwne strony, rozwijajc rulon na ca dugo. Studiowaa przez chwil rysunki, po czym kiwna do siebie gow, a do nas machna rk. - Moecie puci. Domylacie si ju, z jakiej mitologii pochodzi wasz delikwent, prawda? Strzeliam w ciemno. - Hinduizm. Mamy dungl, ruiny z budowl w stylu wityni drawidyjskiej, rydwan cignity przez sonie oraz faceta z du iloci gw i ramion. Poza tym jest tygrysowaty czterorki stwr. W niewielu mitologiach wystpuj istoty o humano-idalnych ksztatach z tak iloci nadprogramowych koczyn i bw. Wielogowe smoki owszem, wielorcy giganci tak, ale nie na stworach I L O N A A N D R E W S ludziopodobnych. I ta dziewczyna mwia do jednego z Rozpruwaczy asaan". Sprawdziam, to zwrot uywany w stosunku do guru bd drawidyjskiego wyznawcy sztuki wojennej. Dali przyjrzaa mi si z uwag. - Te nie jeste gupia. - Uhm. Ale to wszystko, co wiem. - Wydaje mi si, e to rakszasa. - Trcia trupi korpus stop. - A jeli mam racj, jestecie w dupie. - Na pocztku by Wisznu, wtedy nazywany Na- rajana, wcielenie najwyszej boskoci. Dali usiada na pododze obok cia. - Narajana unosi si na powierzchni wszechobecnych wd, otulony splotami biaego wa i wietnie si bawi, dopki z ppka nie wyrs mu kwiat lotosu. W pku odrodzi si Brahma, twrca wiatw. Brah- ma rozejrza si, dostrzeg dryfujcego, szczliwego Narajan i ni z tego, ni z owego ogarn go obsesyjny lk, e kto moe skra t wod. Dlatego stworzy czterech stranikw, dwie pary. Pierwsza dwjka przysiga czci wod, byy to jaksze. Druga para przysiga strzec wody, byy to rakszasy. - Przejd do mocnych i sabych stron - zada Jim. - Rakszasy to urodzeni wojownicy. Zostay w tym celu stworzone. Wedug legendy s poczynane i rodz si jednego dnia, a potem rosn bez przerwy, a do osignicia wieku matki. S misoercami, nie maj skrupuw przed jedzeniem take i ludzkiego misa. Wystpuj w rnorakich ksztatach i gabarytach. S wietnymi iluzjonistami i magami. Westchnam. Coraz lepiej. - Mylaam, e rakszasy to poczenie czowieka i tygrysa, co jak zmiennoksztatny w formie bojowej, tylko z tygrysim bem. R O Z D Z I A D W U D Z I E S T Y [ 1 3 6 - Rzeczywicie, zwykle opisuje si je jako tygry- sopodobne stwory, ale to dlatego, e tygrys jest naj-straszniejsz istot, jak potrafi przedstawi hinduski artysta. Sonie s co prawda wiksze, ale to rolinoercy, a poza tym trzymaj si z dala od ludzi, podczas gdy tygrysy to bezszelestni mordercy, ktrzy poluj na ludzi. Humanoidalny tygrys posiadajcy inteligencj oraz dodatkow par ramion, brzmiao to jak ucielenienie grozy z najgorszych koszmarw. - Rakszasy, zdajc sobie spraw ze strachu, jaki wzbudza tygrys, czsto przyjmuj jego form. Jednake legendy mwi, e mog by one pikne, jak i brzydkie. Z trzech braci rakszas jeden moe by pikny ponad ludzkie wyobraenie, jeden moe by gigantem, a jeden posiada nawet dziesi gw. Ale to zaley. Niektre rda twierdz, e nie da si zobaczy rakszasy w pierwotnej formie, a tylko w tej, ktr w danym momencie przedkada ponad inne. - Co jeszcze? - zapyta Jim mikko. - Potrafi lata. Cudownie. - Nasze nie latay. Za to skakay niewiarygodnie wysoko. - Moe przez niski poziom magii. Albo bdny przekaz, albo przez niewystarczajc ilo ludzi, ktrzy wierz w dany mit. Albo wszystkie wymienione. Wybierzcie sobie, jak wam pasuje. - Czy rakszasy potrafi zablokowa w jaki sposb przemian zmiennoksztatnego? - zapytaam. Dali zastanawiaa si chwil. - S zmiennoksztatnymi, lecz innymi ni my. Bazuj na iluzjach. Wspominaa, e zdjy ludzkie skry? Trudno uwierzy, e zapomnielibycie zabra czego takiego. Skupiam si, przypominajc sobie scen wychodzenia z domu. - Skry znikny.- Wanie. - Przytakna Dali. - To dlatego, e, technicznie rzecz biorc, w ogle nie istniay. Magia nie magia, ale R O Z D Z I A D W U D Z I E S T Y [ 2 5 6 upakowanie czego takiego - trcia stop trupa - w ludzk skr, jest fizyczn niemoliwoci. Wchaniaj ludzi w pewien sposb, fizycznie, mentalnie lub duchowo, albo na kady z tych sposobw, a potem przyjmuj jego form. Naraz pojam. - Zdzieranie skry byo iluzj. Miao stanowi element zastraszenia. - Dokadnie. Udawali, e cigaj skr, eby was zdekoncentrowa. Rakszasy s wyjtkowo aroganckie, podstpne, lecz niezbyt bystre. Ich legendarny krl, Rawana, jest najlepszym tego przykadem: dziesi gw, ale niewiele w nich mzgu. Latajcy paac, ktry widzielicie, zakadajc, e nie zwariowalicie zbiorowo, to prawdopodobnie wimana Puszpaka, staroytna machina latajca. Rawana wykrad go poprzedniemu wacicielowi i lata nim w t i we w t, a natkn si na odpoczywajcego Sziw Niszczyciela. - Dali zawiesia gos dla dramatycznego efektu.Hinduistyczne wierzenia nie byy moj mocn stron, jednak nawet ja syszaam o Sziwie. adnego boga o przydomku Niszczyciel wiatw nie naleao traktowa lekko. Gdy nie przebywa w domu, cieszc si towarzystwem ony i dwch synw, biega po lasach owinity kobrami, z zarzucon na plecy wieo zdart, ociekajc krwi skr z tygrysa. Najstraszliwsze bestie skrowa jednym dotkniciem maego palca. Jego gniew przyrwnywano do Rudry, ryczcej burzy. W gronym aspekcie by absolutnie przeraajcy, w agodnym skory do miechu. Na czole mia trzecie oko, ktre skierowane na zewntrz palio wszystko na jego drodze, okresowo niszczc cay wszechwiat. Do wszystkiego, co tyczyo si Sziwy, naleao podchodzi w biaych rkawiczkach, bio- kombinezonie czwartej klasy i najlepiej w czogu. Dali umiechna si, podejmujc opowie. - Rawana rozsierdzi Sziw. Wtedy Niszczyciel wiatw uwizi go w klatce o kamiennych prtach. Trzyma tam Rawan, kac mu piewa, dopki nie znudzi si R O Z D Z I A D W U D Z I E S T Y [ 1 4 0 suchaniem i nie wypuci. Rawana by modelowym rakszas, aroganckim kabotynem, kierujcym si impulsem. Inni staraj mu si w tym dorwna. Macie do czynienia ze straszliwymi bufonami, przekonanymi o wasnej wyszoci. Jestecie dla nich jadaln publik. Wykorzystaj kad sztuczk, eby uzyska teatralny efekt, uwielbiaj robi z siebie widowisko dla tumw. Jeli czyj gwn rozrywk stanowio zabawianie tuszczy, Pnocne Rozgrywki nadaway si do tego idealnie. Odwrciam kubek do gry dnem. Kawy nie byo. Nawet jeli, to turniej traktowali jako element poboczny. Chodzio im o klejnot. Dlaczego tak im na nim zaleao? W tym caym morzu oderwanych informacji adne kawaki nie ukaday si w logiczn cao. Otworzyam usta, chcc zapyta Dali o topaz, ale Jim by szybszy. - O co chodzi z t dungl? Skrzywia si. - Nie mam pojcia. Moe to jaka nisza gbszej magii. Albo portal do magicznej krainy. Musiaabym mie wicej informacji, eby wypowiada si na ten temat. A przy okazji, pi mi si chce tak, e jzyk przyklei mi si do podniebienia. Jim przynis jej z kuchni szklank wody. Wypia poow jednym haustem. - Podsumowujc, rakszasy nas nie znosz. - Nas, w sensie zmiennoksztatnych czy nas, w sensie ludzi? - zapytaam. -Jednych i drugich. W tym miejscu wracamy do Rawany. Rawana by bardzo przewrotny i ta wanie cecha doprowadzia go do zguby. Pdzony dz zdobycia niemiertelnoci postanowi przechytrzy samych bogw. Posiada dziesi gw. Raz na kade sto lat odrbywa sobie jedn, skadajc j w ofierze. Gdy zostaa mu ostatnia, bogowie zeszli na ziemi w swej niebiaskiej chwale i zapytali, czego chce w zamian za tak wielkie oddanie. Rawana poprosi j I L O N A A N D R E W S 0 to, aby adna istota nie moga go zabi. W swej pysze wymieni wszystkie stworzenia prcz ludzi 1 zwierzt, uznajc je za zbyt sabe, eby mogy mu zagrozi. Kiedy otrzyma swj dar, ruszy na podbj niebios. Spali miasto bogw i zabi niebiaskie tancerki. Wtedy Wisznu wpad w gniew. Zstpi na ziemi i, odrodziwszy si w ludzkiej postaci jako Rama, zebra armi zwierzt i z ich pomoc pokona Ra- wan. Jeli rakszasy byy tak zadufane, jak twierdzia Dali, to musiay nienawidzi ludzi i zwierzt z moc tysica soc. Zmiennoksztatni za czyli w sobie obie te rasy. Dwa w jednym. Z tej perspektywy zacieka wrogo Rozpruwaczy wzgldem mieszacw stawaa si jasna. - Czy w mitologii jest co o topazie zwanym Wilczym Diamentem? Wielkim tym kamieniu? - zapytaam. Dali zmarszczya czoo. - Topaz jest powizany z Bryhaspati, Jowiszem. -Tym romaskim bogiem? - upewni si Jim. - Nie, z planet. Nie cay wiat krci si wok grecko-rzymskiego panteonu, Jim. Take Ru- dra Mani, klejnot Sziwy, jest ty. Sziwa nosi go na szyi. Swoj drog, to Sziwa wanie obdarzy rakszasy zdolnoci latania. - Ten kamie jest wielki - wtrciam. - I potny. - Rudra Mani jest bardzo duy. Wielkoci gowy noworodka mniej wicej. Saiman mwi raczej o rozmiarze pici... Albo bya to wielka pi, albo bardzo mae dziecko... No, chyba e mia na myli swj kuak w pierwotnej formie. -1 co z tym kamieniem? Dali wywrcia oczyma. - Uwaany jest za symbol czystoci. Z drugiej strony przypominam, e naley do Sziwy, z ktrym nigdy tak naprawd nic nie wiadomo. To istota, ktra jednego dnia, znajdujc dziecko rakszasy, uznaje, e jest sodkie, i dlatego daje mu umiejtno latania, a innym razem miady demony dla zabawy. R O Z D Z I A D W U D Z I E S T Y [ 1 4 2 Jim skrzyowa ramiona po napoleosku. - Jednym sowem mamy do czynienia z kamieniem nalecym do dualistycznego boga ze spaczonym poczuciem humoru. - Mniej wicej. Niewiele wiadomo o Rudrze Mani, ale sprawdz to. Nie wiemy te, czy klejnot, o ktrym mwicie, jest Rudr Mani czy zwykym wiecidekiem. To wszystko wyglda do mglicie. Kamie moe znaczy wiele lub nic. Nie zdziwiabym si, gdyby jednak okaza si Rudr Mani. Caa ta sprawa a kipiaa od mitologii. Mielimy rakszasy zwizane z Sziw i osadzone w wierzeniach hinduistycznych. Sziw, ktry posiada duy ty kamie oraz rakszasy, ktre wziy udzia w turnieju, aby zdoby wielki ty klejnot. Trudno uzna co takiego za zbieg okolicznoci. Dobrze, e przynajmniej nie grozia nam obecno Sziwy. Rozbysk min, wic nie mg si ujawni. Nie, Sziwa by bogiem w kadym calu. Spojrzaam na krwawy strzp, ktry tak niedawno walczy na arenie z Saimanem. Przy czterorkim olbrzymie wyglda niepozornie. - Czemu on nadal jest w ludzkiej skrze? - zapytaam. Dali popatrzya na mnie zbita z tropu. -Co? - Ten tutaj. Jego kolesie przy pierwszej okazji zdarli skr, zaczli rycze i wymachiwa wszelkimi dostpnymi koczynami. A topornik nadal jest w ludzkiej formie. Dlaczego? Dali odstawia kubek. - Hm, zakadasz z gry, e to nie czowiek. Ale nawet jeli to rakszasa, moe po prostu nie chcia zmieni formy. Mwia, e udaj ludzi, pewnie nie zmieni si, eby nie spali przykrywki.2 6 0 | I L O N A A N D R E W S - Saiman zrobi z niego miazg - wtrci Jim. - Uwierz, zmieniby si. To kwestia instynktu przetrwania. Fakty zaczy tworzy w mojej gowie pewien obraz. By niepeny, ale podsun mi konkretn myl. - A moe nie mg? Moe co go powstrzymywao? Podobnie jak u Dereka. Jaki przedmiot, zaklcie, co, co tumi magi. - Co, co umoliwioby te oszukanie m-skane- rw - podchwyci Jim. Dali zrzucia buty i zacza zdejmowa sukienk. - Musz si przemieni. W zwierzcej formie jestem wraliwsza na magi i mam lepszy wch. Odwrciam wzrok. Zmiennoksztatni dzielili si na dwie grupy. Jedni byli bardzo wstydliwi, drudzy nie mieliby oporw przed rozebraniem si na rodku gwnej ulicy. Dali bez wtpienia naleaa do tych drugich. Niski ryk wielkiego kota przetoczy si kaskad dwikw po mojej skrze. Podniosam gow. Na rodku pokoju sta biay tygrys. Janiejcy niczym niegowy posg spoglda na mnie bkitnymi lepiami, ogromny, nierzeczywisty jak duch pnocy, tajgi i zimowych polowa. Ciemne pasy znaczyy jej opywowe ksztaty krucz czerni. Bya czym wicej ni zwykym zwierzciem, wicej ni zwierzc form zmiennoksztatnego, bya esencj majestatu. Zaparo mi dech w piersiach.A potem kichna. I jeszcze raz. Zamrugaa, podnoszc eb. Dostrzegam wpatrzone we mnie jedno niebieskie oko. Drugie zwrcone byo w bok. Zjawiskowy tygrys zezowa jak kot syjamski. Tygrysica uniosa ap, patrzc na ni zdziwiona. Postawia j na ziemi i rykna oszoomiona. - Tak, to twoje apy - powiedzia Jim spokojnie. Na dwik jego gosu wielki kot cofn si i, potknwszy o trupa, klapn na nim niezgrabnie. - Usiada na dowodzie - zauway Jim. Tygrysica zerwaa si i obrcia, omal nie zbijajc R O Z D Z I A D W U D Z I E S T Y [ 1 4 5 mnie z ng wielkim zadem. Prychna pytajco. - Tak, jest tu nieywa istota. Po si, Dali, uspokj. Zaraz oprzytomniejesz. Tygrys uoy si na pododze, ypic podejrzliwie na trupy. - Po przemianie miewa krtkotrwae zaniki pamici - wyjani Jim. - Zaraz jej przejdzie. Ten zez te zniknie. Niektre koty reaguj w ten sposb na stres. - Bywa agresywna? - Nie chciaam sobie nagra- bi uyciem przemocy wobec zezowatego tygrysoa- ka z amnezj. Twarz Jima przybraa dziwny wyraz, tak nietypowy, e dopiero po chwili zidentyfikowaam go jako przejaw zakopotania. - Nie. Rzyga po surowym misie i krwi. -Co?! - Nawet ci nie drapnie, zaczaby wymiotowa. Jest wegetariank. O rany. -Ale w zwierzcej formie... -Je traw. Nie pytaj.I L O N A A N D R E W S Dali podniosa si, wchajc korpus czterorkie- go. Przesuna bem, poczwszy od stp, niemale dotykajc nozdrzami ciaa. Wioda nosem po zakoczonych pazurami palcach, wzdu nogi, polizaa rzepk kolanow i obniuchaa udo. Po dotarciu do krocza wrcia, powtarzajc operacj z drug nog. Cay proces zaj jej okoo piciu minut. - Masz co? - zapytaam. Dali potrzsna wielkim bem. Niech to. No to wracalimy do umierajcego w wannie Dereka. - Dobra - rzek Jim. - Zmie si, co mi przyszo do gowy. Tygrysica skina. Biae futro zafalowao, minie zadray i nic poza tym. - Dali? - Gos Jima by spokojny i opanowany. Skra tygrysa uniosa si, ale opada na miejsce. Bkitne lepia wypenia panika. Tygrysica ruszya, w szaleczym pdzie okrajc pokj, tratujc ciaa. Potrcona ogonem lampa spada, zasypujc podog okruchami szka. Dali przebiega po odamkach, wpadajc na wiszcy na cianie ekran LCD. Metalowa rama zsuna si z haka i monitor run wprost na eb Dali. Skrzywiam si. Dali odskoczya oguszona, a jej rozszalae oczy napotkay wzrok Jima. Stan jej na drodze i patrzy. Dali zadraa, jec si i prychajc. Jim nie drgn, wpatrujc si w tygrysa zielonymi lepiami. Dali znieruchomiaa na moment, po czym z cikim westchnieniem lega na pododze. Kocur alfa w akcji. Jim uklkn przy niej. - Nie moesz si zmieni? Niskie miauknicie oznaczao prawdopodobnie tak". Z wielkich ap Dali cieka krew, plamic bia sier. Przy jej awersji pewnie nawet nie wylie ran. Wziam apteczk Doolittle'a, wyjam pset i kucnam przy tygrysicy. j I L O N A A N D R E W S Wycigna ku mnie ogromn ap. W poduszkach tkwiy trzy odamki szka, trofea po chwalebnej walce z lamp. - Sprbuj si zmieni jeszcze raz - nakaza jej Jim. - Nie napinaj si, niech to bdzie spokojny nacisk. Uchwyciam pset pierwszy okruch, wyrywajc go jednym ruchem. Krew popyna mocniej. Dali szarpna si, pocigajc mnie za sob. Skrzywiam si, rana w boku zapieka. - Nie ruszaj si - poprosiam. Dali miaukna, ale rozlunia ap. Rana nadal krwawia. Przytknam do niej gaz. Bez efektu. Cholera. Miaa takie same objawy jak Derek - niemono przemiany, zahamowana regeneracja. Upuciam zakrwawiony kawaek mlecznego szka na pokrywk apteczki. - Niech przemwi zapachy. - Gos Jima by rwny, kojcy. - Wyczua co dziwnego w ciaach? Dali pokrcia bem. Wyjam kolejny okruch. - Czujesz co niepokojcego oprcz problemw ze zmian formy? Dali miaukna ponownie. To wanie problem ze zmiennoksztatnymi - w zwierzcej formie nie mogli mwi, a wikszo take pisa. Musielimy poprzesta na pytaniach, na ktre dao si odpowiedzie tak" lub nie". Zapaam ostatni kawaek, ale pseta zelizgna si. Tkwi bardzo gboko. - Dali, rozcapierz ap. Rozsuwajc poduszki, odruchowo wysuna pazury. - Dzikuj. - Zacisnam narzdzie na odamku i pocignam. Tygrysie ciao zawrzao pod moimi palcami i naraz zamiast apy, trzymaam ludzk rk. - O Boe. - Gos Dali dra od wysokich tonw. - O Boe. - Co zrobia? - Jim wbi w ni intensywne spojrzenie, jak w upatrzon ofiar. Po policzkach Dali pocieky zy. R O Z D Z I A D W U D Z I E S T Y [ 1 4 8 - Mylaam, e ju na zawsze utknam w zwierzcej formie. - Rozejrzaa si wok. - Zrujnowaam cay pokj. I twoja rana... Przepraszam. - Nic si stao - mruknam, ogldajc odamek. Wydawa si tawy. Dziwne, klosz by biay. - Jestem przyzwyczajona. Podoyam gazik pod psetk, w razie gdyby okruch wypad, i podeszam do okna. Odamek poyskiwa, rzucajc tawy cie na bia gaz. No, prosz. Jim zmarszczy brwi.R O Z D Z I A D W U D Z I E S T Y [ 2 6 5 - Topaz? - Tak sdz. W sumie zao si, e to odprysk Wilczego Diamentu. - Wszystko pasowao. Rozpruwacze potrzebowali klejnotu, chcieli uy go jako broni przeciw zmiennoksztatnym. Dwa plus dwa dawao tawy okruch. - Mylisz, e hamuje transformacj? Jim rozci sobie pazurem wntrze doni, wyj z psety odamek i woy w ran. Oczy zapony mu zieleni, wargi zadray, a minie zafaloway, jec woski na przedramionach. Spojrzenie nabrao dzikoci, jak u jaguara, ale ciao pozostao ludzkie. Bez sowa wyszarpn ty okruch i rzuci na gaz, jakby parzy. To byo to. Topaz, bro, dziki ktrej rakszasy zamierzay zniszczy Gromad. Klejnotu nie mona byo skra - eby unikn kltwy, naleao go wygra. Wziy udzia w turnieju, aby zdoby kamie, a potem planoway pewnie poci na mae kawaeczki i uy do zablokowania transformacji zmienno- ksztatnych w zwierzta lub formy porednie. Bez przemiany i moliwoci samoleczenia Gromada stanie si dla rakszas armi misa. - Musiaam na niego nadepn, kiedy wpadam na trupa - mrukna Dali. - Stratowaam, chciaa powiedzie - poprawi j Jim, wzdrygajc si, jakby otrzsa si z wody. - Jeden z nich musi tkwi w dzieciaku, cho m-skaner go nie wykry. j I L O N A A N D R E W S Dali dotkna okrucha opuszkiem palca. -Jest za may. M-skanery nie s na tyle czue, by wykry tak niski poziom magii. - Nie mam zamiaru ci Dereka na kawaki, eby go znale. Chopak tego nie przeyje. Musi by jaki inny sposb - zastanawia si Jim. W mojej gowie skrystalizowa si plan. - Jad do Macon. Jimowi zaiskrzyy si oczy. -Julie, twoja podopieczna. Uczy si w szkole pod Macon. I jest niezwykle wraliwa na magi. Julie, dziecko, z ktrym los zetkn mnie podczas rozbysku, miaa wyjtkowy talent. Potrafia odczyta linie magii lepiej ni najczulszy m-skaner. Umieciam j w najlepszej szkole prywatnej w okolicy, tylko dwie godziny drogi od linii geomantycznej. -Jeli ktokolwiek umie znale odamek w Dere- ku, to wanie ona. 150 ILONA ANDREWS Rozdzia dwudziesty pierwszy Zabbniam palcami o kontuar. Wsuchujc si w sygna, poprawiam opatrunek na boku. Rana nadal krwawia. Usyszaam kliknicie, a zaraz potem w suchawce odezwa si damski gos. - Pani Daniels? -Tak? - Nazywam si Citlali. Jestem wychowawczyni Julie. - Tak, pamitam. - Przed oczyma stan mi obraz niskiej brunetki o oczach madonny. Silna empatka. Empaci na podobiestwo surferw unosili si na falach ludzkich emocji, doznajc uczu alu czy radoci tak, jakby byy ich wasnymi. wietnie sprawdzali si w zawodzie psychologa, cho bywao, e pacjenci przyprawiali ich o pomieszanie zmysw. Zaspiam si. Co byo nie tak. Nie prosiam do telefonu wychowawcy. - Pani Daniels... - Kate. ROZDZIA DWUDZIESTY P IERWSZY | 151 -Jest pani prekognitk, Kate? - Nie, a dlaczego pani pyta? - Pisaam wanie do pani list w sprawie Julie i zaczam podejrzewa, e moe cignam pani mylami. Tylko nie to. - Co z Julie? - Nic powanego, drobne problemy. Julie bya jednym wielkim problemem pdzcym wierzchem na problemie i poganiajcym go problemowym batem. Ale Julie bya te moja, wic mimo grzecznego tonu Citlalli, natychmiast zjeyam si gotowa do obrony. - Prosz mwi - mruknam, starajc si po-wcign wrogo. - Z winy dugiej przerwy w edukacji bdzie musiaa powtrzy klas. - Mylaam, e ustaliymy t kwesti podczas jej przyjcia? - Pod wzgldem nauki wyprzedza program. Nie mam wtpliwoci, e do koca roku dogoni rwie-nikw - zapewnia mnie Citlalli. - Jednake ma ko-poty z integracj spoeczn. Ostatnie dwa lata mieszkaa na ulicy, ukrywajc si przed gangami. Na dodatek chopak zrobi jej pranie mzgu. Czego si wic spodziewali? Citlalli odchrzkna. Moja irytacja musiaa by tak silna, e kobieta j wyczua. Odetchnam, oczyszczajc umys. Emocje ucichy, ukryte w gbi jestestwa. Nauczyam si tej techniki medytacyjnej ju w dziecistwie. Rzadko z niej korzystaam, lubi- ROZDZIA DWUDZIESTY P IERWSZY | 152 lam poddawa si emocjom. Lk, gniew, oburzenie, mio, odwaga, wszystkie wykorzystywaam jako dopalacze podczas walki. Wiedziaam jednak, jak je stumi, a z wiekiem przychodzio mi to coraz a-twiej. - Przepraszam, nie chciaam pani urazi. Mwia pani o problemach Julie? - Dzikuj. Dzieci w jej wieku potrafi by bar-dzo okrutne. Rozwijaj wasn tosamo. Wane staje si dla nich miejsce w hierarchii grupowej. Julie ma poczucie niszoci. Ma spore zalegoci w nauce, wic nie moe wybi si na tym polu, eby zyska uznanie. Nie celuje te w sportach, co jest czciowo win dugiego okresu niedoywienia, ale te nie jest w tym kierunku szczeglnie utalentowana. Mamy tu kilku wybitnych sportowcw, a ona zdaje sobie spraw, e nigdy im nie dorwna. Nie wyrnia si take w dziedzinie walk. Co prawda ci, ktrzy wiedz o jej darze, s pod jego ogromnym wraeniem, ale modzi ludzie ceni sobie bardziej efektowne przejawy magii. - Innymi sowy, Julie nie jest sportsmenk, nie jest wojownikiem, bierze korki, a jej magia jest ni-jaka, bo nie zieje ogniem ani nie topi metalu mrug-niciem oka. - W skrcie. Niektre dzieci w podobnej sytuacji sigaj do rodzinnej historii, aby umocni swoj po-zycj wrd rwienikw. - A Julie nie ma adnych znamienitych krewnych. - adnych bohaterw, adnych wielkich magw. ROZDZIA DWUDZIESTY P IERWSZY | 153 - Ma pani. 270 ILONA ANDREWS -Ach. - Opowiada rne historie. Pikne, przeraajce opowieci o demonach, boginiach i wiedmach. Wiem, e to prawda, bo czuj jej szczero. Jednak dzieci... - Wymiewaj si z niej, bo myl, e kamie. - Tak. Kontrolujemy sytuacj. Nikt nie zrobi jej krzywdy, aczkolwiek Julie jest do porywcza... -Jest jak odbezpieczony granat. - Mwic wprost. Ma n. Zamknam oczy, liczc do trzech. Zabraam dziewczynce wszystkie noe, dwa razy przeszuka-am j i bagae, zanim opuciam szko. - Nie chce si z nim rozsta. Moglibymy zabra go si, ale to byoby bolesne dla jej i tak znkanego ego. Lepiej, gdyby oddaa n dobrowolnie, a jedyn osob, ktra mogaby Julie do tego nakoni, jest pani. Zerknam na zegarek. Jedenasta. A czuam si, jakby ju by wieczr. -Jaki Julie ma dzisiaj plan zaj? - Do pierwszej zajcia wyrwnawcze z algebry, potem przerwa obiadowa, wykad z arkan do trze-ciej, lekcja nauki o spoeczestwie i ucznictwo do pitej... - Czy ucznictwo to zajcia grupowe? - Tak, na wolnym powietrzu. Jeli si pospiesz, powinnam dotrze tam przed pit. - Mam do pani wielk prob. Prosz podej do Julie podczas obiadu i tak, eby inne dzieci syszay, ROZDZIA DWUDZIESTY P IERWSZY | 271 powiedzie, e ciotka przyjedzie po ni w czasie ucznictwa. - Oczywicie. - Dzikuj. Odoyam suchawk. - Dzieciak w porzdku? - zapyta stojcy w progu Jim. - Tak. Jad po ni. - Wyl z tob kogo. - Nie potrzebuj obstawy. Jim wspar si o blat, nachylajc ku mnie. - Zawsze zakadam najgorsze. Ja wyledzibym, gdzie zabrano moich martwych towarzyszy, trafi-bym tutaj i obserwowa dom. Poszedbym potem za tob i zaatakowa, gdy bdziesz najsabsza, czyli gdy bdzie przy tobie dziecko. Ty umierasz. Julie umiera. Umiera Derek. Nie mwi ci, jak macha mieczem. To twoja domena. Moj jest ochrona. We kogo ze sob. Magozaklcie Doolittle'a wreszcie zadziaao, rana przestaa krwawi. - Podaj mi naft - poprosiam. Jim wyj z szafki buteleczk i zapaki. Pode-szam do zlewu, wrzuciam zuyty opatrunek, pola-am naft i podpaliam. - Dobra. Daj mi Rafaela. - Boud? - Jim skrzywi si pogardliwie. - Chcesz w to wcign boud? - adne z was nie moe ze mn i. Gdyby nie zauway, rozesano za wami listy gocze. Ale mnie Curran nie kaza szuka. 272 ILONA ANDREWS - Wydajesz si tego pewna. Znaam sposb mylenia Currana. Chcia mnie dopa osobicie, schwytanie czyimi rkoma nie sprawioby mu takiej satysfakcji. Nie pozbawiby si tej przyjemnoci. Oczywicie wspomnienie o tym Jimowi musiaoby si skoczy opowiadaniem o rozmowie, w ktrej pady sowa: Nie tylko si ze mn przepisz, ale bdziesz o to bagaa, a po wszystkim podzikujesz". I o porannych odwiedzinach. Oraz serwowaniu kolacji nago. Co mi, do licha, odbio, eby si z nim caowa? - Curran nie ma nade mn wadzy - wyjaniam, ostronie dobierajc sowa. Miaam nadziej, e Jim to kupi. - Nie posiada mocy prawnych do kontrolo-wania moich poczyna. Wydanie Gromadzie naka-zu schwytania mnie byoby rwnoznaczne z sankcjonowaniem porwania stra prawa. - Co oczywicie nie powstrzymaoby Currana. - Pozwl mi zabra boud. - A jeli doniesie na nas Curranowi? - Kocha si w mojej przyjacice. Poprosz go tylko, eby pojecha ze mn po Julie. Nawet nie bdzie wiedzia, e ma to co wsplnego z wami. Jim pokrci gow, ale wybra numer i poda suchawk. - Ty z nim rozmawiaj. Wsuchiwaam si w sygna. - Moesz mi podstawi konie na zjedzie do Ma- con? Tylko jakie wystrzaowe, takie, ktrych sama bym w yciu nie wybraa? - Nie ma sprawy. ROZDZIA DWUDZIESTY P IERWSZY | 273 Wreszcie w suchawce rozlego si mikkie gru-chanie Rafaela. - Halo? - Rafael? Chciaabym prosi ci o przysug. Rafael czeka na mnie przy linii geomantycznej, opierajc si o jeepa. Samochd zosta przerobiony, by napdzany zaklt wod i wyglda, jakby prbowa wyrzyga silnik przez mask. Rafael za to wyglda... Brako mi sw. Stre-ciam mu plan w rozmowie telefonicznej, ale efekt przeszed moje najmielsze oczekiwania. Mia na sobie wysokie, cikie buty do kolan, obcise sk-rzane spodnie, kamizel, ktra opinaa si na torsie niczym druga skra, a wszystko w kolorze gbokiej czerni. Przez rami przerzuci karabin, a u pasa przytroczy szeroki, prawie metrowej dugoci miecz w krtkiej pochwie. Miecz byby zbyt ciki dla przecitnego czowieka. W grnej czci ostrza zdobiy go wygrawerowane czarne runy. To wszystko plus kaskada czarnych wosw i bkit oczu dawao oszaamiajcy efekt. Nie wiedziaam, czy po tym szoku bardziej przydaby mi si kardiolog do przywrcenia akcji serca, czy te chirurg do nastawienia uchwy. Dwie przewoniczki czekajce na transport spo-glday na Rafaela, starajc si nie lini zbyt jawnie. Przechodzc obok, usyszaam, jak jedna z nich, ruda, trcajc koleank okciem, mwi: 7 ILONA ANDREWS - Czuj krwaw fors. Amunicja. Naboje byy drogocennym towarem. W niektrych miejscach przyjmowano je zamiast gotwki, std powiedzenie krwawa forsa". Rafael bysn do nich umiechem. - Rozbj na drodze to nie moja dziaka. - Szkoda, daabym ci si rozbuja. Rafael skoni si dwornie. Kobiety wydaway si bliskie omdlenia. Przemaszerowaam kilka krokw i stanam przy nim, eby dziewczyny nie zapomniay, po co tu s i nie wymitosiy mi ochroniarza. - Popsujzabawa - prychna ruda, zezujc na mnie. Rzuciam jej grone spojrzenie. Obie cofny si na drugi koniec platformy. Trudno im si dziwi. Te si wystroiam. W przeciwiestwie do lnicego od stp do gw Rafaela postawiam na matow czer impregnowanej skry. Dodatkowo od ramion po czubki mikkich butw okrywa mnie zamaszysty paszcz Jima. Wygldaam jak plama mroku o kobiecym ksztacie. Jim nie by zbyt szczliwy, poyczajc mi swoj ulubion cz garderoby, ale nie posiadaam stroju odpowiadajcego moim planom, a nie miaam kiedy i gdzie go zdoby. ylimy czasem poyczonym od Dereka, a ten kurczy si niewiarygodnie szybko. W paszczu prezentowaam si stosownie niebezpiecznie i tajemniczo. Brakowao mi jedynie wielkiego neonu nad gow: CIKI PRZYPADEK. 8 ILONA ANDREWS ZAINTERESOWANI USZKODZENIEM CIAA - FORMULARZE PO PRAWEJ. ROZDZIA DWUDZIESTY P IERWSZY | 275 Rafael umiechn si szeroko. - Sprbuj si zamia, a oberwiesz - zagroziam. - Po co ci karabin? I tak wszyscy wiedz, e nie umiesz strzela. Kto wszyscy? Niech stan przede mn, najlepiej nie dalej ni trzy metry, a przedyskutuj z nimi t kwesti szczegowo. - Strzelam wystarczajco dobrze. - Pudowaam tylko w osiemdziesiciu procentach. W kadym razie broni paln. Z kusz radziam sobie lepiej, a z noem cakiem niele. - Wiesz, e te runy na twoim mieczu s bez sensu? - Tak, ale dobrze wygldaj. Linia zamigotaa. Niektrzy poetycko przyrw-nywali ten efekt do unoszcego si nad asfaltem go-rcego powietrza. W rzeczywistoci wygldao to bardziej konkretnie - krtkie, kontrolowane pulsa- cje, jakby niewidoczna przykrywka uchylaa si, wypuszczajc kby znieksztace, a potem gwatownie zatrzaskiwaa. Z prdem geomantycznym nie byo artw. P metra pod ziemi pyna rzeka czystej magii. Porywaa wszystko, co znalazo si w jej zasigu i unosia z prdkoci stu do stu szedziesiciu kilometrw na godzin. Kade stworzenie na tyle gupie, by wdepn w nurt, mogo poegna si z koczynami. Wikszo poruszajcych si lini korzystaa z takswek - spitych w kolejk drewnianych platform, ale do jazdy nadawao si cokolwiek na tyle mocnego, eby utrzyma ciao. Samochd, ROZDZIA DWUDZIESTY P IERWSZY | 276 deska surfingowa, kawaek dachu. Widziaam nawet faceta jadcego na drabinie. Ryzykant. 9 ILONA ANDREWS Rafael wrzuci jaowy bieg. Popchnlimy samo-chd i wskoczylimy do rodka. Jeep przetoczy si po platformie, zsuwajc w rzek magii. Nurt chwyci nas w magiczne szczki. Poczuam nieprzyjemne sensacje w okolicach ppka. Samo-chd znieruchomia, jakby przytrzymany w niewi-dzialnym imadle, a ziemia pod nami zacza krci si, nabierajc szybkoci. Rafael wyj ksik i poda mi. Okadka, stwo-rzona w czasach, kiedy komputerowa obrbka zdj bya sztuk sam w sobie, przedstawiaa nieziemsko przystojnego mczyzn, ktrego stopa w ogromnym czarnym buciorze wspieraa si na truchle jakiego potwora morskiego. Zota grzywa wosw spywaa na szerokie bary, kontrastujc z opalenizn i odsaniajc czarn przepask na lewym oku. Biaa rozchestana koszula ukazywaa stalowe gry mini na perfekcyjnie wyrzebionej klacie, ugarnirowanej sterczcymi sutkami. Atletyczne uda rozpieray tkanin rozpitych spodni, luno obejmujcych wskie biodra, za strategicznie umiejscowiony cie skrywa najwiksz erekcj wiata. Krzykliwe, zote litery ukaday si w tytu: Korsarz i dziewica". - Czwarta cz cyklu do kolekcji Andrei? - do-myliam si. Rafael przytakn, odbierajc mi ksik. - Tamt, ktr chciaa, te kupiem. Moesz mi co wyjani? O rany. - Mog sprbowa. 10 ILONA ANDREWS Pacn ksik w obleczone czarn skr kolano. ROZDZIA DWUDZIESTY P IERWSZY | 277 - Pirat porwa brata tej laski i chce, eby przespaa si z nim w zamian za jego uwolnienie. Ci faceci to nie faceci. To tacy pseudo-zimne-dranie, ktrzy marz o mioci porzdnej" kobiety. - Nie artuj, e to czytae? Rafael zgromi mnie wzrokiem. - Oczywicie, e czytaem. Te ksiki s generalnie o piratach i dziewczynach, ktre ci porywaj, eby si z nimi bzyka i eby kto mwi im, jak maj y. Wow. Musia chyba czyta powie pod kocem z latark, eby unikn zaczepek i podejrze o zmian orientacji. Albo naprawd zakocha si w Andrei, albo cierpia na agonalny przypadek chcicy. - Ci gocie s strasznie twardzi i groni, wszyscy sikaj w gacie na ich widok, a potem taki facet spo-tyka jak dziewczyn i przestaje by superalf. Staje si zagubionym chopcem, ktry szuka zrozumienia i chce rozmawia o swoich uczuciach. -Jest jaka pointa tego wywodu? Rafael odwrci si do mnie. - Nie potrafi tak. Jeli Andrea tego ode mnie oczekuje, to nie mam najmniejszych szans. Westchnam ciko. - Kojarzysz zabawy w przebieranki? Francuska pokojwka, pielgniarka... - Uczennica szkoy katolickiej... Bingo. - Nie miaby nic przeciwko, eby Andrea zao-ya dla ciebie taki mundurek, prawda? ROZDZIA DWUDZIESTY P IERWSZY | 278 - Nie. - Wzrok mu si zaszkli; Rafael podryfo- wa umysem do jakiego odlegego miejsca. 11 ILONA ANDREWS Strzeliam palcami. - Rafael! Skup si. Zamruga, przytomniejc. - Podejrzewam, cho strzelam w ciemno, e An- drea te nie miaaby nic przeciwko, eby od czasu do czasu zaoy dla niej kostium pirata. Jednak nie radz porywa jej krewnych. Mogaby ci odstrzeli eb. Kilkakrotnie. Srebrnymi kulami. W oczach Rafaela pojawio si zrozumienie. - Ach, tak. - A skoro jestemy przy temacie, moe ty te mgby mi wyjani pewne sprawy Zamy, e jest jaki tam samiec alfa. Przypumy, e podoba mu si jaka samica. Co zrobi, eby... - Jak to nazwa? Pa-rzy si? Spkowa? - Dobra jej si do majtek? - podsun Rafael. - Tak. Wanie. Rafael rozpar si wygodnie. - C, przede wszystkim musisz wiedzie, e bo- udy to nie szakale, szakale to nie szczury, a szczury to nie wilki. Wszyscy maj swoje sztuczki. General-nie chodzi o wykazanie si sprytem, umiejtnocia-mi oraz udowodnienie, e jest si w stanie zapewni jej opiek i obroni j, a w przyszoci take mode. - Czy w gr wchodzi te wamywanie si do jej mieszkania? Rafael umiechn si pgbkiem. - Ach, wic Jego Wysoko wykona ruch. Poprosi ci ju o kolacj? - Nie mwi o sobie i Curranie - warknam. Zamia si cicho. ROZDZIA DWUDZIESTY P IERWSZY | 279 - W zasadzie tak. Chodzi o wejcie na czyj teren. Gromada posiada terytorium, ktre naley do wszystkich. Ale s miejsca tradycyjnie uznawane za domeny poszczeglnych klanw, jak dziaka wok domu boud. To bardziej umowne zasady, lecz zapewniaj prywatno klanow. Nie ma oficjalnych terytoriw klanowych czy indywidualnych, wic ich rol peni dom lub mieszkanie. Podczas godw samiec stara si udowodni, e jest na tyle przebiegy, aby wedrze si na teren samicy i wyj z tego cao. -Uhm. -Jak wspominaem, to zoona sprawa. I punkt honoru. Kady klan ma swoje tradycje. U szczurw najwaniejsze jest jedzenie. Gdy Robert, szczur alfa, stara si zwrci uwag Thomasa, wypcha jego materac M&Msami. Niewyszukane, jednak zadziaao. S ju ze sob dwanacie lat. Wilki przykadaj szczegln wag do wyrafinowania i konwenansw. Wemy Jennifer, samic alfa. Ma duo sistr, chyba z pi, z ktrymi dwa razy w tygodniu spotyka si na herbatce. S Angielkami. Wspomniaa kiedy jednej przyjacice, e jej serwis jest niekompletny i wyszczerbiony, i e przydaby si nowy. W tym czasie o wzgldy Jennifer stara si Daniel. Przypominam ci, e wilki maj fotograficzn pami. Wama si wic do jej domu i podmieni wszystkie naczynia na antyczny serwis w idealnym stanie. Kiedy wrcia do domu i otworzya szafki, wszystko byo tak, jak poukadaa. Kady talerzyk, filianka na swoim miejscu. Z tym, e od nowego 280 ILONA ANDREWS serwisu. W zlewie zostawia filiank z talerzykiem. Te te podmieni, a do filianki nala dokadnie tak sam ilo wody, jaka bya w starej. Rafael wzruszy ramionami. - Osobicie uwaam, e to troch sztywniackie, ale wilczyce rozwodziy si nad tym caymi latami. Co za klasa, elegancja, wysublimowanie... - Wywr-ci oczami. - A co robi boudy? - Nie mogam si oprze. Oczy mu zabysy. - Stawiamy na poczucie humoru. Kiedy moja mama musiaa wyjecha na krtko z miasta, tata przyklei wszystkie meble do sufitu. Wyobraziam sobie Cioci B. wchodzc do domu, gdzie meble stoj na suficie. Nie mogam powstrzyma chichotu. -1 jak zareagowaa twoja mama? - Wkurzya si o kota. - Kota te...? - Nie mogam uwierzy. - Och, nie - zaprzeczy pospiesznie Rafael. - Nie przyklei do sufitu kota, to byoby okrutne. Ale mama miaa klatk transportow, ktr przyklei. A potem wsadzi do niej kota. Zaczynaam podejrzewa, jak to si mogo sko-czy, lecz zbyt dobrze si bawiam, eby mu przery-wa. Pilnowaam, eby nie wybuchn miechem. - Kot si zdenerwowa i obsika wszystko, a po-niewa grny wiatrak by wczony, roznis siki po caym pokoju... Nie wytrzymaam i zgiam si wp. Rafael rechota ze mn. ROZDZIA DWUDZIESTY P IERWSZY | 14 - Tata prbowa posprzta, ale wsiko w dywan na amen. Nie przewidzia takich komplikacji. Nie by kociarzem. - Co takiego trudno pobi - wykrztusiam. -No. - Chcesz co zrobi dla Andrei? Umiechn si chytrze. - Myl o tym. To musi by co wyjtkowego. W kocu si wymiaam. - A co robi koty? - Koty s dziwne - pokrci gow. - Trudno po-wiedzie. Zamilklimy. - Wic co zrobi Curran? - zapyta wreszcie. Obrzuciam go spojrzeniem zwiastujcym szybk i pewn mier. Machn rk. - Daj spokj. Mw. Naley mi si za t wypraw. Curran moe mnie pocign do odpowiedzialnoci za pomaganie tobie i temu kocurowi. - Nie mwiam, e to zwizane z Jimem. - Przesta. Nie jestem gupi. Wic co zrobi Wadca Bestii? - Ale paszcza w kube, pamitaj. Kiwn gow. - Zakrada si do mojego mieszkania i patrzy, jak pi. Rafael si zaspi. - No, to do bezporednie. Nie spodziewabym si po Curranie szczeglnego wyrafinowania, ale to ILONA ANDREWS zbyt proste nawet jak na niego. Zrobi co dziwnego? Poprzestawia co? -Nie. Mars na czole Rafaela pogbi si. Zabbniam palcami o kierownic. - Z tego, co zrozumiaam, zabawa polega na tym, eby da zna samicy o swoim pobycie na jej teryto-rium i uj cao. Rafael przytakn. - Nie sdz, eby Curran chcia, ebym si o tym dowiedziaa. Nakryam go przypadkiem. Jaki jest wic sens stara udowodnienia swojego sprytu, sko-ro kobieta si o tym nie dowie? - Nie wiem. - Rafael popatrzy na mnie bezrad-nie. - Nie mam pojcia, co mu chodzi po gowie. No to byo nas dwoje.Rozdzia dwudziesty drugi wiat stan w miejscu. Samochd zatrzyma si gwatownie, a sia bezwadu wgniota mnie w fotel. Przez moment miaam wraenie, e atomy w moim ciele cieniy si, wbrew prawom fizyki, a potem strumie magii wyplu nas na bok. Jeep potoczy si kilka metrw, przystajc agodnie nieopodal ciemnowosej kobiety, trzymajcej dwa wierzchowce. Wysiadam. Fryzy. Wielkie, masywne, czarne, o gstych, falujcych grzywach i dugich, kruczych szczotkach pcinowych. Konie rycerskie. Pikne, silne, diablo efektowne. Dziki, Jim. - To dla nas? Kobieta zmierzya mnie podejrzliwym wzro-kiem. - A kto ty? - Kate Daniels. - W takim razie dla was. To Marcus, a to Bath- sheba. - Wezm klacz - owiadczy Rafael.- Uwaajcie na moje malestwa. - Jedziemy tylko do szkoy i z powrotem - zapewniam j. - Zwrc ci je za godzin. - Cae. - Cae i zdrowe. Dosiedlimy koni. Kobieta obejrzaa mnie, otak-sowaa Rafaela i prychna. - Szkoda, e nie mam aparatu. Byyby z tego nieze zdjcia reklamowe. Tyle e aparat nie zadziaaby podczas przypywu magii, pomylaam, ale grzecznie zmilczaam. Pokusowalimy ciek. Marcus okaza si za-skakujco ulegy, reagowa na najdrobniejszy sygna, ROZDZIA DWUDZIESTY TRZECI j 17 jakby czyta mi w mylach. Jeli kiedy upadn na gow i zechc kupi konia, nie bd miaa dylema-tu, jakiego wybra. Szko ujrzelimy ju po kilku minutach jazdy. Widziany z sioda kompleks przypomina fortec, omioboczn twierdz otoczon dwuipmetro- wym murem z ukowat bram zaopatrzon w bron. Stranicy na blankach bez wahania skierowali na nas uki. Wartownik przy wejciu sprawdza nasze dokumenty dobre p minuty - czarne stroje, wielkie konie i efekciarska bro miay te swoje minusy. Wreszcie kiwn gow. - Czekalimy na was. Dziewczyna jest na dzie-dzicu, tam, na kocu w lewo. - Wskaza. Spiam Marcusa, ktry ruszy pynnie. Przega-lopowalimy wok gwnego budynku. Mj paszcz powiewa dramatycznie nad zadem wielkiego konia. Naprzeciwko ustawionych pod murem tarcz strzelniczych staa grupka okoo dwudziestu dzieci. Czwrka z nich celowaa z ukw do tablic, za reszta czekaa spokojnie skupiona przy wielkim wizie pod czujnym okiem potnego mczyzny w kolczudze oraz drobnej, ciemnej kobiety. Citlalli, wychowawczyni. Wspaniale. Dzieciaki zamary na nasz widok. Przeszukaw-szy gromadk wzrokiem, dostrzegam ma blondynk, zbyt szczup i nisk jak na trzynastolatk. Moja dziewczynka. Staa sama, troch z tyu. Zbliylimy si do grupki. Marcus zataczy niecierpliwie, niezadowolony z tak szybkiego koca przebieki. Postaraam si przybra odpowiednio ROZDZIA DWUDZIESTY T RZECI j 18 mroczn postaw. Rafael zmarszczy si gronie, spogldajc spode ba. Jego oczy zabysy jak dwa rubiny. Chopcy pobledli. Dziewczynki mnie walczyy z omdleniem. Otrzsnwszy si z osupienia, Julie zacza si ku nam przepycha. Spojrzaam na ni twardo. Skulia si. - N - rzuciam. Wyja zza pazuchy jeden z moich czarnych sztyletw do rzucania. Niech to licho. Liczyam je tamtego dnia i mogabym przysic, e by komplet. Modlc si, by Marcus sta spokojnie, wyrwaam Julie n, wyprostowaam si i cisnam nim w drzewo. Wszystko jednym, pynnym ruchem. Ostrze wbio si w pie do poowy. Kto jkn. - Dostaniesz go po ukoczeniu szkoy. - Tak, prosz pani. - Julie byskawicznie wesza w rol. 286 ILONA ANDREWS Zwrcia si do mnie prosz pani". Czekaam, a niebo przetnie byskawica i na ziemi zstpi czterej jedcy Apokalipsy, jednak z jakich tajemniczych powodw adne ze zjawisk nie nastpio. - Doszy mnie suchy o twoich opowieciach. - Przepraszam, prosz pani. - Czy musz ci przypomina, e podpisaa w Zakonie zobowizanie do zachowania tajemnicy? Julie bya ucielenieniem poczucia winy. - Posza do tej szkoy na wasne yczenie. Jeli jeszcze raz usysz, e ujawniasz tajne informacje, zabior ci std i zanim si obejrzysz, wsadz do Akademii. Zrozumiano? - Tak, psze pani. - Julie wyprostowaa si na baczno. - Teraz pjdziesz ze mn. - Mam zabra rzeczy? - Nie ma czasu. Gromada niezwocznie potrze-buje twojej pomocy. - Derek potrzebuje twojej po-mocy. By to sygna dla Rafaela, ktry z zapierajc dech w piersiach gracj zsun si z sioda i podszed do Julie. Skin jej gow w sposb, ktry bardziej przypomina ukon. -Julie, jeli pozwolisz, Wadca Bestii ci ocze-kuje. Dziewczynka odkonia mu si dwornie. - Oczywicie. Przeka Jego Wysokoci podzikowania za pami. - Sama mu podzikujesz. Ucieszy si na twj wi-dok. ROZDZIA DWUDZIESTY T RZECI j 287 Rafael pochyli si, nadstawiajc do. Julie na-tychmiast postawia na niej stop i daa si podsadzi na moje siodo. Wskoczya, obejmujc mnie w pasie chudymi ramionkami. Rafael wzi krtki rozbieg i wskoczy na konia, nie podpierajc si rkoma. cignlimy wodze i ruszylimy galopem do bramy. Zwolnilimy dopiero za murami. - To byo fajowskie! - zachwycia si Julie. - Powinno ci pomc z dzieciakami. Ale od tej pory radzisz sobie sama. Nie mog pojawia si i ro-bi przedstawienia za kadym razem, gdy kto ci dokuczy. A teraz powanie, kiedy kto zapyta ci, o co chodzio, powiesz, e nie wolno ci puci pary z ust. Ludzie nie znosz, jak kto wie wicej od nich. Doprowadza ich to do szau. Julie obja mnie mocno. - Dziki. - Naprawd potrzebuj twojej pomocy. - Co si stao? - Derek ma kopoty. - Och, nie - szepna Julie, przytulajc si do mnie mocniej.Rozdzia dwudziesty trzeci ulie kaa. Klczaa przy zmaltretowanym ciele Dereka, a zy strumieniem cieky jej po policzkach. Staam za ni w milczeniu. Potrzebowaa si wypaka. Patrzenie na Dereka byo bolesne i musiaa to z siebie wyrzuci, inaczej nie daaby rady nam pomc. Po kilku minutach otrzsna si, ocierajc nos wierzchem doni. Podaam jej chusteczk. Osuszya oczy, wysikaa nos i kiwna gow. -Ju. Jim i Doolittle zbliyli si do nas. Reszta czekaa z tyu, obserwujc. Wrd nich Rafael. Ostrzegam go, e pomaganie mi oznacza powane kopoty, ale umiechn si tylko i poszed za nami do kryjwki. Przez chwil rozmawia z Jimem, po czym zosta wpuszczony do rodka. Jim kucn obok Julie, otwierajc mae pudeko po ciastkach. Wewntrz, na biaej gazie, leay dwa J ROZDZIA DWUDZIESTY T RZECI j 289 tawe okruchy, jeden z ciaa, na ktre nadepna Dali, drugi z ofiary Saimana, ktry Doolittle znalazpodczas autopsji. Tkwi w ramieniu. Doktor i Jim powiedzieli mi, e po wyjciu odamka ciao zmienio si, ale prby wyjanienia w co, spezy na niczym. Sami rwnie nie wydawali si do koca to rozumie. Szybko umiecili trupa w worku i zanieli do piwnicy, odradzajc mi ogldanie zwok. Julie wzia w palce odamek, wpatrujc si w niego ze skupieniem. Przygldaa mu si dusz chwil, po czym odoya i przeniosa uwag na Dereka. - Tu. - Wskazaa na poszarpane udo. W ciemnej doni Doolittle'a bysn skalpel. Le-karz zrobi nacicie, rozszerzy brzegi i woy kleszcze. Wstrzymaam oddech. Po chwili wyj narzdzie. W wietle lampy za-migota zakrwawiony odamek. - Dziki ci, panie. - Doolittle upuci odprysk do puszki. Nareszcie. Ju po wszystkim. - Tu. - Palec Julie powdrowa na bok. Doktor zawaha si. - Przetnij tu. - Dziewczynka dotkna ebra De-reka. Doolittle wykona nacicie, wyjmujc nastpny kawaek. -1 tutaj. - Julie pokazaa na klatk piersiow, gdzie czernia si prga oparzeliny. Do diaba! Ile tego w niego wsadzili?! Doktor przeci ran. -Nic. - Gbiej - powiedziaa. Z rany trysna ciemna krew. 23 ILONA ANDREWS Wzdrygnam si. Cisza trwaa ca wieczno. -Jest - owiadczy doktor wreszcie, wkadajc odamek do puszki. - Jeszcze jakie? - Nie - odpara Julie. Podniosam wzrok. Nic si nie zmienio. Derek nadal lea bez ruchu. - Co teraz? - Teraz czekamy. Siedziaam po ciemku na taborecie, obserwujc ciao Dereka. Od wyjcia okruchw miny trzy godziny. Derek ani drgn. Nie dostrzegam adnej zmiany. Doolittle spa na fotelu w pokoju naprzeciwko. Nawet podczas snu z jego twarzy nie znikny troska i miertelne znuenie. Nie zamyka oczu od dwch db, prbujc utrzyma chopaka przy yciu, ale uczucie bezsilnoci pokonao go w kocu. Przez pierwsz godzin po tym, kiedy Julie odnalaza od-amki, czuwa z nami w penej gotowoci. Jednak nadzieja z wolna zmienia si w gorycz. Widziaam, jak powoli go ogarnia, a doktor wreszcie opuci swoje stanowisko i wyszed. Zajrzaam do niego w drodze do azienki - plea w fotelu, pogrony w gbokim nie. W progu pojawia si Julie, niosc dwa kubki. Podesza, podaa mi jeden i przycupna u moich stp. Pocignam yk. Herbata z cytryn. Wymienita. Sama uczyam Julie, jak parzy porzdn herbat. Nauka nie posza w las. ROZDZIA DWUDZIESTY P ITY 24 - Co to za klatka? - zapytaa dziewczynka, wskazujc na dziur w pododze, w ktrej poyskiway srebrne prty. - Mao do niej nie wpadam. - To klatka dla loupa - wyjaniam. - Maj takie w kadym porzdnym domu zmiennoksztatnych. - Gdyby Derek zmieni si w loupa, Jim i Doolittle bd go musieli szybko unieszkodliwi. Nie chcia-am nawet o tym myle. A tym bardziej rozmawia o tym z Julie. -Jak si poznalicie? - zapytaa cicho. -Hm? - Ty i Derek. Jak si poznalicie? O tym te nie miaam ochoty mwi. Jednak lepsze to ni pogranie si w rozpaczy. - Szukaam zabjcy Grega. Zakon przekaza mi akta, nad ktrymi pracowa mj opiekun. Poszam po jego ladach, chcc dowiedzie si, kto go zamordowa. W ten sposb trafiam do Gromady. Wtedy o tym nie wiedziaam, ale Greg cile wsppracowa z Gromad. Zdoby ich zaufanie, sam te im ufa. Jednake nie wiedzieli nic o mnie, podobnie jak ja o nich. Wiedziaam tylko, e Greg zosta rozszarpany na kawaki. Napiam si herbaty. - Miaam dojcie do Jima, z ktrym wczeniej pracowaam dla Gildii. Jim powiedzia Curranowi o moim dochodzeniu. Curran postanowi dowiedzie si, na jakim jestem etapie ledztwa, wic Jim zorganizowa nam spotkanie. W Zauku Jednoroca zreszt. Nie poszo zbyt dobrze. 25 ILONA ANDREWS - Niespodzianka - prychna Julie. - Taa. Teraz myl, e to by test. Jego Futrzasta Wysoko chcia si przekona, z jakiej gliny jestem ulepiona, a ja daam si podpuci. - Wzruszyam ramionami. - Czowiek uczy si cae ycie. - Uniknabym wielu problemw, gdybym nie podkrada si wtedy, woajc kici, kici". - I co? - Zostaam zaproszona na zebranie Gromady, eby omwi szczegy. Widziaa, jak oni traktuj obcych. Najpierw gry, pniej pytaj. Sprowadzili mnie w rodku nocy do Twierdzy. Weszam do podziemnej sali wypenionej tumem zmiennoksztat- nych, ktrzy moim widokiem zachwyceni nie byli. - Baa si? - Baam si co zepsu. Zdawaam sobie spraw, e jeli nie przekonam ich do wsppracy, moe by bardzo ciko. Ze zwykego najmusa awansowaam nagle na kogo, kto rozmawia z Wadc Bestii oraz wierchuszk Rodu, i czuam si przytoczona. Nie przywykam do tego. - Aha, wiem, jak to jest - mrukna Julie. - Chcesz wypa jak najlepiej, a robisz z siebie gupka. Tak, jakby wszyscy wiedzieli o czym, czego ty nie wiesz, i dlatego uwaaj si za lepszych. Pogadziam j po cienkich wosach. - A tak le ci w tej szkole? - Czasami. Zwykle jest w porzdku. Cho nie-ktrzy s wstrtni i paskudnie si zachowuj, a jak im co powiesz, robi z ciebie idiot. - Zacisna ROZDZIA DWUDZIESTY P ITY 26 pici i wymea przez zby: - Wkurzaj mnie, jak nie wiem co. Gdybymy byli na ulicy, to bym ich spraa. Ale tak, to tylko wyszoby, e nie umiem wygra na ich gupich zasadach. - No widzisz, wiesz wic, jak si czuam. - Mog-am z nimi walczy. Tak byoby najprociej. To przerzucanie si arcikami oraz onglowanie pprawdami oraz maymi kamstewkami doprowadzao mnie do szau. - No i co zrobia? - Szam na rodek, kiedy na drodze stana mi grupka modych zmiennoksztatnych. Banda krzy-kaczy. Wiedziaam, e Curran ich podpuci, eby zobaczy, co zrobi. Jeden z nich zbliy si za bar-dzo. Uyam na nim sowa mocy, nakazujc broni przed reszt. - To by Derek. - Domylia si Julie. - Tak. Potem wszystko si skomplikowao, bo Curran uzna, e przejmujc kontrol nad jego wil-kiem, rzucam wyzwanie jemu... - Machnam rk. - Niewane, koniec kocw, Derek musia zoy przysig krwi, e bdzie mnie broni. Tylko w ten sposb mg unikn mierci z rki Currana. Teraz jest ju wolny od przysigi, ale sama wiesz, jaki Derek jest. Nadal uwaa, e jest za mnie odpowiedzialny, a ja ze swojej strony czuj si w obowizku chroni jego tyek... Rozleg si chrapliwy wrzask i Derek zerwa si, wydzierajc sobie igy od kroplwek. - Zawoaj doktora! - Rzuciam si ku wannie. 27 ILONA ANDREWS Chwyci mnie, wbijajc pazury w skr i mia-dc mi ramiona. Wypenione obdem oczy byskay dziko w rozoranej twarzy, a z piersi wyryway si krzyki cierpienia. -Jeste bezpieczny - wrzasnam mu do ucha. - Ju dobrze, ju dobrze... Skra wybrzuszya si, bliska rozerwania, ciemna szczelina ust rozwara. - Boli! To boli, boli! Nagle pojawi si przy nas Doolittle ze strzykawk, a silne donie Rafaela zacisny si na przegubach Dereka, prbujc oderwa go ode mnie. Derek walczy, wczepiajc si w moje ramiona z dzik desperacj. Straciam rwnowag; Derek wcign mnie do zbiornika, orajc skr pazurami. - Boli! - Pu j! - Doktor wbi mu ig w rami, ale bez efektu. - Bl jest zbyt silny, zamienia si w loupa! Rafael szarpa, usiujc odcign Dereka, ale ten tylko wczepia si we mnie mocniej. Doolittle rzuci strzykawk, chwytajc Dereka z drugiej strony De-rek przygryz sobie zdeformowane wargi kami. - Zabierzcie je std! - krzykn doktor. Kto wepchn Derekowi w usta kawa surowego misa. Derek puci mnie, miadc zbami ochap. Krew i strzpy misa fruway po pokoju. Wydosta-am si z kadzi. Jim pomacha Derekowi przed no-sem kolejnym stekiem. Derek wyrwa mu go z rki i roztarga na kawaeczki. Melodyjny gos Jima brzmia jak koysanka.ROZDZIA DWUDZIESTY T RZECI j 295 -Jedz, wilku. Jedz. Jeste bezpieczny. O tak. Jedz. Wydosta si z tego szalestwa. Potworna istota, ktra niegdy bya Derekiem, zatopia ky w misie. Pokj wypeniy mlaszczce odgosy przeuwania. Strzsajc z ramion zielon ma, dostrzegam stojc w progu Julie. Blada jak upir wpatrywaa si rozszerzonymi oczyma w Dereka. Jim przepchn si obok niej, wychodzc, i na-tychmiast wrci z kolejnym patem misa, ktry pooy na pododze. Derek wyczoga si z wanny. Poamane nogi odmwiy posuszestwa. Pad na kolana, wgryzajc si w miso. Podeszam do drzwi, wypychajc Julie. Opieraa si. -Nie. - Lepiej na to nie patrze. Doolittle rzuci na st swoj torb i otworzy j. Wewntrz bysny uoone rwno metalowe ostrza. -Ale... -Nie. Wycignam dziewczynk z pokoju. Rafael zamkn drzwi, pomagajc mi wyprowadzi roztrzsion Julie.W szafkach kuchennych stay opatrzone nalepkami drewniane pojemniki. W soju opisanym jako cukier znajdowaa si mka. W tym z napisem mka", niewiarygodna ilo sproszkowanej chili. ROZDZIA DWUDZIESTY P ITY 30 Kichnam. W pojemniku na chili upchnito Smith&Wessona MP-45. Jknam. Zasnam na kanapie przy Julie i po piciu godzinach obudziam si ze straszliwym blem gowy, niezdolna do mylenia. - Szukasz czego? - Do kuchni wesza Dali. - Nie. Tacz kankana. - Gupie pytanie. Dali zamrugaa. - Mogaby przy okazji tego taca zrobi mi kaw? Czuj j na dolnej pce, drugi soik od lewej. Odkrciam pojemnik z napisem boraks". Kawa. - Co jest, do licha? -Jeste w domu kocura, ktry zajmuje si szpie-gowaniem. Uwaa, e to sprytne. Na twoim miejscu uwaaabym na szuflad ze sztucami. Nie zdziwi-abym si, gdyby bya tam bomba. Wyjam niewielki garnczek, wsypaam do niego kaw i dolaam wod. - Co z Derekiem? - Nie wiem. Drzwi s zamknite, siedz tam od kilku godzin. Kawa zabulgotaa. Zdjam garnek z palnika, po-czekaam, a piana opadnie, i zagotowaam ponow-nie. Dali wyja kubki. - Dowiedziaam si czego o tym kamieniu. Przelaam kaw do kubkw. Dali obserwowaa moje poczynania. -Ja to zawsze poow rozlewam - przyznaa. - Lej po ciance, nic si nie rozlewa. Na szczcie byam sprawna manualnie. 31 ILONA ANDREWS - Co z tym klejnotem? - W kilku starych rdach pisz, e Rudra Mani ma zdolno uspokajania bestii i kojenia ludzkich cierpie. Czyli inaczej tumienia natury zmiennoksztat- nych i utrzymywania ich w jednej formie. - Naprawd? To znaczy z tym cierpieniem? Dali zajrzaa do kubka. -Ten odamek... On odbiera czstk ciebie. Straszne uczucie. Wolaabym umrze. Ja te. Moj krew przepeniaa magia, ktrej mu-siaam si poddawa. Nienawidziam czowieka, ktry przekaza mi to dziedzictwo. Cho napawajce odraz, jednoczenie stanowio nierozerwaln cz mojego jestestwa. Gorzej czy lepiej, czuam si z ma-gi pena. To ona czynia mnie tym, kim si urodzi-am. Ludzie, ktrzy nie mog y w zgodzie ze swoj natur, popadaj w szalestwo. - Rudra to jedno z imion Sziwy - podja Dali. - Znaczy surowy" lub bezkompromisowy". Pasowao idealnie. Wanie tym byli zmienno- ksztatni, kompromisem pomidzy besti i czowie-kiem. Klejnot zmusza ich do pozostania jednym lub drugim. Zastanawiaam si nad tym podczas jazdy lini, w drodze ze szkoy. Byam zbyt otpiaa, by martwi si o Dereka. Przybliyam jego stan Julie, czujc si przy tym, jakbym rozdrapywaa sobie ran. Na pocztku bl nie do zniesienia, potem krwawienie, a potem brak czucia wok rany. ROZDZIA DWUDZIESTY P ITY 32 Teraz pomylaam o Zakonie. O Tedzie, ktry nie uznawa kompromisw. Ted pragn, by ludzie pozostali ludmi, bez wzgldu na wszystko. Umys zasnuy mi czarne myli, skoncentrowane wok Rudry Mani. - Czy mwi ci co imi Sutan mierci"? - za-pytaam. Dali namylaa si przez moment. - Nie mam pojcia, kto to. W tej chwili przypomniaam sobie o prbkach srebra, ktre oddaam do analizy. Magia opada, kiedy spaam. Podniosam suchawk. Nareszcie sygna. Telefony byy jednymi z tych kaprynych urzdze, ktre czasem dziaay podczas przypywu magii. Wikszo ludzi nie miaa pojcia, na jakiej zasadzie funkcjonuj. Dla nich bya to niemal magia. Czasem sama magia podzielaa ich zdanie. Wybraam numer domowy Andrei. Odebraa po drugim sygnale. - Cze. - Cze. - Mam przed sob wyniki tej analizy - owiad-czya powanie. - To nie srebro. To elektrum. Elektrum, wystpujcy w naturze minera zawierajcy srebro, zoto i odrobin miedzi, posiada niezwykle silny potencja magiczny. By take wyjtkowo trujcy dla zmiennoksztatnych.- Nie masz odpowiednich uprawnie, eby do-wiedzie si reszty, wic ci nie powiedz - rzeka Andrea. - Ale ja to zrobi. Ten konkretny jest bardzo stary i bardzo toksyczny. Wiesz, e moja tolerancja ROZDZIA DWUDZIESTY TRZECI j 300 na takie rzeczy jest bardzo wysoka. A tej prbki nie mog nawet wzi do rki. Kate? Pamitasz umow, ktr zawarymy podczas rozbysku? - Tak. - Przyrzekymy sobie, e nigdy nie wyja-wi Zakonowi pochodzenia Andrei, za ona nie zdradzi, i posiadam o Rolandzie informacje, ktre wywoayby epidemi zawaw wrd rycerzy. - Tylko jedna osoba ma dostp do tak znacznych iloci elektrum. Skad tego jest bardzo specyficzny. Zawarto... - Zota pidziesit procent, srebra czterdzieci cztery, trzy miedzi, plus zanieczyszczenia. -Tak. Elektrum z Samos, z monet wybijanych na tej niewielkiej greckiej wyspie szeset lat przed nasz er. Serce podskoczyo mi do garda. Logika ustpia cakowicie irracjonalnej manii przeladowczej. - Wiesz, co to oznacza - zakoczya. - Tak. Bardzo ci dzikuj. - Uwaaj na siebie. Rozczyam si. Roland. Tylko on dysponowa tak du iloci elektrum z Samos. Prawdopodobnie zamierza wy-korzysta go do odlania kul lub powleczenia kokw, ale rakszasy stopiy ogromn porcj tylko po to, by wyla j na twarz Dereka. Idioci. Roland by Sutanem mierci. Jeli dalej bd si angaowaa w spraw rakszas, na pewno czeka mnie konfrontacja z jego szpiegami. Moje istnienie zosta-nie ujawnione. - Wszystko w porzdku? - zaniepokoia si Dali.j ILONA ANDREWS - W jak najlepszym - odparam. Zawrzaam gniewem. Jeli mnie odkryj, byam zdecydowana walczy z nim do koca, wszelkimi sposobami, tak, jak moja matka. Zmczy mnie ten cigy lk i ogldanie si na kadym kroku za siebie. Myl ta bya irracjonalna, idiotyczna, ale upajajca. Na szczycie schodw pojawi si Jim. - Ockn si i mwi. Zostawiam kaw i rzuciam si na d.V % Rozdzia dwudziesty czwarty iedzia na ku z nogami okrytymi niebieskim przecieradem. Zachowa form czowieka, a kolor jego skry wrci do normy. Wosy mia nadal ciemnobrzowe. I to wszystko, co pozostao z dawnego Dereka. Zdeformowana twarz nie odzyskaa symetrii. Owal straci idealny ksztat, a niegdy subtelne, wyraziste rysy nabray ostrej twardoci. Cz od grnej wargi po lini wosw wydawaa si nierwna, jakby koci czaszki nie zrosy si prawidowo. Kiedy jego obecno w spelunce wywoywaa gwizdy i komentarze, e jest za adny. Teraz na jego widok ludzie bd spuszczali wzrok, szepczc do siebie: Patrz, ten kole musia przej przez pieko". Podnis gow, a jego aksamitne oczy spoczy na mnie. Zwykle skrzya si w nich iskra humoru tumiona opanowaniem wilka z Gromady. Teraz znikna. - Cze, Kate.* > r 5 j ILONA ANDREWS 302 ILONA ANDREWS Wargi poruszyy si, ale nie od razu skojarzyam niski, chrapliwy tembr z ustami Dereka. - Uszkodzone struny gosowe? Przytakn. - Nieodwracalnie - rzek Doolittle cicho. Wyszed z pomieszczenia, zamykajc za sob drzwi. Zostaam sam na sam z Derekiem. Przysiadam na skraju ka. - Masz gos jak idea zawodowego zabjcy. - Wygld te. - Umiechn si. Efekt mnie zmrozi. - Masz jaki zdrowszy kawaek, w ktry mona ci trzepn? - Zaley, kto miaby trzepa. -Ja. - W takim razie nie. - Skrzywi si. - Na pewno? Nazbierao si troch przez te kilka dni. Mam ochot sobie uly. - Gos mi si zaamywa. Ledwo si trzymaam. - Na pewno.Cae poczucie winy, troska, niepokj, bl, al, wszystko, co pieczoowicie wtaczaam w najgbsze zaktki jestestwa, eby jako tako funkcjonowa, wszystko spitrzyo si w przytaczajc fal. Usio-waam to powstrzyma, ale jakbym prbowaa po-wstrzyma przypyw. Wystarczy okruch ulgi, eby przerwa tam i zala mnie natokiem emocji. Czuam, e krgosup mi topnieje. Przycisnam ramiona do bokw, starajc si trzyma prosto i unikn prze-wrcenia si na materac. W gardle urosa mi wielka gula. Serce walio motem. Bolao, bardzo bolao, a ja nie wiedziaam nawet, gdzie znajduje si rdo tego blu. Wiedziaam tylko, e ogarn mnie bez reszty. Czuam na przemian uderzenia gorca i zimne dreszcze, musiaam zacisn szczki, eby nie dzwoni zbami. - Kate? - Zaniepokojony gos Dereka przywrci mnie do rzeczywistoci. Gdybym tylko moga mwi, gdybym moga paka czy w jakikolwiek inny sposb uwolni si od nawau emocji. Ale nie byam w stanie wycisn ani jednej zy, napicie pozostao, wzmagajc cierpienie. Derek dwign si z poduszek, nachylajc ku mnie. Nowa twarz zastyga w nieruchom, bia mask. - Przepraszam. Opar si czoem o moje, zamykajc mnie w ra-mionach. Zawisam we wasnym wiecie blu niczym kropla w rodku burzy. ROZDZIA DWUDZIESTY P ITY 37 - Nie moesz mi tego robi. - Mj gos brzmia ochryple, jakbym nie uywaa go od wiekw. - Nie moesz mi dawa do zrozumienia, e masz kopoty, i jednoczenie nie pozwala pomc. Dziaa. - Przepraszam. Ju nigdy tego nie zrobi. - Nie umiem sobie z tym radzi. -Ju nigdy, przysigam.Wszyscy, na ktrych mi zaleao, umarli nag, bolesn mierci. Moja matka zgina, poniewa zrania sztyletem Rolanda, ktry chcia mnie zabi. Odebrano mi j, zanim miaam szans pozna. Mj ojciec umar w ku. Nie wiedziaam nawet, jak i dlaczego. Wysa mnie w ramach zaprawy w dungl na trzy dni, z samym tylko noem. Zapach uderzy w moje nozdrza ju kilka krokw przed drzwiami. Znalazam go w ku. Ciao byo rozdte, skra pokryta plamami, wyciekay z niego pyny. Przebi si mieczem, ktry nadal spoczywa w jego doni. Miaam wtedy pitnacie lat. Greg zgin, wykonujc zadanie. Kilka tygodni wczeniej pokcilimy si, nasze rozstanie nie byo mie. Pniej ciao mojego opiekuna znaleziono rozdarte na strzpy, jakby kto przecisn go przez sito. Bran zosta dgnity w plecy. By prawie nie-miertelny, mimo to umar na moich rkach. Oszalaa z rozpaczy, omal nie doprowadziam do tego, e sta si nieumarym. Zupenie jakby kroczya za mn sama mier, przeladowaa niczym podstpny wrg, wykradajc z mojego wiata tych, ktrzy byli dla mnie wani. Nie tylko pozbawiaa ich ycia, ona ich unicestwiaa. Za kadym razem, kiedy cho na moment traciam czujno, podbieraa i niszczya kolejnego przyjaciela. Derek wpisywa si w ten wzr idealnie. Nie opuszczaa mnie myl, e zginie, jak pozostali. Wy-obraziam sobie to tak ywo, e w mojej gowie tkwi obraz mnie samej stojcej nad jego zwokami. Wyjanienie tego byoby trudne i bolesne. - Mylaam, e umrzesz - powiedziaam po prostu. -Ja te. Przepraszam.Siedzielimy w milczeniu. W kocu burza emocji przycicha. Poruszyam si; Derek cofn si i odwrci, pochylajc gow. Kiedy na mnie spojrza, znw by opanowanym wilkiem Gromady. - Twardziele z nas. - Fakt, nie do zdarcia - przyzna, krzywic si. - Powiedz mi o dziewczynie. ROZDZIA DWUDZIESTY P ITY 39 - Ma na imi Oliwia. Liwia. Poznaem j w Arenie. Wymkna si po rozpoczciu rundy, rozmawialimy. Jest modziutka. Jej rodzice maj due pienidze. Kochaj j, ale jest nieszczliwa. - Bogate biedactwo? Kiwn gow. - Nie zna swojego prawdziwego ojca. Matka wysza ponownie za m, kiedy Liwia miaa dwa lata. Opowiadaa, e matka stroia j jak laleczk, e oboje rodzice traktowali jak zote dziecko, kogo wyjtko-wego. A kiedy dorosa, zdaa sobie spraw, e owszem, jest pikna, ale nie wyjtkowa. Ani szczeglnie inteli-gentna, ani utalentowana, ani nie posiada mocy ma-gicznych. Mwia, jak wymylaa sobie historie o tym, e jej biologiczny ojciec jest magiem i ksiciem. - Pragna by kim wicej ni bya? -Tak. Ciko dorasta w przekonaniu, e jest si gwiazd, a potem spa twardo na ziemi, uwiadomiwszy sobie, e tylko rodzice tak myl. - Znalaza sobie wyjtkowego", bogatego chopaka. Nawet nie lubia go za bardzo, ale on, wzorem jej matki, caowa ziemi, po ktrej stpaa. Pewnego dnia zabra Liwi na Pnocne Rozgrywki i tam wpadli na Rozpruwaczy, ktrzy rozpoznali w niej swoj. Jim wspomina, e wiesz o rakszasach. Powiedzieli 40 ILONA ANDREWS Liwii, e jest w poowie rakszas i jeli si do nich przyczy, odprawi rytua, ktry wyzwoli w niej moc pozwalajc zmienia ksztat oraz lata. By tylko jeden haczyk. Rytuau nie mona przerwa. Zrobio mi si niedobrze. - Zgodzia si? - Tak. Powiedziaa, e chciaa wej do klubw, gdzie zwykle bywali jej znajomi, i pokaza im swoje nowe moce. - To gupie i pytkie. - Wiem. - Przesza rytua? -Jeszcze nie. Jest dugi, trwa kilka tygodni. Zaczli od drobnych rzeczy. Zabijali zwierzta. Nawet jej si to troch podobao. Widziaem to po niej, bya podekscytowana, dumna z siebie, kiedy to mwia. Mylaa, e jest twarda. Ale szybko robio si coraz gorzej. - Na ile gorzej? - Kazali Liwii robi straszne rzeczy. - Derek wzruszy ramionami. - Niektre moe i w jakim celu, ale inne... Zmusili j, eby torturowaa innego rakszas, w ramach ukarania za jakie przewinienie. Wydaje mi si, e po prostu bawio ich obserwowanie, jak postpuje proces jej demoralizacji. W kocu uznaa, e wicej nie zniesie. - Tyle e nie byo ju odwrotu - domyliam si. - Tak. Poprosia mnie o pomoc. Obiecaem, e to zrobi, ale sam nie dabym rady. Potrzebowaem za-angaowa w to Gromad. Umwilimy si, e w zamian powie nam wszystko o rakszasach i Diamencie. Pono zawarli ukad z jakim tajemniczym facetem. Mieli zdoby Wilczy Diament i wykorzysta go przeciw Gromadzie. My j z tego wycigamy, ona wyjawia szczegy ich planu. - Westchn. - Reszt ju wiesz. Poszedem z tym do Jima, ale on si nie zgodzi i wycofa mnie ze sprawy. Poszedem do Sai- mana po wejciwki, zostawiem ci licik, zaatwiem transport i ruszyem na umwione miejsce, eby j zabra. Kiedy tam dotarem, ju czekali. Przynajmniej nie sprzedaem skry tanio. - Ona te tam bya? Kiwn gow. - Zrobia co? - Tylko patrzya. - Nie zareagowaa? Nie prbowaa pomc? Zaprzeczy. | ILONA ANDREWS - Opowiedz o walce. - Rzucili si we czterech. Natychmiast wbili we mnie dwa okruchy. Potem jeszcze wicej. Cesare, ten wielki, wytatuowany, to on wszystkim kierowa. Malunki na jego ciele spyny, zmieniajc si w wielogowe we. Ich ukszenia paliy ywym ogniem. Co wicej? Walczyem. Przegraem. Bolao. Cesare musia umrze. - Chcesz wrci po dziewczyn? - zapytaam, znajc odpowied. -Jak tylko si z tego wykaraskam. Teraz to ju nie potrwa dugo. Doktorek powiedzia, e cho odamki powstrzymyway dziaanie wirusa, to nie jego namnaanie. Teraz lecz si w rekordowym tempie. Za cztery godziny powinienem by na nogach. - Zdajesz sobie spraw, e ona ci nie kocha? - Staraam si mwi spokojnie. - Tak. - Przekn gono lin. - W kocowej czci rytuau musi zje ludzkie dziecko. Dokona tego, bo jest za saba, eby si przeciwstawi. A potem nie bdzie ju odwrotu. - Nie zrobiaby tego samego dla ciebie, gdyby to ty by na jej miejscu. Wykorzystuje ci. - Niewane, co ona robi. Liczy si to, co ja robi. Zacytowa mnie. Super. Trudno polemizowa z wasnymi sowami. Baam si, ale to naleao powiedzie. - Ocalenie Liwii nie przywrci ci sistr. Drgn. - Byem wtedy dzieckiem. Nie mogem nic zrobi. Prbowaem, ale byem za saby. Teraz jestem silniejszy. W tym tkwia istota rzeczy. Cztery lata bezsilnego patrzenia, jak zloupiay ojciec gwaci, drczy i jedno po drugim zjada swoje dzieci. W Liwii Derek widzia swoje siostry. Nie mg si przeciwstawi wewntrznemu przymusowi dziaania, na tej samej zasadzie, co ja nie mogam zrezygnowa z zemsty. Wiedziaam, e bdzie prbowa, pki rakszasy go nie zabij. Rekonwalescent uzna, e potrzebuje ruchu, uyczyam mu wic swego ramienia. Wsplnymi siami udao nam si dotrze do kuchni, gdzie Jim, Dali, Doolittle oraz Rafael raczyli si czekoladowymi ciasteczkami. Dali sczya kolejn porcj kawy. Siedzcy naprzeciw niej ROZDZIA DWUDZIESTY P ITY 42 Rafael bawi si noem. Doktor wyglda jak biegacz, ktry wanie ukoczy maraton i na mecie usysza, e musi wraca. Na widok Dereka wytrzeszczy oczy. - Udusz ci wasnymi rkoma, chopcze. Dlaczego nie jeste w ku?! Derek wyszczerzy si. Dali zareagowaa skrzy-wieniem, Doolittle wytrzeszczy oczy bardziej, a Jim zachowa stoicki spokj. Rafael poprzesta na umieszku. Posadziam Dereka na krzele. - Dlaczego wszyscy zawsze siedz w kuchni? - Bo tu jest jedzenie. - Dali wzruszya ramionami. - Musimy zdoby Wilczy Diament - owiadczy Jim, spogldajc na mnie. - Bez dwch zda. Kamie jest zbyt niebezpieczny dla Gromady. Rakszasy zamierzaj go uy jako broni przeciwko wam. - Signam po ciastko. - Musimy mie klejnot. I gow Cesare'a. Popatrzyli na mnie zaskoczeni. - Dlaczego akurat gow? - zapyta Doolittle. - Bo jest atwa w transporcie i mona j dugo torturowa. - Nie powiedziaam tego chyba na gos? Zerknam na twarze zebranych. Hm, owszem, po-wiedziaam. -Jak si torturuje gow? - zainteresowaa si Dali. - Wskrzesza si j i sprawia, e na nowo przeywa moment mierci. 43 ILONA ANDREWS Jim odchrzkn. - Tak. Wic wiemy, e nie moemy ukra Wilczego Diamentu ani go odkupi. -Jedyna opcja, to wygra w turnieju - podsumowa Rafael, ktrego Jim szybko wprowadzi w spraw. - Masz jaki pomys? - zwrci si do mnie. - Rozgrywki druynowe zaczynaj si pojutrze. Saiman nas zapisze. - Niby czemu miaby to zrobi? - Najwaniejsze pytanie brzmi, jakim cudem odamki kamienia dostay si w rce rakszas. Kto musi im pomaga. Kto, kto ma dostp do klejnotu. Saiman ich nienawidzi. Gro mu, napadli i upokorzyli, zabijajc minotaura. - Mia minotaura? - obudzia si Dali. - Owszem. Przywlk go tu a z Grecji, a Mart zaatwi spraw dosownie w minut. Tak wic Saiman nienawidzi Rozpruwaczy. - Umiechnam si. - Ale nie moe im nic zrobi. Jednak kiedy dowie si, e kto daje zawodnikom kawaki topazu, wpadnie w furi. Zaproponujemy mu dwie rzeczy. Po pierwsze, szans na walk z Rozpruwaczami w Kotle, i po drugie, moliwo odkrycia, ktry czonek Izby im pomaga oraz w jakim celu. Nie oprze si temu. - No dobra - zgodzi si Jim, a do mnie dotaro, e przemyla to ju wczeniej. Nie wiedziaam tylko, dlaczego musz za niego mwi. - A co z Liwi? - wtrci Derek. - S wyjtkowo aroganccy. - Zerknam na Dali. Potwierdzia moje sowa skinieniem gowy. - Gdy ci rozpoznaj, prawdopodobnie zao, e bierzemy udzia w turnieju ze wzgldu na dziewczyn, a wtedy z pewnoci zabior j ze sob, eby nas rozdrani. Turniej to jedyna szansa, eby odbi Liwi, bo otwarty atak na t ich latajc stodo jest niewykonalny. - Ich buta daje nam przewag - przyznaa Dali. -Jeli w to wejdziemy, nie bdzie odwrotu - stwierdzi Jim. - Tam Rozpruwacze, tu Curran. To ostatnia chwila, eby si wycofa. W kuchni zapado milczenie. Wszyscy rozwaali jego sowa. Jim poda mi telefon. Wybraam numer Saimana. Odebra natychmiast. Wyuszczenie propozycji zajo mi niespena minut. Potem po drugiej stronie suchawki zalega cisza. ROZDZIA DWUDZIESTY P ITY 44 - Na ile jeste tego pewna? - odezwa si wreszcie Saiman. - Mam pi okruchw kamienia i dwa trupy. Moesz je sobie obejrze, jeli masz ochot. Zaatwisz nam wejcie do turnieju? - Troch pno, ale tak, zaatwi. Ale bior miejsce Siacza. - Nie ma sprawy. - Bdziecie potrzebowali siedmiu zawodnikw. Udaam, e pisz w powietrzu. Tylko Doolittle nie zacz rozglda si za dugopisem. - W yciu nie widziaem takiej bandy idiotw - owiadczy, krcc gow. - To szalestwo. Jak was zabij, a tak si stanie, to nie przychodcie pniej do mnie z paczem. To byaby nieza sztuka. Dali podaa mi dugopis. Papier nie zmaterializowa si sam z siebie, zaczam wic bazgra na obrusie. - Strateg, Strzaka, Siacz, Szermierz, Str, Sztylet i Szeptacz. Wszyscy maj si stawi dzisiaj wieczorem o dziewitej. Na czas mistrzostw bdziemy skoszarowani. adnego kontaktu z zewntrznym wiatem. To droga w jedn stron, Kate. Nie da si zmieni zdania w trakcie i i sobie do domu. Walka do samego koca. - Rozumiem. - Potrzeba jeszcze nazwy. Zakryam mikrofon doni. - Musimy mie nazw dla druyny. - owcy - rzuci Rafael. - Rycerze Walecznego Futra - podsuna Dali. - Klika Sprawiedliwych - powiedzia Jim. - Liga Sprawiedliwych ju zajta. - Gupcy. - Pokrci gow Doolittle. - Gupcy - powtrzyam do suchawki. - Gupcy? - upewni si Saiman. -Tak. - No to ustalone. Ekipa pomocnikw? - Mamy doktora. - Nie, nie macie! - zaprotestowa Doolittle. - wietnie - ucieszy si Saiman. - Pamitaj, wszyscy, co do jednego, maj by na miejscu o dziewitej. Ani minuty spnienia. Rozczyam si. Jim spojrza na list. - Dziwado bierze Siacza. Kate, ty Szermierza. Derek? j ILONA ANDREWS - Str - rzek Derek. - Zajm si obron. - Dasz rad walczy dwa dni jednym cigiem? Derek umiechn si w odpowiedzi. Dali drgna znowu. - Przesta tak robi. - Ty powiniene by Strategiem - zwrciam si do Jima. - Masz najwicej dowiadczenia. Zostaway trzy miejsca. Rafael dotkn listy czubkiem noa. - Sztylet. Liczy si szybko. -Jeste pewien? - zapytaam. -Jeli jakim cudem przeyjecie, Curran obedrze was ywcem ze skry - kraka Doolittle. - To wanie w tobie uwielbiam, doktorku - zamia si Rafael. - Peen optymizm. Szklanka w poowie pena. Zawsze w skowronkach. - On nie artuje, Rafael - zastrzegam. - Naprawd nie musisz si w to pcha. Hienoak rozpromieni si jeszcze bardziej. -Jestem boud, Kate. Mam gdzie honor i zasady, ale tknij jednego z moich, a zabij. -Jestem wzruszony - wtrci Derek. - Nie sdziem, e tak ci zaley. - Na tobie? Chyba artujesz - obruszy si Rafael. - O Kate mi chodzi. Prbowali j zabi, wtedy, na parkingu. - Od kiedy to jestem ulubienic boud? - zdziwiam si szczerze.314 | ILONA ANDREWS - Odkd podczas rozbysku ryzykowaa yciem dla jednej z naszych. Nikt inny nie zrobiby dla nas czego takiego. Nawet z innych klanw. Zapytaj kota. Jim nie odezwa si sowem. - Wezm Sztylet - powtrzy Rafael, stukajc w list. - Andrea Strzak. Nie k si ze mn. Zabiaby nas, gdybymy nie wzili jej pod uwag. - Andrea jest rycerzem Zakonu - przypomniaam. - Nie wolno jej bra w tym udziau. - Tak jak i nam - zripostowa Rafael, sigajc po telefon. - Zostaje jeszcze Szeptacz - przypomnia Jim. Wpatrywalimy si w zapiski. Szeptacz. Czyli mag. - Ktry z twoich ludzi? - zapytaam Jima. Potrzsn gow. - Zapytaj lepiej, gdzie w ogle s jego ludzie - skrzywi si Doolittle. - No, dalej. Powiedz jej. Jim nie wyrywa si do mwienia czegokolwiek. - Gdzie Brenna? - Na dachu, pilnuje. - A reszta? - Rzeczywicie, nie widziaam ich od powrotu z Zauka.- Okazuje si, e w okolicy Augusty grasuje banda loupw - zacz doktor, gromic Jima spojrzeniem. - Syszaem w radiu. Miasto ogarna panika. W dodatku to bardzo dziwne loupy. Wyjtkowo agodne. Fakt, pomordoway kilka sztuk byda i to na widoku, problem w tym, e waciciele spokojnie przespali cae zajcie. W dodatku jak do tej pory nie zaatakoway adnego czowieka. Mao nie wybuchnam miechem. aden loup nie zabiby zwierzcia, jeli mia szans dopa czowieka. Uwielbiay ludzkie miso. - Dokonuj dywersji - tumaczy Jim bez prze-konania. Rafael przerwa na moment rozmow z Andre. - To twj superpodstpny plan? - prychn po-gardliwie. - Bo wedug Jima Curran jest zwykym gupkiem i skoczonym naiwniakiem. - Wzruszy ramionami doktor. -Ja wezm Szeptacza - owiadczya Dali niespo-dziewanie. W kuchni zapada gucha cisza. - Potrafi to robi. Uczyam si. - Nie ma mowy - zaprotestowa Jim. - Nie macie nikogo innego - upieraa si Dali. - Nie jestem kruchym kwiatuszkiem. Dam sobie rad. - A co robisz? Dali wyprostowaa si dumnie. - Przeklinam. - To nie zabawa. Moesz zgin - ofukn j Jim. - Nie bawi mnie to - odwarkna. Do kuchni wpada Brenna. - Curran! O kurde! Zerwalimy si na rwne nogi. - Gdzie jest? - warkn Jim. 316 | ILONA ANDREWS - Dwie przecznice std, idzie bardzo szybko. Tutaj. -Tylne wyjcie, szybko! - rzuci Jim. - Kate... - Bierz Dereka. Nie da rady wycign was z Areny. Zatrzymam go. Biegnijcie! Jim wzi Dereka na rce jak dziecko i wymkn si z kuchni. Reszta, wczajc Doolittle'a znikna rwnie szybko. Zbiegli po schodach, mijajc w p-dzie zaspan Julie. Zapaam j za rami. - Biegnij za nimi. Ukryj si gdzie niedaleko i nie wychod, dopki mnie nie zobaczysz. Ruszya bez sowa. Moja krew. Uoyam na pododze koc i poduszk, mierzwic je tak, jakby kto na nich spa. Cofnam si, eby oceni dzieo. Moe by. Wziam Zabjc, kadc przy legowisku, na wycignicie rki. Powinno wystarczy... Wyamane z zawiasw drzwi wpady do rodka. W progu sta Curran z obnaonymi zbami i dz mordu w oczach. Mia na sobie dresowe spodnie z logo Gromady oraz podkoszulek. Niedobrze. Bardzo niedobrze. Taki strj oznacza gotowo do prze-miany. Curran w formie bojowej by jednym z moich najgorszych koszmarw. - Kate - sykn. - Nie spieszye si. - Gdzie oni s? - Czemu miaabym ci powiedzie? ROZDZIA DWUDZIESTY CZWARTY - Kate, nie zmuszaj mnie, ebym wydoby to z ciebie si. - Napite minie nacigny tkanin spodni. - Co z twoimi planami uwodzenia? Masz odwag wskoczy mi do ka, tylko gdy wczeniej wkopiesz pod nie mj miecz? Pokona pomieszczenie jednym susem. Podsko-czyam, kopic z caej siy. Moja stopa trafia w tors. Zupenie, jakbym zderzya si z murem. Przewrci si na posanie. Koc zapad si pod jego ciarem i Curran run do wpuszczonej w podog klatki. Byskawicznie zatrzasnam drzwiczki. Mechanizm zamka zadziaa od razu, pozostao mi tylko zaoy sztaby. Curran wyplta si z koca, bordowy z wciekoci. Zapa za prty i natychmiast puci je, jakby parzyy. Usiadam na pododze, masujc nog. Zdrtwiaa od uderzenia. Potem podzikuj Julie. Pomys by jej zasug. Dwa razy o mao co nie wpada do klatki. Curran rykn, szarpic za prty. Musz mu przy-zna, wytrzyma prawie pi sekund. Drki wygiy si, ale nie puciy. Klatk, zrobion specjalnie w celu utrzymania rozszalaego zmiennoksztatnego, wykonano ze stopu zawierajcego ilo srebra zdoln oparzy skr. Kiedy Curran oderwa donie, byy pokryte szarymi prgami. - Nie dasz rady mnie tu uwizi. Na pewno nie. Dobrze, e chciaam go tylko za-trzyma na chwil. Czucie w nodze jeszcze nie wrcio. Oczy Currana buchny zotym ogniem. Gos za-mieni si w zwierzcy warkot. - Otwieraj. Intensywno jego spojrzenia bya tak wielka, e prawie stano mi serce. -Nie. - Kate! Natychmiast mnie wypu! - Zapomnij. - Czekaj, poaujesz, jak std wyjd. Zachmurzyam si. -Jak std wyjdziesz, bd ju w Arenie, prawdo-podobnie na najlepszej drodze do przemiany w wie-utkiego trupa. Poauj wielu rzeczy, ale na pewno nie widoku ciebie w tej klatce. Curran cofn si. Wcieko znikna z jego twarzy jak zdmuchnita. Zdawi gniew, nakadajc mask 51 ILONA ANDREWS opanowania. Przeraa mnie za kadym razem, kiedy to robi. Teraz te nie zawid. - W takim razie, dobrze. - Usiad po turecku na pododze klatki. - Nie ucieka, a to znaczy, e chcesz mwi. Wyjanij wic, sucham. - Czyby, Wasza Wysoko? Zbytek aski. Postaram si jednak. Bd mwia powoli i uywaa prostych sw. - Marnujesz mj czas. Wiem, e Jim mnie zdradzi, a ty go kryjesz. Masz teraz szans zami mnie swoj byskotliwoci albo zala stekiem bzdur. Nic wicej nie dostaniesz. Nie bd w nastroju do suchania, kiedy std wyjd. -Jim ci nie zdradzi. Czci ziemi, po ktrej stpasz. Tak jak i reszta, cho nie mam pojcia, dlaczego. To wielka zagadka wszechwiata. Ale nikt ci nie zdradzi. Zrobili to dla ciebie. Porzuciam ironi i opowiedziaam Currano- wi ca histori. Nie przerwa mi ani razu. Siedzia i sucha, zimny i niewzruszony. - Skoczya? - odezwa si, kiedy zamilkam. -Tak. - Pozwl wic, e upewni si, czy dobrze zrozu-miaem. Mj szef ochrony wiadomie i celowo zigno-rowa pierwsze moje prawo, bo uzna, e tak trzeba. Wcign we wszystko mojego najlepszego czowieka, pozwoli go pobi, na zawsze okaleczy i omal zabi. I nie powiedzia mi o niczym? Przemawia przez niego lew. - Potem przekona ciebie do krycia tej niesub-ordynacji, a nastpnie razem zaatakowalicie grup legendarnych zabjcw, zamiast zaegna, roz-dmuchalicie konflikt pomidzy nimi a Gromad. Teraz on i trjka innych moich ludzi, ponownie celowo i z wasnej woli, zamierzaj zama moje prawo, tym razem na oczach tysicy widzw, ebym przypadkiem nie mia moliwoci zamie tych brudw pod dywan, nawet jeli co takiego zawitaoby mi w gowie, co jest wykluczone. Czy tak si sprawy maj? - Hm, no tak. W twoich ustach zabrzmiao to paskudnie. Odchyli si, wcign gboko powietrze, po czym wypuci je powoli. Nie zdziwiabym si, gdyby klatka rozpada si w tym momencie pod naporem jego furii. - Posuchaj, Curran, ten klejnot jest niebezpieczny. Podejrzewam, e Sutan mierci to Roland, a jeli mam racj, to oznacza, e stae si zbyt silny, eby ci ROZDZIA DWUDZIESTY P ITY 52 ignorowa. Nie przestanie prbowa, dopki ci nie wyeliminuje. Wilczy Diament w rkach rakszas to duy problem, ale to nic w porwnaniu z sytuacj, gdyby dosta go Zakon czy Rd. Rakszasy nie s szczeglnie inteligentne. Roland jest geniuszem. A nie chodzi tylko o niego. Jeli Zakon pooy apy na kamieniu, sprbuje powieli jego magi i uy jej na twoich ludziach. To klucz do eksterminacji twojego gatunku. -A ciebie to obchodzi, poniewa...? - Poniewa nie chc, eby do tego doszo. Nie chc patrze ani na twj koniec, ani na koniec innych zmiennoksztatnych. Moja najlepsza przyjacika jest zwierzoczowiekiem. Bdzie jedn z pierwszych w kolejce do wetknicia okrucha. Andrea moe nie lubi swojej zwierzcej strony, moe j tumi, ale musi mie wybr. Wypychanie tych sw z garda byo jak toczenie pod gr wielkiego gazu. - Wiem, e powinnam do ciebie przyj. Zrobiabym to, gdybymy nie znaleli rozwizania. Tak czy inaczej, przepraszam. Prbowaam tylko pomc przyjacioom. Nie mam ich wielu, a Derek... To byo straszne. Mylaam, e umrze. Widziaam ju siebie nad jego mogi. Musiaby go zabi, gdyby zmieni si w loupa, a ja... Nie chciaam, eby cierpia. - Odwrciam si, ruszajc do drzwi. - Julie wypuci ci za godzin. Nie odezwa si, kiedy wychodziam. Siedzia w klatce, a jego oczy pony straszliwym gniewem. Julia wysza ze swojej kryjwki pomidzy budyn-kami i przypada do mnie, gdy tylko postawiam stop na ulicy. - Wadca Bestii jest zamknity w klatce dla loupw. Masz. - Wrczyam dziewczynce duy klucz. - W do dziurki, przekr do jednej czwartej, a potem zwolnij grn sztab. Curran wie, jak to zrobi, powie ci. Ale dopiero za godzin. To bardzo wane, Julie. Nie zbliaj si do niego wczeniej, bo przekona ci do otwarcia klatki. Rozumiesz? Kiwna gow. -Jak wszystko pjdzie dobrze i ci puci, zadzwo pod ten numer. - Daam jej karteczk. - To telefon Cioci B. Powiedz tylko, e jeste sama. Kto po ciebie podjedzie. - Chc i z tob. 53 ILONA ANDREWS - Wiem. To niemoliwe. To paskudne miejsce i mog nie wyj stamtd w jednym kawaku. - Przytuliam j. - Pamitaj, za godzin. - Za godzin - powtrzya. Podeszam do przywizanego na parkingu konia. Dopiero teraz zdaam sobie spraw, e Curran znalaz nas przed upywem trzech dni. C. Wtpiam, e przypomni o zakadzie. Nie po tym spotkaniu. Zreszt, jeli jakim cudem uda mi si wyj cao z tego baaganu, serwowanie nago kolacji bdzie moim najmniejszym zmartwieniem. Rozdzia dwudziesty pity usiaam poczeka w lobby, a Rene skoczy udawa, e szuka mojego nazwiska na licie uczestnikw - Gupcy - mrukna, wertujc strony. - Nazwa odnosi si do inteligencji waszej druyny czy potrzeby szokowania komizmem? - To nasze motto. - Hmm... - kontynuowaa udawanie. - Bawi ci dranienie mnie, prawda? Umiechna si zoliwie. -Ja? Tylko przykadam si do swojej pracy. Zgodnie z twoim yczeniem. Potrzymaa mnie tak jeszcze przez chwil. Mogam pocaowa Currana przed wyjciem. W kocu, co miaam do stracenia? To i tak nic nie znaczyo. Caa ta sprawa z nami nie bya na powanie. Oszukiwaam si. Tak bardzo prag-nam by kochana, e mieszao mi to w gowie. aknc jakiego uczucia, atwo byo przekona siebie, e druga osoba jest inna ni naprawd. Przechodziam to z Grzebykiem i si sparzyam. Dziki, ale nie skorzystam. Curran widzia we mnie tylko ciao oraz szans na satysfakcj z udowodnienia swych racji. Tak wanie wygldaa rzeczywisto, zimna, naga i okrutna. Rka Rene powdrowaa do gowicy rapiera. Od-wrciam si. Przez drzwi przechodzi wanie ciemnowosy fechtmistrz, ktrego widziaam podczas pierwszej wizyty w Arenie. To samo ubranie z szarej skry. Ten sam paszcz, przywodzcy na myl mnicha-wojowni- ka. Towarzyszyo mu dwch mczyzn w identycznych paszczach. Jeden, mody blondyn z blizn na szyi, mia w oczach czujno dowiadczonego zabjcy. Drugi by starszy, czerstwy. Napotkaam jego wzrok i omal si nie cofnam. Nick. Rycerz-krzyowiec. Zakon szczyci si tym, e ponosi odpowiedzialno za swoje posunicia oraz e dziaa otwarcie, jednak pewne sprawy byy zbyt paskudne, zbyt mroczne, by mogli zaatwi je rycerze. Kiedy pojawiaa si jedna z takich niewygodnych M ROZDZIA DWUDZIESTY P ITY 323 kwestii, rozwizywali j krzyowcy, ktrzy po wyko-naniu zadania opuszczali miasto. Tego rodzaju kopotem wanie by strzygo, ktry zabi mojego opiekuna. Pozbycie si go wymagao zaangaowania Nicka. Teraz ten czowiek patrzy, jakby mnie nie zna. Wziam si w gar i uczyniam to samo. Nie miaam pojcia, co robi tu Nick, ale na pewno dziaa pod przykrywk. Fechtmistrz obrzuci mnie uwanym spojrzeniem.Rozdzia dwudziesty pity usiaam poczeka w lobby, a Rene skoczy udawa, e szuka mojego nazwiska na licie uczestnikw. - Gupcy - mrukna, wertujc strony. - Nazwa odnosi si do inteligencji waszej druyny czy potrzeby szokowania komizmem? - To nasze motto. - Hmm... - kontynuowaa udawanie. - Bawi ci dranienie mnie, prawda? Umiechna si zoliwie. -Ja? Tylko przykadam si do swojej pracy. Zgodnie z twoim yczeniem. Potrzymaa mnie tak jeszcze przez chwil. Mogam pocaowa Currana przed wyjciem. W kocu, co miaam do stracenia? To i tak nic nie znaczyo. Caa ta sprawa z nami nie bya na powanie. Oszukiwaam si. Tak bardzo pragnam by kochana, e mieszao mi to w gowie. aknc jakiego uczucia, atwo byo przekona ROZDZIA DWUDZIESTY P ITY 325 siebie, e druga osoba jest inna ni naprawd. Przechodziam toROZDZIA DWUDZIESTY P ITY 58 z Grzebykiem i si sparzyam. Dziki, ale nie skorzystam. Curran widzia we mnie tylko ciao oraz szans na satysfakcj z udowodnienia swych racji. Tak wanie wygldaa rzeczywisto, zimna, naga i okrutna. Rka Rene powdrowaa do gowicy rapiera. Odwrciam si. Przez drzwi przechodzi wanie ciemnowosy fechtmistrz, ktrego widziaam podczas pierwszej wizyty w Arenie. To samo ubranie z szarej skry. Ten sam paszcz, przywodzcy na myl mnicha-wojowni- ka. Towarzyszyo mu dwch mczyzn w identycznych paszczach. Jeden, mody blondyn z blizn na szyi, mia w oczach czujno dowiadczonego zabjcy. Drugi by starszy, czerstwy. Napotkaam jego wzrok i omal si nie cofnam. Nick. Rycerz-krzyowiec. Zakon szczyci si tym, e ponosi odpowiedzialno za swoje posunicia oraz e dziaa otwarcie, jednak pewne sprawy byy zbyt paskudne, zbyt mroczne, by mogli zaatwi je rycerze. Kiedy pojawiaa si jedna z takich niewygodnych kwestii, rozwizywali j krzyowcy, ktrzy po wykonaniu zadania opuszczali miasto. Tego rodzaju kopotem wanie by strzygo, ktry zabi mojego opiekuna. Pozbycie si go wymagao zaangaowania Nicka. Teraz ten czowiek patrzy, jakby mnie nie zna. Wziam si w gar i uczyniam to samo. Nie miaam pojcia, co robi tu Nick, ale na pewno dziaa pod przykrywk. Fechtmistrz obrzuci mnie uwanym spojrzeniem. - Czy mymy si ju gdzie nie spotkali, moda damo? - Mia niski, agodny gos. Mwi jak najedzony, zadowolony wilk. Umiechnam si do niego- - Gdybymy si spotkali wczeniej, wiedziaby, e nie jestem dam. Zmarszczy czoo. -Jednake wydajesz mi si skd znajoma. Nie mog oprze si wraeniu, e ju ci kiedy widziaem. Moe porozmawialibymy w bardziej ustronnym miejscu... - Nie musisz z nim rozmawia - przerwaa mu Rene. Zblada, nerwowo przeykajc lin. Baa si. Baa si, a nie przywyka do tego uczucia i nie radzia sobie z nim najlepiej. - Pamitaj o umowie. Moesz si przyglda, to wszystko. Arena to nie twj poligon. Jeli chcesz rozmawia z zawodnikami 324 J ILONA ANDREWS poza turniejem, twoja sprawa. Ale nie bdziesz tu rekrutowa ludzi. A ju na pewno nie przy mnie. - Walczysz, moda damo? Wracamy wic do damy". - Czasami. - Naley do druyny, a ty przeszkadzasz w zaatwianiu formalnoci - rzeka Rene twardo. Mczyzna spojrza na ni ostro. Nie dao si nie dostrzec groby w jego oczach. Rene zbielaa jak ciana, lecz nie ustpia. Umiechn si pojednawczo, skoni i odszed. Towarzysze podyli za nim. Rene odprowadzia go nienawistnym wzrokiem. - Kto to? - zapytaam. - Sukinsyn - mrukna, przegldajc papiery. - Reaguje te na Hugh d'Ambray. wiat rozpk si na kawaki. Hugh d'Ambray, preceptor Zakonu elaznych Psw. Najlepszy ucze i nastpca mojego przybranego ojca, Vorona. Hugh dAmbray, genera Rolanda. To nie mg by przypadek. Wszyscy wiedzieli, e Roland kiedy zechce rozszerzy swoje terytorium. Jak do tej pory mia wadz nad pasem terenw cigncych si od Iowy po Pnocn Dakot. Voron wyjani mi, dlaczego wybra wanie te ziemie. Nikt si nimi nie interesowa, wic Roland mg sobie tam spokojnie gromadzi armi, nie naraajc si jednoczenie na inwazj prewencyjn. Wreszcie, po zebraniu wystarczajcych si, mgby ruszy na wschd lub zachd. Jakie byy zamysy Rolanda? W kocu zostaam wychowana przez Vorona, powinnam wic bez wikszych problemw wej w tok rozumowania Rolanda. Czego, u licha, szuka w Atlancie? Gromada. No jasne. Przez ostatnie lata Gromada urosa w si. Teraz bya drugim co do wielkoci stadem w Ameryce Pnocnej. Na miejscu Rolanda prbowaabym wyeliminowa t grup zmienno- ksztatnych, zanim stanie si jeszcze potniejsza. Nie chcia wykorzystywa w tym celu Rodu, swoich zastpw, eby nie obarczono go win. Nie, wola posuy si rakszasami. Rakszasy s gupie i okrutne. Mg potraktowa je jak maczugi do zmiadenia 60 ILONA ANDREWS Gromady. Nie zniszczyyby jej cakiem, ale mocno osabiy. A genera mia dopilnowa, eby wszystko szo gadko. Siedzcemu na trybunach Hugh dAmbray moja technika moe wyda si znajoma. Na pewno podzieli si spostrzeeniami z Rolandem, ktry doda dwa do dwch i zacznie szuka tajemniczej zawodniczki. A tak atwo mogam tego unikn. Jedne drzwi, kilka krokw przez hol. Ko czeka na parkingu. Potrafiam si ukrywa, zapadabym si jak pod ziemi. I jednoczenie zawiodabym szecioro ludzi, ktrzy na mnie liczyli. Ucieczka bya taka prosta. Podniosam wzrok. - Wygldasz, jakby ci si spali dom - skomentowaa Rene. - Zamyliam si nad kwesti, e kiedy ycie daje ci w zby, nigdy nie pozwala upa. Kopie ci w ebra i obrzuca botem. - Botem, to jak masz szczcie. Podpisz tu. - Rene podsuna mi formularz. - To zwolnienie od odpowiedzialnoci w razie mierci. Zoyam podpis. Dwie minuty pniej schodziam na dolny poziom, eskortowana przez ponurego gwardzist. Troska ciya mi na sercu jak brya lodu. Nie miaam problemu z odnalezieniem przydzielonych nam kwater. Ju na korytarzu usyszaam gos Andrei. - Strzaka?! - To tylko taka nazwa - tumaczy Rafael. Weszam do pomieszczenia. Andrea siedziaa przy stole, na ktrym pitrzy si stos broni. Sig sau- ery, colty, beretta, Smith&Wesson... Mona by tym uzbroi niewielk armi. Przycupnity na awce Rafael wpatrywa si w moj przyjacik z mieszanin troski i uwielbienia. Andrea rozpromienia si na mj widok. - Wiesz, co mog sobie zrobi z t swoj strzak? Mog j sobie wsadzi w tyek! Staraam si zabrzmie rzeczowo. - Wiesz, technicznie rzecz biorc, chodzi o bro miotan... - Wal si! Nie wyjd tam z kawakiem patyka. Rafael robi wraenie odrobin wystraszonego. Podeszam do pki, eby odoy ekwipunek. Przez otwarte na ocie drzwi sypialni ujrzaam lecego na pryczy Dereka. Doolittle krci si obok niego z min, ktrej nie powstydziaby si stara kwoka. - Wisi nade mn jak sp - poskary si Derek. 61 ILONA ANDREWS - Wcale nie wisz - burkn doktor. Chopak spojrza na mnie. - Wisisz - potwierdziam. - To jak, widz, e si jednak przyczye? A wyzywae nas od gupcw. - aden gupiec nie jest gupszy od starego gupca - mrukn Derek pod nosem. Doolittle wyda z siebie odgos przypominajcy pomruk wkurzonego niedwiedzia - pmetrowego niedwiedzia. - Borsuk! - rozemiaam si. Pasowao do niego idealnie. - Dopiero teraz si zorientowaa? - Wywrci oczami Derek. - Chyba ci Bozia nosa nie daa, przecie to chodzce wiadro pima... -To byo nie na miejscu - obrazi si Doolittle. - Niewdziczny szczeniak. Wziam z jednej pryczy koc oraz poduszk i umociam posanie na pododze w kcie. - Czemu tak? - zainteresowa si Derek. - Nie sypiam zbyt dobrze w kupie. - Uklepa- am poduszk. - Wr, inaczej. Sypiam wietnie. Ale nie chc obudzi si z mieczem w rku i przy okazji w twoim brzuchu. Cho oczywicie gdyby to by twj brzuch, przekrciabym si tylko na drugi bok. Jim wszed do sypialni, stan przed jednym z ek, spry si i wskoczy na grne miejsce. Mia stamtd wietny widok na oba pomieszczenia. - Gdzie Dali? - zapytaam. - Chlapie si - odpar Jim z nutk odrazy w gosie. - Za szatni jest wanna. Znajd kau, a znajdziesz Dali. Tygrysy - prychn. - Nie wiedziaam, e jaguary maj co do wody. - Widziaam ju pywajcego Jima, nie wyglda na zniesmaczonego. - Nie maj, jeli s w niej aby i ryby. Jaguarza logika. - Wszyscy s? - zapytaam. - Oprcz zboczeca. Znajc Saimana, szuka pewnie tragarza do przeniesienia walizek z ciuchami.ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY | 329 Dali wysza z azienki przyzwoicie owinita rcznikiem, ktry natychmiast opad, kiedy pomachaa mi na przywitanie. Derek drgn czym zaalarmowany. - Kto idzie. Wicej ni jedna osoba. W progu stana Rene. - Wasz waciciel prosi o wybaczenie, ale nastpia zmiana planw. Poprzednio wyznaczony Siacz nie bdzie uczestniczy w turnieju. Durand przysya wam zastpstwo. - Odsuna si od drzwi. - Moesz wej. Framug wypenia znajoma sylwetka. Stopy wrosy mi w podog. - Bawcie si dobrze - rzucia Rene na odchodnym. W kwaterze zalega grobowa cisza. Nikt si nie poruszy. - No dobra - odezwa si Curran. - Czas pogada. cign Rafaela z awki, jakby ten by jednodniowym kociakiem, drug rk zagarn golutk Dali i zacign ich do sypialni, zatrzaskujc za sob drzwi. Andrea siedziaa na awce, gapic si ponuro w zamknite drzwi. Obok siebie pooya sig sauera. - Zastrzel go, jeli tknie Rafaela. Tak tylko mwi, eby wiedziaa. - Co si stao, e zmienia zdanie odnonie Rafaela? -Jeszcze nie zmieniam, zastanawiam si. Ale nie pozwol, eby Wadca Bestii wpyn na moj decyzj, robic z niego miazg. - To celuj w jaja - poradziam jej, wychodzc. Powdrowaam korytarzem do Zotych Wrt. Wielka hala Areny wiecia pustk. Tylko ja i piasek. Otworzyam bramk ogrodzenia, wkraczajc do Kota. Piasek by jasny, a acha wygadzona. W moich snach zburzon powierzchni zwykle znaczyy plamy krwi. Schyliam si, nabierajc gar ziaren, i pozwoliam im si przesypa przez palce. Piasek by zaskakujco zimny. Drobinki spyway eteryczn kurtyn. Zalay mnie wspomnienia. Upa. Smak krwi w ustach. Jas- noczerwone szczeliny ziejce w okaleczonym ciele. Martwe oczy wpatrzone w niebo. Olepiajce soce. Ryk tumu. Bl w lewym ramieniu, gdzie wbiy si ky kotoaka, w boku, gdzie wbia si wcznia, w 330 ILONA ANDREWS prawej ydce, po uderzeniu biczowatym ogonem jaszczuropodobnego stwora, ktrego nazwy nawet nie znaam... - Powitanie z dawno niewidzianym przyjacielem? Odwrciam si. Zza drucianej siatki obserwowa mnie starszy mczyzna. Mia ogorza od soca i wiatru twarz o twardych rysach. Czarne wosy zebrane na karku w kit przeplatay suto nitki siwizny. Wydawa mi si skd znajomy. - Przyjacielem? Przeciwnie - odparam. Z Pnocnych Wrt wyoni si Mart. Przemkn par krokw, cicho niczym czarny cie, i wskoczy lekko na ogrodzenie. Mczyzna nie usysza, e nadchodzi. - Walczya tu ju? - Mwi z lekkim francuskim akcentem. Potrzsnam gow. - Wic gdzie? A gdzie nie? Rzuciam pierwsz z brzegu nazw. - Hoyo de Sangre. Dawno temu. Mart nie spuszcza ze mnie wzroku. Mia przy tym dziwn min. Zdecydowanie drapien, lecz widziaam w jego twarzy co jeszcze, cie czego niepokojcego, niemal tsknoty. - Ach, tak. - Kiwn gow mczyzna. - Okropne miejsce. Ale nie martw si, piasek jest wszdzie taki sam. - Ten jest zimny. - Umiechnam si. Znw przytakn skinieniem. - Prawda. Cho to niewielka rnica. Przypomnisz sobie wszystko, gdy tylko ich usyszysz. - Wskaza brod trybuny. - Kiedy to byo? - Dwanacie lat temu. Jego brwi podskoczyy wysoko. - Dwanacie? Niemoliwe. Jeste za moda i zbyt pikna... - zawiesi gos. - Mon Dieu, je me souviens de toi. Petite Tueuse... Cofn si, jakby ogrodzenie nagle rozarzyo si do biaoci, a potem odszed szybkim krokiem.331 j ILONA ANDREWS Spojrzaam na Marta. - Cze, zotowosy. Gdzie twj porysowany kumpel? Mam z nim rendez-vous. Nadal tylko patrzy. - Nie jeste zbytnio gadatliwy, co? - Dobyam Zabjcy i przesunam palcami po ostrzu. Przenis wzrok na miecz. Ogrodzenie byo zbyt wysokie. Nawet gdybym odbia si z rozbiegu, nie daabym rady doskoczy do Marta, eby zada cios. - Bawisz si w zastraszanie przeciwnika? Potraktowawszy rdo gosu jako potencjalne zagroenie, robiam unik, jednoczenie si odwracajc. Przy siatce sta Curran. Obrzucenie go piachem stanowioby tylko gwd do trumny. Nie syszaam, jak podszed. Czowiek tego wzrostu nie powinien porusza si tak cicho, a on podkrad si jak zjawa. Ciekawe, ile czasu ju tam sta. - To mnie si tak boisz, czy oglnie jeste strach- liwa? Spiorunowaam Currana wzrokiem. - A moe po prostu odrzuca mnie dwik twojego gosu? To instynktowna reakcja. - Ale ten tutaj nie wzbudza w tobie adnych instynktw? Mart skwitowa jego wypowied umiechem. - Mam z nim potacwk na piasku. Do tego czasu nie musz na niego reagowa w jakikolwiek sposb. Curran przyjrza si Rozpruwaczowi badawczo. - Nie mog rozgry, czy chce ci zabi, czy raczej przelecie. Jak to jest, e dziaasz na psycholi jak lep na muchy? - Sam sobie na to odpowiedz. Ha! Wpad w swj wasny doek! Mart zeskoczy z siatki i znikn w ciemnej plamie Pnocnych Wrt. Skierowaam si w drug stron, do Zotych. Curran przyspieszy i otworzy bramk. Stanam jak wryta. Zaskoczy mnie. Mczyni zwykle nie przytrzymywali mi drzwi. - Co jest? - Zastanawiam si, czy to nie jaka puapka. - Wya, ju - warkn. - Zamierzasz si na mnie rzuci? - A mam si rzuci? Rozwanie pominam roztrzsanie tej kwestii. Odpowied mogaby mi si nie spodoba. ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY j 332 Wyszam z Kota. Curran zatrzasn bramk i ruszy za mn. - To co? Mamy przerbane? Kazae im si pakowa i wraca do domu? - Macie bardziej ni przerbane. Ale nie. Bd walczy razem z wami. A przystanam. - Z nami? Na Kotle? -Tak. Nie nadaj si twoim zdaniem? Wolisz Sai- mana? Hm, Wadca Bestii - Urodzony Zabjca versus neurotyczny Lodowy Olbrzym. Czy w ogle jakie wolenie" wchodzio tu w gr?69 ILONA ANDREWS - A co z Andorfem i pierwszym prawem? - Co z Andorfem? - Naprawd pokonae go, gdy miae pitnacie lat? - zapytaam bez ogrdek. -Tak. adna mdra odpowied nie przysza mi do gowy. Za zakrtem naszym oczom ukaza si stojcy na kocu korytarza Cesare. Wrosam w ziemi. Tak bardzo chciaam dopa bydlaka, e poczuam na wargach smak jego krwi. Curran popatrzy na mnie uwanie. - To on kierowa akcj pobicia Dereka - szepnam. Oczy Currana zala zoty blask. Podjcie jakiegokolwiek dziaania w tej chwili kosztowaoby nas dyskwalifikacj. Mimo to oboje chcielimy go zabi. Bardzo. Cesare odwrci si i a cofn na nasz widok. Na moment zamar niczym jele w wiatach reflektorw, po czym umkn do kwater. Weszam do naszych. Curran nie pody za mn. Andrea machna mi na przywitanie. Siedziaa na awce. Na rozoonym na kolanach rczniku trzymaa mas rnych czci, bdcych zapewne fragmentami jakiej zabjczej broni palnej. Usiadam obok. - Gdzie s wszyscy?ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY | 335 - Pochowali si w jakich dziurach. Poza Doo- little'em. Jako ofiara porwania zosta wyczony z nacierania uszu. pi teraz jak dziecko. Ale musz ci powiedzie, e usyszaam przez drzwi sporo ciekawych rzeczy. - Dawaj. Umiechna si obuzersko. - Najpierw wysuchaam Jimowego to wszystko moja wina, zaplanowaem to sam, bez niczyjej wiedzy". Potem wysuchaam Derekowego to wszystko moja wina, zaplanowaem to sam, bez niczyjej wiedzy". Nastpnie Curran zagrozi, e kolejny kandydat na mczennika stanie si nim szybko i nieodwracalnie. Rafael owiadczy, e on jest tylko, aby spaci dug krwi. e ma prawo do odwetu za zranienie przyjaciela boud. I e tak wanie stoi w kodeksie klanu na stronie tej i tej. I e jeli Curran chce o tym podyskutowa, mog obgada to na solo. To byo okropnie melodramatyczne i zabawne. Strasznie mi si spodobao. Zapewne. Przed oczami stan mi obraz Currana z zamknitymi oczyma i rk przyoon do czoa, warczcego cicho ze zoci. - Potem Dali oznajmia, e ma do traktowania jej jak dziecko i e chce da wreszcie upust swojej dzy krwi. To pewnie bya ostatnia kropla. - Co powiedzia?71 ILONA ANDREWS - Przez dusz chwil nic, a potem wdepta ich w boto. Derekowi przypomnia, e wzi odpowiedzialno za ycie Liwii i jeli zamierza kogo ratowa, to musi mie dobry plan, a nie nakrelony na chybcika szkic, ktry natychmiast sypie si niczym domek z kart, skutkuje zamaniem kadego jednego prawa Gromady i obiciem pyska. Dali powiedzia, e jeli chce, aby brano j powanie, musi zacz ponosi odpowiedzialno za swoje czyny, a nie robi z siebie mimoz za kadym razem, kiedy wpadnie w tarapaty, i e udzia w tej chryi nie jest sposobem na udowodnienie hartu ducha. Poza tym nie uwaa chyba, e jako trzpiotkowata pitnastolatka bya urocza, wic teraz, u dwudziestoomiolatki, tym bardziej nie zamierza tego tolerowa. Ledwie powstrzymywaam si od miechu. - Rafaelowi przypomnia, e dug krwi jest waniejszy od prawa Gromady tylko w wypadku morderstwa lub uszkodzenia ciaa zagraajcego yciu i popar to odpowiednim cytatem, dodajc numer strony oraz paragrafu. Doda take, e wyzywanie alfy nawet w artach pogwaca prawo Gromady i jest karane odosobnieniem. To byo niesamowite lanie. Jak skoczy, mieli czerwone tyki. Andrea zacza skada bro. - Potem skaza ca trjk oraz siebie na osiem tygodni pracy przy budowie pnocnego skrzyda Twierdzy i posa w diaby. Wypadli stamtd, jakby im si wosy paliy. - skaza siebie? - Sam te zama prawo, biorc udzia w tym idiotyzmie. jakie to wadcobestialskie. - A co z Jimem?ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY j 337 - On zosta na specjalne zmywanie gowy. Mao co syszaam, bo mwili cicho, ale Jimowi musiao si porzdnie oberwa. Na kocu usyszaam tylko, e dosta trzy miesice robt budowlanych. A potem, kiedy wychodzi, Curran zawoa za nim, e jeli Jim ma ochot przepycha si z jego towarzyszk in spe, to prosz bardzo, ale eby nie liczy na pomoc, jak skopiesz mu tyek. Ha, auj, e nie widziaa miny Jima. - Przysz kim?! - Towarzyszk. Zaklam. Andrea zachichotaa. - Wiedziaam, e bdziesz zachwycona. A teraz utkna z nim tutaj na trzy dni i w dodatku bdziesz musiaa rami w rami walczy. To takie romantyczne. Prawie jak miesic miodowy. Jeszcze raz przyda mi si trening opanowywania emocji. Inaczej udusiabym Andre na miejscu. Ten wanie moment wybra Rafael na pojawienie si w progu. - Rozpruwacze zaczynaj swoj rund. Curran kaza powiedzie, e walczy twj psychol.% E " " I ' % Rozdzia dwudziesty szsty 3 rybuny, jeszcze godzin wczeniej cakiem pu- JL ste, wypeniy si do granic moliwoci. Widzo- wie, na co dzie odrbne byty, tu scalali si w jedn, gon, wciek, podniecon besti o tysicach garde. Noc bya moda, a bestia kapryna i dna krwi. Kto, pewnie Jim albo Derek, odkry wsk klat-k schodow czc pierwsz i drug kondygnacj. Osadzona we wnce na lewo od Zotych Wrt bya niewidoczna z trybun, poniewa wszystkie latarnie owietlay Wrota i Kocio. Przecisnam si przez drzwi, minam siedz-cych razem Andre i Rafaela i zajam najwyszy schodek. Beton okaza si niewygodny i zimny. Przyszli wszyscy prcz Doolittle'a. Rozpruwacze wystawili tylko dwch zawodnikw przeciwko czterem. Jednym by Mart, drugim niewysoka, krga, zmysowa kobieta z kaskad ciemnych wosw. Tak przypominaa Liwi, e mogyby by siostrami. Derek sta na jej widok. Przeciwna druyna skadaa si z wielkiego, zwalistego Azjaty, zapewne Siacza, Strzaki - wiotkiego ciemnoskrego ucznika, uzbrojonego dodatkowo w rzutki oraz sztylety, przed ktrym sterczao kilkadziesit wbitych w ziemi strza, oraz Szermierza, modego blondyna stylizujcego si na Japoczyka. Mia on na sobie tradycyjne granatowe kimono oraz janiejsz hakam. Jego uzbrojenie stanowia oczywicie katana. Czwarty czonek druyny, kobieta, staa z tyu, wic bya prawdopodobnie Szeptaczem. Mdry wybr, biorc pod uwag przypyw magii. Zadwicza gong. ucznik rozpocz. Strzaa wisna w powietrzu, wbijajc si w miejsce, gdzie przed momentem sta Mart. Zawodnik ponowi atak, celujc z niewiarygodn szybkoci. Mart robi uniki to w ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY | 339 prawo, to w lewo. Przemieszcza si tak prdko, e wydawa si rozmazanym czarnym cieniem. Ani razu nie podnis miecza. Myleli, e go dorw. Nie byo takiej moliwoci. Siacz natar, poruszajc si z zaskakujc lekkoci. Stojca z tyu kobieta zacza wykonywa skomplikowane gesty rkoma. Szermierz zaatakowa Rozpruwaczk. Uchylia si, rozkadajc ramiona jak gotujcy si do lotu ptak. Mart nawet nie odwrci si w jej stron. Dwa metry od przeciwniczki Szermierz doby byskawicznie miecza. Za bardzo si pospieszy...uchwa Rozpruwaczki opada. Magia smagna moje zmysy niczym twardy, palcy bicz. Kobieta napia minie i zwymiotowaa ciemn chmur wprost w twarz przeciwnika. Chmura, buzujc, opada fechtmistrza, ktry zachwia si, zaskoczony w trakcie wykonywania pchnicia. Po Kotle ponioso si echem bzyczenie. - Pszczoy? - rzuciam pytajco. - Osy - sprostowa Derek. Szermierz krzykn, okrcajc si w miejscu. Mart przebieg ach, zostawiajc za sob lad wyznaczony strzaami, i wbi miecz w trzewia Siacza. Olbrzym zgi si wp. Rj otaczajcy Szermierza rozpk si na dwoje. Jedna cz spada na ucznika niczym czarny bat. Strzelec rzuci si do ucieczki. Z doni magini wystrzeli stoek ognia wirujcy jak poziome tornado. Mart podskoczy wysoko. Kobieta podniosa stoek, nie do jednak szybko. Mart, ldujc, kopn j w bok gowy. Uderzenie zbio Szeptaczk z ng, ale zanim pada na piasek, jej gowa przekrzywia si nienaturalnie na bok. - Zamany kark - skomentowaa Andrea. Rj otoczy Strzak ruchliw zason. ucznik zatoczy si, wpadajc wprost na miecz Marta. Rozpruwacz ci go 76 ILONA ANDREWS dwukrotnie krtkimi, precyzyjnymi sztychami, po czym podszed do Szermierza, ktry kwicza jak zarzynane prosi. Przez dug chwil przyglda si mczynie, jakby w zadumie, po czym dobi jednym pchniciem. Rj znikn. Gowa fechtmistrza potoczya si po piasku. Tum zawy z zachwytu.Obserwujcy wszystko zmiennoksztatni nie wydali ani jednego dwiku. - Wyglda to tak - mwi Jim w przerwie, gdy sprztacze adowali zwoki na nosze i zbierali z pia-sku odcite czci cia. - S cztery walki. Pierwsza jest runda kwalifikacyjna, pniej wierfina, pfina i mecz o mistrzostwo. Tylko w tej ostatniej druyna bierze udzia w caoci. W poprzedzajcych sami decydujemy o liczbie zawodnikw. Moemy wystawi od jednego do czterech. Jeli wystawimy czterech i wszystkich stracimy, bdziemy zdys-kwalifikowani jako niezdolni do dalszych rozgry-wek". Przerwa, dajc nam czas na przetrawienie informacji. Przygotowa si do wykadu sumiennie, mia nawet notatki przypite do podkadki z klipsem niczym trener druyny baseballowej. - Mimo to, zwykle w rundzie kwalifikacyjnej bierze udzia czterech zawodnikw. Wystawienie trzech jest ryzykowne. - Zerkn na siedzcego niej Curra- na, ktry wzruszy ramionami. - To twoja dziaka. 342 j ILONA ANDREWS A wic Jim zachowa pozycj Stratega. Wielko-duszne ze strony Jego Wysokoci. - Podzielimy si na dwie ekipy, jedna trjka, jedna czwrka. Jak na razie w porzdku. - To ograniczy ryzyko dyskwalifikacji i pozwoli na zebranie si podczas przerw. Sensowne. - W skad pierwszej wejd Rafael, Andrea, Derek i ja. Drug stworz Curran, Kate i Dali. No nie. - Mam z nim walczy w jednej druynie? -Tak. Nagle poczuam nieodpart ch ucieczki. - Dlaczego? - Derek, Rafael i ja mamy podobny styl walki. Poruszamy si po caym polu. Andrea jest strzelcem. Jest mobilna i walczy na odlego. Dali nie. - Posuguj si shodo - wyjania Dali. - To kl-twy rzucane za pomoc pisania. Musz wykaligrafo-wa znaki na kartce, a na to trzeba chwili spokoju. Jedna kreseczka nie tak i moemy zgin. Po prostu wietnie. - Ale spokojnie. - Machna rk Dali. - To wy-maga takiej precyzji, e zwykle nie dziaa w ogle. Jeszcze lepiej. - Ani ja, ani Rafael nie jestemy dobrzy w obro-nie - podj Jim. - A Derek nie wrci jeszcze do si. Curran musi osania Dali, jest najlepszym obroc, 343 j ILONA ANDREWS jakiego mamy. Bdzie potrzebowa wsparcia zawod-nika ofensywnego, a ty jeste najskuteczniejsza. Zabrzmiao jak komplement. - Poza tym nasza trjka przesza podobne szkolenie - kontynuowa Jim. - Wiemy, czego si po sobie spodziewa, i potrafimy wspdziaa. ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY Uwaa, e ja nie umiem dziaa druynowo. No dobrze, mia racj. - Druga ekipa wemie walk kwalifikacyjn i pfina. Pierwsze starcie moe sprawi wam nieco trudnoci, ale w trzecim zawodnicy bd ju troch zmczeni. Skad pierwszy wemie udzia w rundzie wierfinaowej. Potem, w mistrzowskiej, bdziemy walczy wszyscy. Jim przewrci kartk. - Macie starcie dzisiaj z Czerwonymi Demonami. Z tego, co syszaem, wystawi bizonoaka, fechtmi- strza i jakie dziwne stworzenie jako Szeptacza. Wy te go macie. Ustawiaj sobie walki podczas przy-pywu magii, bo czary s bardziej efektowne. Wy natomiast starajcie si robi wraenie nieudacznikw, amatorw. Im sabiej wypadniecie, tym lepiej, bo kolejne druyny zlekcewa nas wszystkich i bdziemy mie atwiej. adnych pazurw, panie. A ty, Kate, zero magii. Musicie zwyciy, ale ledwo ledwo. Kukn do notatek. -Jeli chodzi o prawo Gromady dotyczce zabija-nia, to nie dotyczy ono Kota. - Curran milcza. Jim da wanie zmiennoksztatnym moliwo rozszarpania przeciwnikw bez ponoszenia odpowiedzialnoci i to za cichym przyzwoleniem Wadcy Bestii. No c, gladiatorzy ginli. Tak wygldaa rzeczywisto. Musielimy tu by, reszta zgosia si dobrowolnie. A kady przeciwnik zabiby nas bez mrugnicia okiem. 79 ILONA ANDREWS Piasek zachrzci pod moimi stopami. Prawie czu-am jego drobinki na jzyku. Pami przygnaa wspomnienia upau i pracego soca. Odepchnam je, skupiajc si na Kotle. Na drugim kocu stali nasi przeciwnicy. Szer-mierz - wysoki, uzbrojony w miecz ptorarczny. Bizonoak - kudaty, ciemnobrzowy, wielki, roz-wcieczony. Niemoliwie szeroki w barach, umi-niony, o ogromnej, rozronitej klatce piersiowej i nogach zakoczonych kopytami. Mia na sobie kolczug, ale nie spodnie. Potny kark wieczya kudata grzywa. Rysy twarzy byy mieszanin ludz-kich i byczych, lecz jeli u minotaura tworzyy spjn cao, u tego zmiennoksztatnego przypominaa puzzle niedopasowanych, bezadnie poczonych fragmentw. Za nimi staa istota jak ywcem wyjta z koszmarw. Dolna cz ciaa, ciemnobrzowa z janiejszym wzorem usek, naleaa do pytona. W okolicach brzucha gadkie uski przechodziy w byszczc powok opinajc ludzki tors o niewielkich stokach piersi. Twarz stwora bya twarz pitnastoletniej dziewczyny, ktra spogldaa na nas szmaragdowymi oczyma. Skra na bezwosej czaszce tworzya poniej kaptur podobny do paszcza kobry. Lamia. Cudownie. Lamia ZAKOYSAA si, jakby w rytm muzyki, ktrej nikt oprcz niej nie sysza. Emanowaa pier-wotn, staroytn, zimn magi. Piasek unis si ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY wzdu splotw i zsun z powrotem, pieszczc gadkie uski. Dali zadraa. Staa za nami z podkadk, pirem i arkuszem cienkiego papieru ryowego pocitym na wskie paski. Otaksowaam fechtmistrza. Saby i nieudolny. W porzdku, dam rad. Trybuny wrzay rozmowami, pochrzkiwania- mi i oddechami tysicy garde. Wszystkie te dwiki zleway si w niskie buczenie. Potoczyam spoj-rzeniem po widzach. Saiman siedzia w swojej loy z Cioci B. po lewej i Mahonem, Niedwiedziem At-lanty i katem Gromady po prawej. Pomidzy alfami klanu boud i klanu wielkich. Nic dziwnego, e da si przekona do rezygnacji z miejsca na rzecz Currana. Zza ramienia Cioci B. wystawaa znajoma, jasna czupryna. Niemoliwe. Gowa poruszya si i ujrza-am twarz Julie. A jednak. - Przekupie mi dzieciaka! - Zawarlimy umow handlow - sprostowa Curran. - Ona chciaa zobaczy walk, ja potrzebo-waem informacji, kiedy i gdzie si odbdzie, oraz w jaki sposb wkrcilicie si na turniej. Julie umiechna si do mnie nieco nerwowo i pomachaa. Poczekaj, niech tylko std wyjd, powiedziaam bezgonie. Bd musiaa odby z ni powan roz-mow na temat wykonywania polece. 81 ILONA ANDREWS - Wiem, w czym problem. - Curran wyprostowa si i przecign dla rozgrzewki. Zerknam na niego ukradkiem. Postanowi walczy w dinsach oraz starej koszulce z oderwanymi rkawami, ktrej pewnie uywa do wicze.82 ILONA ANDREWS Mia silne bicepsy, muskulatur uksztatowan i wyrobion cikim wysikiem fizycznym, nie na-zbyt przeronit, ale nie ylast. Perfekcyjn. Moe pocaunek z Curranem napawa mnie poczuciem winy i by z mojej strony fatalnym posuniciem, ale przynajmniej nikt nie posdziby mnie o zy gust. Teraz cay wic polega na tym, eby nie zrobi tego ponownie. Jeden pocaunek mona uzna za wypadek, dwa to ju tarapaty. - Mwie co? - Uniosam brew. Nonszalancja, najlepszy sposb na zamaskowanie gupich cigot. Bizonoak i Szermierz gotowali si do ataku. wiad-czyy o tym napite minie ng i lekkie pochylenie. Robili wraenie pewnych, e zdecydujemy si na defensyw, nie ruszajc si z obranych pozycji. Curran take obserwowa ich nogi. Prawdopo-dobnie czekali na ruch dywersyjny lamii. Wowy stwr koysa si, otoczony magi, z usztywnionymi ramionami, jakby trzyma co na smyczach. - Mwiem, e wiem, dlaczego boisz si przy mnie walczy. - Tak? A to czemu? - Jeli przecignie si jeszcze raz, bd musiaa przedsiwzi dodatkowe rodki bezpieczestwa. Moe kopn w niego piaskiem? Trudno wyglda seksownie, trc oczy. - Podasz mnie. No piknie. - Nie moesz oprze si moim wdzikom, wic boisz si, e zrobisz z siebie widowisko. - Wiesz co? Nie mw w moj stron. ROZDZIA DWUDZIESTY SZSTY j Zabrzmia gong. Wspomnienia uderzyy we mnie ze zdwojon si - upa, piasek, strach. Magia lamii wystrzelia jak atakujca kobra. Od-skoczyam w ostatniej chwili, unikajc wpadnicia w jam, ktra utworzya si w piasku tam, gdzie jeszcze przed momentem staam. Fechtmistrz przyskoczy do mnie w mgnieniu oka. Zaatakowa, wyprowadzajc podrcznikowy cios gniewu" - potne, ukone cicie z prawej, skierowane w d. Uchyliam si. Ostrze przecio powietrze obok. Zapaam gocia za fraki i uderzyam z gwki w czoo. Masz, ty nieudaczniku. Krew spyna mi po twarzy. Oczy Szermierza ucieky w gb czaszki i mj przeciwnik osun si na ziemi. Oj. Odwrciam si. Z naprzeciwka nadbiega bizo- noak. Nabranie prdkoci zabrao mu moment, ale teraz wielki, masywny, parskajcy gniewnie znie-ksztaconymi nozdrzami, wydawa si niepowstrzy-many. Curran obserwowa go ze znudzon min. W ostatniej chwili usun si, wystawiajc nog. Zmiennoksztatny potkn si, a Curran pomg mu si przewrci silnym ciosem w kark. Bizonoak ru-n na piasek niczym drapacz chmur. Wstrzsna nim fala drgawek, po czym znieruchomia, z gow wykrcon pod nienaturalnym ktem. ROZDZIA DWUDZIESTY S ZSTY j Upadajc, musia skrci kark. Jego pier nadal si poruszaa. Ten przynajmniej nie zgin na miej-scu. Curran sta nad nim z zakopotan min.348 j ILONA ANDREWS Dali rzucia ostr komend w nieznanym mi j-zyku, jednoczenie podrzucajc w gr pasek papie-ru ryowego. Karteczka znikna z cichym pykni- ciem. Spojrzelimy wyczekujco na lami. Nic. Poru-szaa ramionami, gromadzc moc do jakiego pa-skudnego zaklcia. Pewnie magia Dali bya niewypaem. Naraz nad gow lamii rozbyso jaskrawe, ro-we wiato, ktre uformowao si w wietliste szcz-ki o demonicznych kach. Paszcza pochona lami, szyj, okcie, korpus, i znikna. Rozlego si gone chrupnicie i lamia zacza si wykrca. Jej gowa odwrcia si o sto osiemdziesit stopni, kark pk, przez skr w zgiciu rk przebiy si ostre koci okciowe, a w kocu istota przegia si w ty jak kwiat ze zaman odyg. Odwrciam si powoli i spojrzaam na Dali. - Heh, chyba jednak zadziaao. - Wzruszya ra-mionami. Tum oszala. Jim czatowa na nas przy Zotych Wrotach i zgrzyta zbami. - A co z ledwie ledwie zwycistwem? - Mwie, e mamy by nieudolni! Patrz, nawet nie dotknam miecza. Rbnam gocia gow, jak ulicznik. - Zaatakowa ci mczyzna z mieczem, a ty go rozbroia i obalia w cigu dwch sekund! - Popa-trzy na Currana, ktry wzruszy ramionami. 349 j ILONA ANDREWS - Nie moja wina, e nie umia si przewraca. ROZDZIA DWUDZIESTY DZIEWITY Jim przenis surowe spojrzenie na Dali. - Co to, u diaba, miao by? - Szkaratne Szczki mierci. - Kiedy zamierzaa mnie poinformowa, e a-miesz ludzi jak zapaki? - Mwiam, e rzucam kltwy. - Mwia, e nie dziaaj! - Mwiam, e nie zawsze dziaaj. Ta najwyra-niej zadziaaa. - Dali zmarszczya czoo. - Zreszt nie rzucaam ich nigdy na ywych przeciwnikw. To by wypadek. Jim spiorunowa nas wzrokiem. Podkadka pka mu w doniach. Odwrci si na picie i odszed, tupic. - Chyba zranilimy jego uczucia - skwitowaa Dali, odprowadzajc Jima spojrzeniem, po czym ru-szya za nim. - Co, do cholery, miaem zrobi, zapa tego bizo- noaka, eby nie upad? - prychn Curran. W kwaterach chwyciam co do przebrania i wsko-czyam pod prysznic. Kiedy wyszam, na stole staa kolacja przyniesiona przez czerwonogwardzist. Gulasz i wiey chleb. Rafael znikn gdzie zaraz po jedzeniu, a zmiennoksztatni zaproponowali mi pokera. Zaatwili mnie bez myda. Najwyraniej byam dla nich jedn wielk tablic informacyjn - syszeli 85 ILONA ANDREWS rytm bicia mego serca, czuli zmiany zapachu potu, liczyli, ile razy mrugnam, i w ogle wiedzieli, jakie mam karty, jeszcze zanim zdyam na nie spojrze. Gdybymy grali w rozbieranego pokera, musiaabym zdj skr z grzbietu. Poddaam si wreszcie i poo-yam na posaniu z jedn z ksiek, ktre przynis doktor. Doolittle okaza si strasznym karciarzem. Od czasu do czasu zerkaam na towarzystwo. Szeciu zmiennoksztatnych siedzcych jak posgi, z ka-miennymi obliczami, ledwie podnosili karty, by po-dejrze, co w nich jest. Dziwnie si czuam, dzielc pokj z innymi ludmi, ale ich hipnotyczny bezruch upi mnie zaskakujco szybko. nio mi si, e razem z Curranem zabijamy dinozaura, a potem kochamy si na goej ziemi. Okoo dziewitej Curran, Dali i ja poszlimy do Zo-tych Wrt obejrze walk drugiej naszej ekipy z druyn Zabjcw. Nad wiatem panowaa magia. Mijajc mnie, Andrea umiechna si lekko. Z kabur przy jej pasie sterczay sig sauery, a w rku niosa kusz. Ze wzgldu na przypyw magii pistolety nie dziaay, ale pewnie chciaa mie je pod rk, gdyby w trakcie rundy fala opada.Jim i Derek mieli na sobie identyczne szare spodnie dresowe. Rafael uzbrojony by w dwa noe taktyczne o oksydowanych klingach. W lewej rce ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY podobny do tanto, w drugiej obosieczny o liciowatym ostrzu, wskim przy rkojeci, szerokim porodku i spiczastym na kocu. Zaoy tylko cikie buty i obcise skrzane spodnie, w ktrych wyglda absolutnie zabjczo. Przechodzc, nachyli si do Currana i wrczy mu wachlarzyk zoony z jakiej ulotki. - A to co? - zdziwi si Curran, patrzc na wa-chlarzyk. - Sprzt ratowniczy, Wasza Wysoko. W razie gdyby dama zemdlaa. Curran gapi si na niego bez sowa. Rafael poszed dalej, ale przed wyjciem do Kota odwrci si, napry minie i puci do mnie oko. - Dawaj to - zwrciam si do Currana. - Musz si powachlowa. - No jasne. Weszlimy na schody, eby mie lepszy widok. Kiedy usadowilimy si wygodnie, Andrea nacigaa kusz z bijcym w oczy zawodowstwem. Trzech zmiennoksztatnych stano przed ni. Po drugiej stronie Kota przeciwnicy ustawili si w dwuszeregu. Zabjcy reprezentowali wyranie japoskie kli-maty. Ich Siacz, monstrualnych rozmiarw olbrzym, musia way z dwiecie kilogramw. Mia prawie dwa i p metra wzrostu, bkitn skr i ramiona jak kody. Znad przepaski wystawao mu okrge brzuszysko, jakby pokn kul armatni, ze spltanej grzywy sterczay dwa potne rogi, z 87 ILONA ANDREWS dolnej szczki szablaste ky. Szeroka twarz o grubo ciosanych rysach znamionowaa brutalno, a elazna maczuga w rku a draa z niecierpliwoci, eby pogaska wrogw po gowach. Typowy Oni, japoski ogr. Obok Siacza czaia si bestia uderzajco podobna do kamiennych figur stworw strzegcych bram chiskich wity. Przysadzista, uminiona, wo-dzia po trybunach skrzcymi si inteligencj wy-pukymi lepiami. Miaa ciemnoczerwone boki, a jej krtka, bordowa sier grzywy ukadaa si w pier-cionki. Istota powszya i potrzsna niepropor-cjonalnie wielkim bem. Rozwara szczki szeroko, jeszcze szerzej, a wydawao si, e wyskocz z za-wiasw. Blask wiate zataczy na nienobiaych kach. Lew chiski. Znajdujca si za nim wskousta kobieta w biaej koszuli i szerokich czarnych spodniach, trzymaa w rku yumi, dwumetrowy, tradycyjny uk japoski. Obok niej sta Azjata o jasnozielonych, wyrazistych oczach. uczniczka uniosa swoj bro nad gow, stajc w lekkim rozkroku, bokiem do celu, czyli Rafaela. Powoli opuszczajc uk, napinaa ciciw, a promie strzay przedzieli lini jej twarz tu poniej koci policzkowej. Srebrzysta skra na grocie rozjarzya si i pow-drowaa wzdu drzewca strzay, przedzierzgajc j w bia byskawic. ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY Stojca naprzeciw Andrea nie podniosa kuszy. Rafael nonszalancko obrci na doni n, ktry za-wirowa, zmieniajc si w czarny rozmazany krek. Pochyliam si, wspierajc okcie na kolanach i splatajc donie w jedn pi. - Spokojnie, nie s dziemi - zauway Curran. - Wiedz, co robi. Nie pocieszao mnie to. Wolaabym sto razy sama wystpi w Kotle ni oglda mier choby jednego z nich. Zadwicza gong. uczniczka zwolnia ciciw. Andrea podniosa kusz i strzelia, nawet nie mierzc. W tym samym momencie Rafael usun si z trajektorii strzay tak pynnie, jakby mia stawy z wody i jednoczenie odbi pocisk noem. Odamki strzay opady na piasek, skwierczc magi. Gowa uczniczki odskoczya w ty z tkwicym pomidzy oczyma betem. Jej usta rozchyliy si, tworzc ksztat litery O i kobieta wywrcia si jak koda. Mczyzna stojcy obok niej przymkn powieki i zacz si przechyla. Nie run jednak na piasek. Cienkie pasma magii pochwyciy go, otulajc koron-kowym kokonem, koyszc jak w hamaku. Na jego twarzy zagoci spokj, jakby zapad w sen. Lew chiski zarycza, cho bardziej jak wkurzony rosomak ni wielki kot. Z paszczy uniosy si kby czerwonego dymu. Zaatakowa.354 j ILONA ANDREWS Dystans do zmiennoksztatnych pokona trzema wielkimi susami, wzbijajc apami fontanny piasku. Derek rzuci si ku niemu, zrywajc z siebie dres. Skra na grzbiecie pka, ukazujc futro. Minie i koci zafaloway i lwi eb pochwyciy ju silne ramiona dwumetrowego wilkoaka. Zderzyli si w deszczu piachu. Odepchnity si rozpdu Derek lizga si na grzskim gruncie, ale szybko odzyska rwnowag, kotwiczc stopy w piasku. Lew za-trzyma si, napotykajc opr przeciwnika. Napite minie gray pod wilcz sierci na grzbiecie. Lew potrzsn bem, starajc si oderwa od p czowieka, p bestii. Derek wbi pazury w masywny kark. Obok, w eksplozji zotego futra, Jim zmieni si w jaguara. Lew rykn. Mcc apami, prbujc drapa, od-soni brzuch. Rafael i jaguar runli ku niemu. Noe i pazury byskay, a liskie strzpy wntrznoci opa-day wok kbowiska. Derek odskoczy. Lew za-chwia si i pad. Zmiennoksztatni odsunli si cicho od zwok. Oczy Dereka jarzyy si bursztynowo, Jima byszczay jaskraw zieleni. -Jim ulepszy swoj form bojow - skomentowa Curran. - Ciekawe. Andrea adowaa raz po raz kusz, ktra plua rytmicznie betami. Pociski wbijay si w tors Oni, ale ogr rykn tylko i strzepn je z cielska. Andrea wycelowaa w masywny eb. Bet odbi si od twardej czaszki. Za Oni zgstniaa magia, roz-ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY | 355 kwitajc wok picego Azjaty niczym kwiat. Spod ng Oni, niczym we, wypezy dugie, przejrzyste wstgi. - Niedobrze - mrukna Dali. - Fatalnie... Wstgi splatay si, bysno wiato i z piasku wyonia si ywa istota. Trzymetrowa, przypominaa czowieka przykucnitego na abich nogach. Przyczajone na ziemi stworzenie opierao si na niewiarygodnie dugich odnach, czekajc, a cignce si od picego wstgi wyplot reszt ciaa. Z okci wyrosa druga para przedramion, zakoczonych dugimi palcami zaopatrzonymi w wskie szpony. Tam, gdzie powinna znajdowa si twarz, czernia otwr w ksztacie wiru. Skra poyskiwaa metalicznie, jakby istota zostaa utkana ze srebrnej nici. Arena zamara. Zmiennoksztatni cofnli si. Andrea przeado-waa kusz, posyajc pocisk wprost w paszcz istoty. Bet znikn na moment i wyprysn z tyu czaszki stwora. Oni taczy radonie, przytupujc na piasku. Stworzenie zakoysao si, nadymajc szaraw klatk piersiow, po czym rzygno srebrzyst, mi-gotliw chmur. Na piasek opad deszcz igie. Jim sykn, gdy jed-na z nich drasna mu skr. Srebro. Zmiennoksztatni rozpierzchli si, potwr za, nie przestajc wyrzuca z siebie metalowego gradu, ruszy powoli, starajc si przyprze ich do ogrodze-nia. ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY | 356 Igy dosigy Dereka, trafiajc w tors. Wilk wzdrygn si jak oparzony, odskoczy. - Zlikwidujcie Azjat - mruknam pod nosem. Jim wyda seri krtkich rozkazw, niemal nie-syszalnych w syku choszczcych piasek igie. Derek rzuci si w lewo, Rafael w prawo. Chcieli otoczy stwora. Na piersiach istoty wykwitla druga paszcza i kolejna fala igie zablokowaa ruch Rafaela.91 ILONA ANDREWS Zacisnam palce na rkojeci miecza. Curran obserwowa Kocio z kamienn min. Kolejne rozkazy. Rafael i Jim wycofali si, za Derek odsun tylko poza zasig srebrnych pociskw. Jim i Rafael chwycili Andre za ydki, wyrzucajc dziewczyn w gr. Poszybowaa pionowo, naciskajc w locie spust kuszy. Bet przebi pier picego na wylot. Szeptacz obudzi si z krzykiem, zaciskajc donie na promie-niu. Przejrzyste wstgi magii odpady, a mag run na piasek. Wici skurczyy si i oderway od istoty, zostawiajc w jej grzbiecie wyrwy. Ubytki rozszerzay si, ciao stwora zaczo znika. Istota, skrcajc si, chlasna na odlew Oni, ktry polecia jak pika, odbijajc si od siatki. Potem powloka si w stron Azjaty, z kad chwil przyspieszajc. Nie przerywaa czogania, mimo e jej biodra i grzbiet rozpyny si w nico. Dotarszy do maga, pochylia si i pokna go jednym klapniciem paszczy. Jki umierajcego umilky, a stwr znikn. Tum eksplodowa. Z tysicy garde wyrwa si ryk. Jaki bliej siedzcy mczyzna wrzasn: Goool!" Oni pozbiera si z ziemi, ale szybko pad z po-wrotem. Walka z trzema zmiennoksztatnymi bya brutalna i krtka. Zbiegam ze stopni, pdzc do Zotych Wrt. Curran i Dali ruszyli za mn. Chwil pniej z Kota zwleka si czwrka na-szych, poobijana i broczca krwi. Andrea mnie ob-ja. 92 ILONA ANDREWS - Widziaa to?ROZDZIA DWUDZIESTY S ZSTY - Piekielnie dobry strza. - Do kwater, natychmiast - rozkaza Doolittle. - Szybko, zanim srebro wniknie gbiej. Mijajc nas, Jim zerkn na Currana. Wadca Be-stii kiwn gow. Ostatni z Kota zeszli Derek i Rafael. Zoty cho-piec mocno kula. Spojrza na Currana. - Dobra robota - skwitowa Curran. Derek wyprostowa si, a oczy rozbysy mu dum. Pokutyka na korytarz, starajc si za bardzo nie wspiera na Rafaelu. Andrea upada kilka metrw od wejcia do kwater. W jednym momencie umiechaa si zadowolona, w drugim runa jak koda. Podtrzymaam Dereka, ktrego Rafael puci bez ostrzeenia, rzucajc si do Andrei. - Zatrucie srebrem - oznajmi doktor. - Wniecie j do rodka. - To pali - jkna Andrea. Widziaam wczeniej potraktowanych srebrem zmiennoksztatnych. Paskudna, bolesna sprawa. To przeze mnie teraz Andrea cierpiaa. Rafael wnis dziewczyn do pomieszczenia, kadc na stole. Doktor byskawicznie sign po narzdzia. Andrea trzsa si jak osika, plamy na jej skrze pojawiay si niczym wywoywane zdjcie. Palce ROZDZIA DWUDZIESTY S ZSTY wyduyy si, paznokcie zaczy zmienia w pazury. - Czekaj - powiedzia Rafael, zabierajc si do cigania z niej ubrania. -Nie. - Nie bd mieszna - warkn. Przytrzymaa go za rce. - Nie! - zaprotestowaa, a jej oczy rozszerzyy si strachem. - Spokojnie, moda damo... - mitygowa Andre doktor. -Nie! Wygia si w uk, zadraa i jkna bolenie. Zaczynaa si zmienia, a nie chciaa, eby ktokol-wiek to widzia. - Wyjdcie - poprosiam. - Idziemy. - Nagle ciar wspierajcego si na mnie Dereka znikn. To Curran zabra go do sy-pialni. Dali i Jim poszli za nimi. Rafael zosta, blady jak ciana, nie wypuszczajc Andrei z ramion. Wycharczaa co niezrozumiale. -Ju dobrze - zapewniam j. - Tylko ja, doktor i Rafael. Reszta wysza. - On te - chrypna. - Prosz. - Rzucasz si. Nie dam rady ci przytrzyma, je-ste za silna. A doktor bdzie mia co innego na go-wie. - Rozetnijcie jej ubranie - nakaza Doolittle. - Nie, nie, nie. - Andrea zacza paka. Rafael przygarn j do siebie. 95 ILONA ANDREWS -Ju dobrze - szepn. - Wszystko bdzie dobrze. W niespena minut bya naga. Na jej piersiach ciemniy si paskudne plamy. Pewnie trafia w ni caa seria igie. Fala dreszczy przeszya j od stop do gw. Stkna z blu. - Nie walcz z tym - powiedzia doktor, otwierajc torb z instrumentami. - Poddaj si. - Nie mog. - Oczywicie, e moesz - obruszyam si. - Nie! - warkna przez zacinite zby. - Chyba nie umrzesz tylko dlatego, e wstydzisz si swoich ctek? Ja ju widziaam ci w naturalnej formie, a doktorka niczym nie zaskoczysz, prawda? - Mgbym o tym napisa ksik - zachichota Doolittle. - To nic takiego, pestka. - Jego mina prze-czya sowom, ale Andrea nie moga tego zobaczy. - Zaraz postawimy ci na nogi. - A Rafael uwaa, e twoja forma pierwotna jest seksowna. Jest w kocu rasowym zboczecem, sama wiesz. No, dalej, Andrea. Dasz rad. Rafael nie przestawa jej tuli. - Zmie si, kochanie, prosz. Moesz to zrobi. Nie walcz z tym. Ciemne plamy powikszyy si. Andrea zapaa mnie za rk, miadc palce. - Zmie si, Andrea, pamitaj, e mam u ciebie lunch. - Wcale nie - stkna. - Ale tak. Wybieglicie z Rafaelem, zostawiajc mnie z rachunkiem. Jeli umrzesz, nie odzyskam ROZDZIA DWUDZIESTY S ZSTY kasy, a sama wiesz, e jestem za biedna na stawianie ludziom arcia w knajpach. No, dalej. Andre wstrzsny drgawki. Krzykna. Jej ciao zafalowao, ksztaty zmieniy si, formujc szczup, dugonog istot poronit krtk sierci. Twarz przeksztacia si w poczenie pyska hieny i ludz-kiego oblicza. W przeciwiestwie do boud, ktrych pierwotna posta bya czsto nieksztatn mieszani-n niepasujcych do siebie czci, Andrea miaa pro-porcjonaln budow. Bya pikn, pen gracji istot. Szkoda, e sama nie postrzegaa siebie w ten sposb. Doolittle zbada jej brzuch lew rk, w prawej trzymajc skalpel. - Teraz, kiedy natn, wypchniesz to. atwo i przyjemnie, tak, jak ci uczyli. - Uczyli? - wycharczaa Andrea. - Na wiczeniach pozbywania si srebra z ciaa - sprecyzowa doktor. - Nic takiego nie wiczyam! Oczywicie, e nie. Przez cae ycie zaprzeczaa, e jest zmiennoksztatn. - Ona nie wie, jak to zrobi - powiedziaam. Andrea rzucia si konwulsyjnie. Rafael j przy-trzyma. Z twarzy odpyna mu wszystka krew. - Srebro parzy. Twoje tkanki cofaj si przed nim, przez co wnika coraz gbiej. Musisz si temu przeciwstawi - wyjania doktor. - To instynktowne, ale kiedy natn, musisz napi minie i stawi mu opr, wypchn je z ciaa. - Nie umiem - jkna Andrea. ROZDZIA DWUDZIES TY DZIEWITY - Umiesz - rzek Rafael stanowczo. - Kady si tego uczy. Nawet dzieci to potrafi. Jeste Rycerzem Zakonu. Dasz rad wyrzuci z siebie te cholerne igy. Przesta si maza i uala nad sob. - Nienawidz ci - warkna. Uzbrojona w skalpel rka Doolittle'a zawisa nad jej brzuchem. - Gotowa? Przeci skr, nie czekajc na odpowied. Z rany trysna czarna krew. Andrea krzykna, napia si i srebrna iga wysuna si na jej brzuch. Doktor chwyci kawaek metalu przez gaz. - Dzielna dziewczynka. wietnie ci poszo. Teraz nastpna. Po wszystkim Rafael zanis Andre pod prysznic, mruczc jej po drodze do ucha czue swka. Moja rola si skoczya. Weszam do sypialni, gdzie Dali pomagaa Derekowi pozby si igie. Dziki wicze-niom szo im to duo szybciej ni w przypadku An- drei. Derek artowa, kiedy Dali nacinaa mu skr, gimnastykujc wielkie szczki, eby sformuowa zrozumiae sowa. Robi przy tym straszliwe miny i rzuca melodramatyczne groby w stylu: Hagij has ga to!". Curran rechota. Dali chichotaa. Nawet Jim, ktry na chwil przerwa obserwowanie walk i przyszed do kwater, nie potrafi si nie umiechn. ILONA ANDREWS Nie mogam z nimi zosta. Musiaam poby sama. Powinnam pooglda starcia w Kotle. Kto tam gin ku uciesze gawiedzi. To pozwoli mi wzi si w gar. Zreszt, gdzie indziej mogam i? W poowie drogi poczuam efekty gwatownego spadku adrenaliny. Bolesne igieki na skrze i przy-jemne ciepo, ktre chwil pniej przemienio si w elektryzujcy niepokj. Na koca korytarza pojawia si kobieta w sari, eskortowana przez dwch czerwonogwardzistw. Kobieta niosa w rkach zdobn metalow szkatuk. Cofnam si do kwater, blokujc wejcie. Nadchodzcy zatrzymali si przede mn. - To prezent. Dla chopca ze zniszczon twarz. - Umiechna si kobieta. - Dopilnuj, eby go dosta - powiedziaam, przyjmujc szkatuk. Jej umiech si poszerzy. - Nosisz pikn skr - dodaam. - Zapewne ta, z ktrej j zdara, bardzo krzyczaa, umierajc. Gwardzici signli po bro. - Bdziesz krzyczaa goniej, kiedy zdejm two-j - rzeka. Odpowiedziaam umiechem. - Wytn ci serce i nim nakarmi. Chyba e oszczdzisz mi zachodu, poykajc jzyk, jak twj uskowaty przyjaciel. Umiech znikn. Kobieta skina gow i odesza. Stranicy podyli za ni, oddychajc z ulg. ILONA ANDREWS Zaniosam szkatuk do sypialni i wyjaniam jej pochodzenie. Derek bez sowa uchyli wieczko. W rodku le-ay dugie, ludzkie wosy. Wyj je, podnoszc do ROZDZIA DWUDZIESTY S ZSTY oczu. adnych ladw krwi. Tylko ciemne wosy ze-brane w koski ogon i odcite nad rzemykiem. Grna warga Dereka powdrowaa w gr, odsaniajc ky. Wosy Liwii. - Zrobili to, eby j oszpeci? - zapytaam. Dali pokrcia gow. - Wosy obcina si wdowom. To groba. Skoro ona jest jego narzeczon, to on trupem.I 'lw r * V ii > Rozdzia dwudziestybudziam si okoo pitej. Rozgrzewka, wiczenia siowe, rozciganie, prysznic, niadanie. Zwyczajny poranek. Poza zgromadzonymi wok stou bestiami. Zmiennoksztatni uwielbiali je. A dziw, e st nie rozpad si pod ciarem tego wszystkiego, co zamwili. - Ta owsianka jest okropna - skrzywi si Doolit- tle, dodajc do swojej miski kolejn porcj masa. Dali oblizaa yk. >, % > j sa# < . 'v * > f O ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY - Kucharz musi by lepcem o dwch lewych rkach. -Jak mona zepsu co takiego, jak owsianka? - Rafael wzruszy ramionami. - Nawet porzdnie zro-biona jest ledwie zjadliwa. - Czekaj, powtrz to twojej matce - zagrozi Doolittle. - Ten chleb kukurydziany to kamie. - Jim wzi ze sterty ty prostokt i popuka nim w blat. - A kiebaski s jak z papieru. - Moe chc nas zagodzi? - podsuna Andrea.I - Raczej zafundowa porzdny bl brzucha - mrukn Curran, zgarniajc na swj talerz stos be-konu. Jak na istoty, ktre czsto zmieniay si w bestie i zjaday swoje ofiary na surowo, byli strasznie wy-bredni. - Kate robi wietne kiebaski - wspomnia Jim Przykleio si do mnie sze par oczu. Dziki, panie Subtelny. Tego mi byo trzeba. - Ach, tak? - Strzelia palcami Andrea. - Te frankfurterki? Te, ktre jadymy kilka tygodni temu? Nie wiedziaam, e robisz je sama. Mylaam, e kupujesz. S rewelacyjne. - Anielskiego umiechu mgby jej pozazdroci arcycherubin. I to wszystko wtedy, kiedy nie mogam strzela laserow wizk z oczu... - Co dodajesz do kiebasek, Kate? - dopytywa si Rafael, ucielenienie niewinnoci. Kotoaki z dugim jzorem i odrobin hienoaka do smaku. - Sarnin i krlika. - Um, a mi linka cieknie - przyzna Doolittle, niewiadom gry pozostaych. - Dasz przepis? -Jasne. - Nie miaem pojcia, e jeste takim smakoszem kiebasek - stwierdzi Curran z absolutnie powan min. Krrrwi, morrrdu! Nawet Derek zachichota. Rafaelowi, wspartemu czoem o blat, lekko drgay plecy. - Czy on si dawi? - zaniepokoia si Dali.366 j ILONA ANDREWS - Nie, nie - zapewni j Curran. - Daj mu chwil-k. Zaraz mu przejdzie. Mode samce boud tak atwo si ekscytuj... - Kto dzisiaj z nami walczy? - Zmieniam temat, szukajc wzrokiem cikiego przedmiotu, ktry na-dawaby si do rozupania czaszki zmiennoksztat- nego. - ule R - wypali Jim. - Chyba sobie artujesz? - zdziwia si Andrea. Jim potrzsn gow. - Nie. To druyna Francuza. Nazywa si Cyklon. Wredna banda. - Ten Francuz mnie zna - owiadczyam. Jim spojrza bacznie. -Jak dobrze? - Wystarczajco - wyrczy mnie Curran. - Boi si jej jak diaba. - Widzia kiedy, jak walczysz? - spytaa An-drea. - Tak. Dawno temu. -Jak dawno? - indagowa Jim. - Jak dobrze zna twoj technik? Jeli sprbuje mnie wyczy z tej rundy, rozszar- pi go na kawaki. - Dwanacie lat temu, w Peru. Wtpi, eby pa-mita styl mojej szermierki. - Co robia w Peru? - zainteresowa si Rafael. - Walczyam na Hoyo de Sangre. - Mwic to, obserwowaam ich miny. Tak, miaam trzynacie lat. Nie, nie chc o tym gada. - To nie ma znaczenia. Jest zawodowym gladiatorem. Podruje od areny do areny, walczy o lepsze nagrody. Jest utalentowanym magiem powietrza, lubi rzuca potne, nieskomplikowane zaklcia. Pewnie bdzie prbowa klamry powietrznej albo trzymania. Kogo ma w druynie? Jim skrzywi si, jakby ugryz cytryn. ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY | 367 - Zakadajc, e wystawi najlepszych, da trolla na Siacza, golema na Szermierza i wampira na Sztylet. Starego wampira. -Jak starego? - Jak krwiopijcy Olathe. Przebieg mnie dreszcz. Olathe, bya kochanka Rolanda, kierowaa wampirami tak starymi, e musiay sta si nieumarymi jeszcze przed Zmian, pierwsz fal magii, kiedy teoretycznie co takiego jak wampiry w ogle nie powinno istnie. Wampiry staway si z czasem coraz bardziej odraajce. Przez lata, w niegdy ludzkich ciaach wirus Immor- tuus wywoywa coraz dalej idce zmiany, deformujc je i wzmacniajc. - Golem jest srebrny - cign. Jim. - Potrafi wyksztaca na skrze kolce. Niezwykle szybki. Nie da si go zrani, nie da przebi. W skr trolla te nie wbija si adna bro. Sam widziaem, jak rzucona wcznia odpada od niego, nie robic krzywdy. Nie powiem, e mnie to nie martwi.Kady by si zmartwi. Sam wampir, nawet gdy-by reszta skadaa si z papierowych ludkw, na pewno by mnie spowolni. W tym skadzie ekipa wydawaa si niemal niezwyciona. Wampir by nieprawdopodobnie szybkim zabjc. Przy jeszcze dwch innych aktywnych zawodnikach oraz magu ochronienie Dali przed wampirem stawao si mao realne. Olathe wykrada swoje wampiry Rolandowi, kiedy go porzucia. Skd Cyklon wzi staroytnego wampira i w dodatku pod nosem siedzcego na try-bunach przywdcy Rodu? Mogabym zniszczy umys wampira, ale nie bez powice. - Zajm si krwiopijc - owiadczya Dali. - Podczas fali oczywicie. - To nie taki zwyky wampir - zaprotestowa Jim. - Nie miaa z takim jeszcze do czynienia. Jest stary. ILONA ANDREWS - Im starszy, tym lepiej - przekonywaa. - Ale to bdzie jedyne moje zaklcie w tej walce. Tylko jedno. Potem bd musiaa si przespa. Spojrzaam na Dali. Jeli zaatakuje wampira, reszta skupi si na niej. Czterech na trzech, marne szanse, szczeglnie z magiem powietrza. Znaam sposb, eby ochroni dziewczyn. W normalnych okolicznociach skorzystanie z niego byoby gupim i lekkomylnym posuniciem. W obecnoci dAmbraya urastao do rangi szalestwa. Jeli Dali zaklcie si nie uda, nie bdzie miaa szans z wampirem. Rozerwie j na kawaki, a mnie pozostanie przysuchiwanie si jej krzykom. -Jeli wyeliminujesz krwiopijc, dam ci oson na reszt walki, przy zaoeniu, e magia nie opadnie. -Jakim cudem?ROZDZIA DWUDZIESTY S IDMY - Tarcza krwi. Wizi magi, ale twoj te. Rzu-cisz zaklcie i wskoczysz pod oson. Tam pozosta-niesz bezpieczna. Nie bdziesz moga wydosta si z niej bez mojej pomocy, ale te nikt ciebie nie do-padnie. Dali przygryza wargi. - A co, jeli nie zadziaa? - Musisz mi zaufa. - Dobrze - zgodzia si po chwili namysu. Jim pokrci gow. - Musimy dokooptowa czwartego. - Nie! - zaprotestowalimy z Curranem jedno-czenie. Nie chciaam mie na sumieniu jeszcze wicej przyjaci. Doolittle westchn zrezygnowany. - Musz troch powiczy - powiedziaam, wstajc od stou. Wampir czai si przy Cyklonie, emanujc nekroman- ck magi. Jim mia racj. By bardzo stary. aden lad nie wiadczy o tym, e kiedykolwiek chodzi na dwch nogach. Porusza si na czworakach jak pies, ktremu wyrosy apy na ksztat ludzkich koczyn, uzbrojone w ostre jak brzytwa szpony. Ostatnie echa czowieczestwa musiay zamrze w krwiopijcy ju dawno temu. Sta si czym tak odraajco obcym i przeraajcym, e jego widok wywoywa we mnie zimne dreszcze. Nie mia na sobie ani grama tuszczu. Gruba sk-ra tak cile przylegaa do stalowych, ylastych mini, e przypominaa woskow powok na modelu anatomicznym stworzonym przez obkanego rzebiarza. Kanciaste krgi tworzyy wzdu grzbietu sterczcy grzebie. Nosa nie posiada wcale, nie pozostaa po nim nawet szczelina. Wielkie, bezwargie szczki jeyy si kami osadzonymi w czerwonych dzisach. Z tylnej czci zdeformowanej czaszki wyrasta gruby rg. ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY Szkaratne oczy jarzyy si dz krwi niczym dwa rubiny wetknite w czerep demona. Odnalazam jaskrawe, bolesne wiato jego umy-su i przyczaiam si w cieniu. Jeli Dali si nie uda, zmiad krwiopijc bez wzgldu na cen. Troll wyglda przy nim jak gra misa. Grubo ponaddwuipmetrowy olbrzym o skatej, ciemno-brzowej skrze pokrytej brodawkami i ciemniej-szymi, chropowatymi plamami. Cao nasuwaa na myl jeden przymiotnik - masywny. Masywne nogi, jak pniaki zakoczone okrgymi, soniowatymi stopami. Masywny korpus z wystajcym brzuszyskiem, ktre wydawao si zbyt twarde, aby okreli je mianem bebecha". Masywny tors. Szerokie bary i ramiona upakowane kawaami mini. Masywny kark, grubszy ni moje udo. Masywna, oba czaszka przypominajca stempel z grawerem twarzy na paskiej czci. Zapadnite, gboko osadzone oczy, paski nos jak u kota perskiego, i wskie usta wykrzywione w grymasie przez dwa wyrastajce z uchwy ky. Przypomina posg wyrzebiony w skamieniaym pniu gargantuicznego drzewa. Wcznia? Tu nie po-mogaby i pia acuchowa. Za nimi, nieco po lewej, sta mody, ciemnoskry mczyzna z ogolon gadko gow. Mia ciao akro- baty, by cakiem nagi, a jego uzbrojenie stanowiy dwa identyczne miecze. Nigdy wczeniej nie widziaam nic podobnego. Wyglday jak bkarty buata i katany. Posiaday smuko japoskiego ostrza oraz krzywizn i szerszy koniec arabskiej gowni. Prawie metrowej dugoci i jakie cztery centymetry w najwszym miejscu, musiay stanowi niezwykle szybk, miercionon bro. Gdy weszlimy do Kota, ciao mczyzny zaczo si zmienia. Jego ksztaty otoczya jasna powiata. Kontury straciy ostro, powleczone szar powok. Na barkach wyrosy naramienniki, lewy karbowany, prawy cieszy. Przedramiona pokryy si mocnymi karwaszami. Szeroki metalowy fartuch 107 ILONA ANDREWS osoni biodra, zwajc si niej w pancerny sczek chronicy genitalia. Jego skra zalnia od wilgoci, ktra szybko wyscha, tejc w gadki, poyskliwy, siwy film. Wszystko prcz oczu mia teraz z metalu. Srebr-ny golem. Wskaza na mnie mieczami. Szczyt moich ma-rze - blaszany bohater na sterydach. W tych cza-sach poszukiwania serca oraz wesolutkie przypiewki nie wystarczay ju modym i ambitnym gniewnym ze srebra. Ten chcia innego serca, ciepego, pulsujcego, wycitego prosto z mojej piersi. Zatrzymalimy si na granicy achy. Bya penia magii. Dali przekna nerwowo lin. Miaam ze sob Zabjc oraz miecz, ktry wy-kradam ze zbrojowni Gromady podczas rozbysku. - Przytrzymaj. - Wrczyam zdobyczny miecz Curranowi i rozciam Zabjc wierzch doni. Czyste, pytkie cicie. Z rany wypyna krew. Dali odwrcia si, krzywic. Pozwoliam czerwonym kroplom spyn po ostrzu Zabjcy. Ojciec i Greg pewnie przewracali si w grobach. Nakreliam na piasku okrg, nie zamykajc go do koca, po czym wyjam gaz i przyoyam do rany, czekajc, a nasiknie krwi. Podaam opatrunek Dali, ktra pooya go sobie na podkadce, stajc w przerwie okrgu. Teraz wystarczy jeden krok do tyu, eby znalaza si pod oson. Zakleiam ran plastrem. - Pamitaj, tak jak wiczyymy. Rzucasz swoje zaklcie i bez wzgldu na efekt cofasz si do krgu, zamykajc go gaz. Rozumiesz? -Tak. - Zrb tak, jak Kate ci kae - powiedzia Cur- ran cicho. - Tak, panie - potwierdzia Dali. Podeszlimy kilka krokw do przodu. Wampira przycignie zapach wieej krwi. Tym ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY bardziej mojej. Nawigator poczuje dz krwiopijcy i wyle go za Dali. Tym samym nam zostanie troll i golem. Dopki ich nie wyeliminujemy, Cyklon by poza naszym zasigiem. - Ktrego by na pierwszy ogie? - zastanawia-am si gono.ROZDZIA DWUDZIESTY S IDMY ] - Trolla - zadecydowa Curran. - Dobrze. Gdy wampir zostanie pochwycony w szpony magii Dali, miejmy nadziej, e nie samej Dali, golem przyjdzie krwiopijcy na pomoc, prbujc j zabi. Jeli Dali zrobi wszystko wedug planu, nie uda mu si to, a nam da par sekund na mae tte--tte z trollem. Troll umiechn si szeroko. - miej si, miej, zociutki. - Poruszyam mie-czami, rozgrzewajc nadgarstki. Curran zezowa na golema. To cholerstwo byo srebrne. - Golem jest mj. Nie prbuj wej mi w drog. - W tym Kotle wszystko jest moje - warkn. Na dwik gongu mao mi serce nie wybucho. Od Cyklona oddzielia si magia. Powietrze wo-k mnie zgstniao i owino niczym mokry koc, cic, napierajc, ciskajc... Klamra powietrzna. Zamaram. Curran sta jak posg z lekkim umiesz-kiem na ustach. Te rozpozna zaklcie. Wampir skoczy, szybujc ponad piaskiem. Golem ruszy w moj stron. Poczuam, jak obok nas wisno twarde, zimne ostrze magii. Na trybunach rozleg si chrapliwy krzyk Pana Umarych ogaszajcy utrat wampira. Do boju, Dali. Powietrze stoczyo si wok mnie i zamarzo, ciskajc w zabjczym uchwycie. Niele. Curran w jednej sekundzie dokona przemiany do formy bojowej. W jego miejscu staa teraz ponaddwumetrowa bestia o potnych miniach, ciemnoszara, o poprzecinanej dymnymi pasami ak-samitnej skrze. Tym razem zamiast koszmarnej mieszaniny czowieka i lwa, ujrzaam siacza z lwim bem o ogromnej paszczy. Tylko Curran potrafi za-chowa wikszo ciaa w jednej formie, przemieniajc jedynie wybran cz. Wyskoczyam do gry. Klamra powietrzna roz-pada si przy wtrze odgosu rozdzieranego papie-110 ILONA ANDREWS ru. Zaklcie to zostao stworzone z myl o paniku-jcych ofiarach. Im intensywniej si z nim walczyo, tym bardziej si zaciskao. Ale kiedy opado ju i znieruchomiao, mona byo rozerwa je jednym nagym ruchem. Golem zboczy, kierujc si ku Dali. Cyklon za-chwia si, chwilowo oszoomiony zamaniem zaklcia. Troll zmierza w nasz stron. Zanurkowaam, przypadajc nisko. Drewniany czy nie, chodzi, a to oznaczao, e zgina kolana. Byskawicznym ruchem wsunam miecze pomidzy jego nogi i pocignam, przecinajc cigna pod kolanami. Nie upad, ale schyli si, eby mnie pochwyci. O tak, patrz tu na mnie, ty przeronity pniaku. Po hali roznis si ostry odr rozkadu, wyciskajc mi zy z oczu.Na plecach trolla wyldowa demoniczny potwr. Curran. Wielkie szczki rozwary si szeroko, a potem zacisny na karku trolla. Biae ky bysny, wbijajc si pomidzy krgi szyjne i przeciy rdze jak noyce. Gowa trolla opada na bok, broczca z rany krew zalaa potne barki. Curran chwyci okrg czaszk, odrywajc j do reszty. Jego twarz zmienia si w potworn chimer ludzkiego oblicza i lwiego pyska. Cisn swoj zdobycz w Cyklona. Mag nie uchyli si nawet. Gapi si na nas, osupiay. Czaszka zbia go z ng. Upad bezwadnie na piasek. Odwrciam si szybko. Dali kulia si wewntrz krgu, osaniajc gow ramionami. Miaa rozcit koszul, twarz i ramiona zbryzgane krwi, ale rany ju si goiy. Golem zaatakowa, krcc mynki mieczami, jednak kady cios odbija si od tarczy ochronnej, wzbudzajc jedynie szkaratne rozbyski zaklcia. Obok Dali leaa sterta ohydnych szcztkw z trjktnym wistkiem na wierzchu. Na ryowym papierku jarzy si pojedynczy, jasnoniebieski znak kanji. ROZDZIA DWUDZIESTY DZIEWITY j 376 Udao jej si. Wyeliminowaa wampira. - Wszystko w porzdku? - zawoaam, zapomi-najc, e nie moe nic usysze. Dali jednak zerkna spod ramion, a zauwayw-szy mnie, podniosa kciuk do gry. - Hej! Blaszak! - krzyknam. - Dawaj tutaj! Golem obrci si, wzbijajc fontann piasku i ruszy na mnie. Czekaam z uniesionymi mieczami. Zaatakowa. Ostrze o wos mino mj policzek. Naprawd porusza si z nadludzk szybkoci. Jed-nak nie walczyam po raz pierwszy. Dopasowaam si do jego tempa. Pchnicie, pchnicie, pchnicie.Blokowaam Szermierza za kadym razem, zbi-jajc jego ostrza swoimi. Poczuam znajome ciepo rozlewajce si fal po moim ciele. Minie nabray sprystoci, ruchy lekkoci. Golem by bardzo szybki i wietnie wyszkolony, jednak ja dorwnywaam mu refleksem, a technik przewyszaam. Gownie zmieniy si w srebrny wir. Zamiaam si, nie przestajc blokowa ciosw. Tak si chcesz bawi? Prosz bardzo. Zagramy po twojemu. Jedyne, co mogam zrobi, to zmczy przeciwnika. Wrae-nie miecza w oko nie byo atw spraw. Niestety, tylko to miejsce dawao mi szans. Minuty mijay, siekane na drobiny nieustajcym gradem lnicych ostrz. Tum zamilk, jedynie szczk stali mci nienaturaln cisz. Golem nie mg dugo walczy w tym tempie, a ja dopiero si rozgrzewaam. Curran podkrad si do niego od tyu. Zerknicie na Wadc Bestii kosztowao mnie ran na ramieniu. - Nie! - warknam. Curran pochwyci golema w niedwiedzi ucisk, prbujc zmiady mu krta. Bysn metal i srebrne kolce wyrosy z plecw golema, wbiy si w tors Currana, przyszpilajc go. Wadca Bestii rykn z blu. ROZDZIA DWUDZIESTY S IDMY Ryk wstrzsn Kotem. Potna fala grzmotu poczonego z krzykiem cierpienia omal nie powa-lia mnie na kolana. Ludzie na trybunach zasaniali uszy. Szare zacieki poznaczyy sier Currana, rozlewajc si szybko. A ten kretyn tylko wzmocni ucisk. Golem odwrci si, spowolniony ciarem nabitego na plecy przeciwnika. Mj wszechwiat skurczy si do Currana i jego cierpienia. Musiaam mu pomc. Tylko to si dla mnie liczyo. Zaatakowaam, odsaniajc odrobin lewy bok. Golem zapa si na przynt. Wyprowadzi cios, wychylajc si do przodu. Nawet nie prbowaam go zablokowa. Wskie ostrze wbio si pomidzy ebra, wypeniajc mnie lodowatym zimnem, po ktrym nadszed palcy bl. Wraziam Zabjc w lewe oko golema. Wszed jak w maso, w jedyn cielesn cz istoty. Pchnam mocniej, z caej siy. Perfekcyjne trafienie, jedno na sto. Golem poruszy bezgonie ustami. Skra za-drgaa, wchaniajc szar powok. W gardle zawi-browa krzyk; na pocztku saby, wzmaga si, aby wybuchn, zmieniajc si w peen blu i zaskocze-nia wrzask. Curran uwolni si, odamujc kolce. Ostatnie smugi srebra znikny ze skry golema, a on pad na kolana. Zapierajc si stop o jego ra-mi, wyrwaam ostrze. Run na twarz. Podeszam do krgu, wkadajc rk w oson. Magia zgstniaa wok mojej doni, rozbyskujc czerwieni. Na moment Dali otoczya szkaratna kopua, ktra popkaa, obracajc si w nico. Zapaam Dali za rami, dwigajc na nogi. Z tyu Curran podnis si chwiejnie.378 j ILONA ANDREWS Tum eksplodowa rykiem zachwytu. Cholerne harpie. Odwrciam si i, spogldajc na trybuny, wrzasnam: - Pieprzcie si! Krzyk tylko si wzmg. Wymaszerowaam z Kota. Stojcy przy Zotych Wrotach Jim spojrza i prdko zszed mi z drogi. Wkroczyam do naszych kwater, prosto do zor-ganizowanego naprdce szpitalika Doolittle'a. Cur-ran wszed za mn, zatrzaskujc drzwi. Odwrciam si. Przede mn sta ju nie potwr, a Wadca Bestii w czowieczej formie. Tors usiany mia czarnymi plamami w miejscach, gdzie wbiy si kolce. Popatrzyam na niego, po czym grzmotnam pici w splot soneczny. Stkn. Doktor umkn przezornie. - Co z tob, do diaba?! - Rozejrzaam si za czym cikim, eby uderzy tego idiot, ale po-mieszczenie byo prawie puste. Narzdzia chirur-giczne si nie nadaway. adne odpowiednio cikie, tpe przedmioty nie wpady mi w oko. Curran wyprostowa si. - On by srebrny! - wrzasnam mu w twarz. - Wiedziaam, co robi! Co ci wpado do tego durnego ba?! Pomylae sobie: Jest srebrny, wic wskocz mu na plecy"? Gratuluj pomysowoci! Nieoczekiwanie przygarn mnie do siebie. - Baa si o mnie? - Nie, wrzeszcz na ciebie, bo to moje hobby! Umiechn si. ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY -Jeste skoczonym dupkiem! - owiadczyam dobitnie. W jego oczach zataczyy radosne zote iskry. Dobrze wiedziaam, co to oznacza. Moja wcieko zmienia si w niepokj. - Nawet nie myl o caowaniu, bo bdzie to ostatnia rzecz, jak zrobisz w yciu - ostrzegam. - Za pewne rzeczy warto umrze - powiedzia mikko. Jeszcze chwila tej bliskoci, a zamaabym si. Byam taka szczliwa, e przey. Toncy chwyta si czegokolwiek. Nawet brzy-twy. - Moja rana krwawi, Wasza Wysoko. Odsun si, przywoujc doktora. Doolittle zamkn magicznie zranienie, poburcza, poku mi nogi szpilk i orzek, e moje odruchy s w normie. - Do gboka rana. Boli? - Nie - skamaam. Westchn z min mczennika. -1 po co ja si w ogle przejmuj? - Nie mam pojcia. Lepiej by si poczu, gdybym ci tu beczaa? Zaprzeczy energicznie. - To ju lepiej udawaj twardzielk. Plamy na ciele Currana rozleway si coraz bar-dziej. Wskazaam na niego brod. Doktor wrczy mi skalpel. - Musz si zaj Dali. Jest w szoku. Zabawne. W Kotle nie wydawaa si w szoku. Doolittle wymaszerowa z pokoju. Spojrzaam na skalpel. Curran usiad na pododze, raczc mnie wi-dokiem swojego muskularnego grzbietu. No adnie. - Zabieraj si do pracy - pogoni. - Chyba e za-mierzasz mdle? 115 ILONA ANDREWS - Spokojnie, krlewno. To dla mnie nie pierwszyzna. Pooyam palce na pierwszej plamie. Skra w tym miejscu bya gorca i spuchnita. Nacisnam, lokalizujc kolec, tak jak si uczyam, po czym naciam. Napi minie. Z rany trysna czarna jucha; kolec si wysun. Zapaam go kleszczykami i wyjam. Cholera. Na dwa centymetry gruby, pi dugi. Wystarczajco duo srebra, eby przytru po-rzdnie kadego przecitnego zmiennoksztatnego. Ile takich odamkw mia w sobie? Wrzuciam kawaek metalu do nerki, wytaram krew i szybko zajam si nastpnym. Cicie, wycignicie, osuszenie. Jeden po dru-gim. Raz jkn cicho. -Ju kocz - mruknam. - Kto ci tego nauczy? - zapyta. - Szczuroak. - Znam go? -J. Umara dawno temu. Przyjania si z moim ojcem. Dziewi kolcw. Rany zasklepiay si, minie i skra zrastay. Wstaam, zmoczyam rcznik i wytaram Currano- wi plecy. Odchyli si, przeduajc kontakt z moimi palcami. Miaam ochot przesun doni po jego ciele. Zbesztaam si w duchu, wypukaam rcznik i wrzuciam mokry do kosza przygotowanego przez doktora. - Gotowe - powiedziaam i wyszam, zanim zd-yam popeni jak gupot.Rozdzia dwudziesty smy . ki czas pniej leaam w wannie, zanurzona po szyj w gorcej wodzie. Pomieszczenie nie miao okien, na suficie zbieraa si wilgo, a sabe arwki emanoway przymionym wiatem. Wentylacja nie dziaaa, ani przy fali magii, ani techniki. Byam caa obolaa. Bolay mnie bok, ramiona, plecy. Golem spuci mi porzdne lanie. Rozwayam wyjcie z wanny. Skra pomarszczya si ju od wody i zrobio mi si za gorco. Jednak to oznaczaoby powrt do sypialni. Wygralimy walk pfinaow, wic Czerwona Gwardia nie spuszczaa nas z oka. Teraz moglimy opuci kwatery tylko po dokadnym przesuchaniu i w towarzystwie tumnej eskorty. Nawet w tej chwili spora ekipa stranikw krcia si pod drzwiami. J ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY j 383 Naraz w polu mojego widzenia pojawia si br-zowa, oszroniona butelka piwa. Obejmowaa j do przytwierdzona do muskularnego ramienia, poro-nitego jasnymi woskami. - Gazka oiwna - odezwa si Curran. Czy syszaam, jak podchodzi? No, jakeby. Przyjam piwo. Przystan przy rancie wanny. Poza biaym rcznikiem na biodrach by nagi. - Mam zamiar cign rcznik i przyczy si do ciebie - powiedzia. - To w ramach uprzedzenia. Bywaj momenty, kiedy wzruszenie ramionami wymaga caej siy woli. - Widziaam ci ju nago. - Nie chciaem, eby ucieka z krzykiem, czy co w tym stylu. - Pochlebiasz sobie. Zrzuci rcznik. Naprawd pamitaam, jak wyglda bez ubrania. Zapomniaam tylko, jak kuszcy jest ten widok. Natura stworzya go z myl o przetrwaniu. By silny, ale gibki, zwarty, lecz nie szczupy. Rzucona na jego brzuch wierdolarwka odbiaby si jak pika. Wszed do wanny. Nie spieszy si. To byo jak wdrwka po gzymsie - byle nie patrze w d. Na pewno nie poniej pasa... O rany... Zanurzy si w wodzie, siadajc naprzeciwko. Przypomniaam sobie o oddychaniu. -Jak plecy? - W porzdku, dzikuj. - Uhm. - Musiao go bole. - A twj bok? - wietnie. Lekki umiech powiedzia mi, e Curran zdaje sobie spraw, i oboje kamiemy.119 ILONA ANDREWS Pocignam yk piwa, prawie nie czujc smaku. Siedzenie naprzeciwko Wadcy Bestii w tej samej wannie przypominao stanie twarz w twarz z wygodniaym tygrysem. Czy raczej wygodniaym lwem o wielkich kach. - Zamierzasz wyla Jima? - Podjam prb nawizania swobodnej konwersacji. -Nie. Westchnienie ulgi nie wchodzio w tym wypadku w gr - dosyszaby je. Wycign si wygodnie, wykadajc ramiona na brzegi wanny. - Uznaem, e gdybym by uwaniejszy, zdawibym ten problem w zarodku. W ogle nie powinno doj do takiej sytuacji, jaka ma miejsce teraz. - To znaczy? -Jim obj stanowisko szefa ochrony osiem miesicy przed spraw Maniaka z Czerwonego Punktu. Strzygo by jego pierwszym powanym wyzwaniem. Spieprzy to. Tak jak my wszyscy. To samo w przypadku Brana. Facet trzy razy ukrad map, wchodzi sobie do Twierdzy jak i kiedy chcia, zaatakowa ci, kiedy bya pod nasz opiek, i wystrychn na dudkw ochron, cznie z Jimem. Jim postrzega to jako osobist porak. - Bran potrafi si teleportowa. Jak upilnowa kogo, kto pojawia si znikd i znika donikd? Curran przesun si, zanurzajc w wodzie. - Gdybym wiedzia, jak Jim to traktuje, naprosto- wabym go. Pamitasz, e chcia ci uy jako przynty? - Pamitam, e ja chciaam grzmotn go w zby. - To bya pierwsza oznaka, e co jest nie tak. Pomieszay mu si priorytety, chcia zwyciy za wszelk cen. Wtedy mnie tkno, pomylaem, e to dziwne, ale wir wypadkw spowodowa, e mi to umkno. A Jim popad w mani. Wszyscy ludzie zajmujcy si bezpieczestwem s skrzywieni, ale Jim posun si dalej. Zacz obsesyjnie myle ROZDZIA DWUDZIESTY SMY 0 wyeliminowaniu wszelkich czynnikw, jakie mog w przyszoci skutkowa zagroeniem dla Gromady. Samowola Dereka i pniejszy atak na niego doprowadziy Jima do ostatecznoci. Nie mg sobie poradzi z odpowiedzialnoci za mier dzieciaka, a tym bardziej wiadomoci, e to ja musiabym go zabi. Stwierdzi, e musi wszystko naprawi bez wzgldu na koszty. To powany problem, a ja go przeoczyem. On oczywicie nie uzna za stosowne powiadomi mnie o czymkolwiek. Drogi Wadco Bestii, jako twj szef ochrony czuj si w obowizku powiadomi ci, i mam gboko zakorzeniony problem z waciw ocen sytuacji"... Jasne, prdzej pieko porosoby rami. - Nie mog pilnowa wszystkich jednoczenie - cign Curran. - A Jim jako jedyny nie mia wczeniej wira na moim punkcie. Jednak w kocu chyba1 na niego przysza pora. Tak wic, odpowiadajc obszerniej na twoje pytanie, nie ma powodu, abym pozbywa si Jima. Jest wietny w tym, co robi, a i tak, jak na to, z czym musi si boryka, radzi sobie w miar sensownie. Jeli go zwolni, bd musia przekaza to stanowisko komu z mniejszym dowiadczeniem, kto na pewno spieprzy jeszcze wicej. Lecz dostanie nauczk. Trzy miesice tachania gazw pomoe mu wrci do rwnowagi psychicznej. Siedzielimy w milczeniu. Popijaam piwo, czujc przyjemne oszoomienie. Zabawne, wystarczyo p roku abstynencji i okazuje si, e ju mam sab gow. Curran odchyli gow na oparcie wanny i przymkn powieki. Patrzyam na jego twarz, janiejc na tle ciemnej ciany. Dra by naprawd przystojny. W tym momencie wyglda bardzo ludzko. Nikomu nie musia imponowa. Nikomu rozkazywa. Tylko on, gorca kpiel, zmczenie, bl, kilka cennych, skradzionych minut, z dala od innych i ten nieodparty erotyzm. Hm, to ostatnie pomylao si jako samo. Pewnie przez piwo. Tak, zdecydowanie przez piwo. 387 ILONA ANDREWS Mimo cigego powarkiwania, groenia, arogancji, lubiam jego obecno. Czuam si przy nim bezpieczna. Dziwne doznanie. Nigdy nie czuam si bezpieczna. Zamknam oczy. Wydawao si to w tej chwili jedynym rozsdnym posuniciem. Nie widziaam go, wic atwiej byo mi si nie lini. - A wic nie chciaa, eby mi si co stao? - Gos Currana by nieprawdopodobnie mikki i aksamitny, niski, gardowy, jak mruczenie wielkiego kota, ktry czego chce. Przyznanie si, e mylaam o jego bezpieczestwie, byoby grubym bdem. - Nie chciaam, eby by zmuszony zabi Dere- ka. - A gdyby zmieni si w loupa? - Zakoczyabym to sama. ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY - A jak zamierzaa wyczy z tego Jima? Sta w tym wypadku na szczycie hierarchii. To jego obowizek jako wiodcego alfy. - Nacignam nieco prawd - przyznaam. - Powiedziaam mu, e po oficjalnym przyjciu pomocy Zakonu przez przywdc Gromady przewyszam go rang. -1 uwierzy ci? - zamia si Curran. - Uhm. Dla wzmocnienia efektu zrobiam przy tym bardzo gron min. Niestety, nie umiem tak byska lepiami jak ty. - Tak, jak teraz? - Poczuam jego oddech na uchu. Gwatownie otworzyam oczy. Nachyla si nade mn, klczc w wannie, wsparty rkoma o krawdzie po moich bokach. Jego oczy przypominay pynne zoto, jednak nie patrzy na mnie twardym, morderczym wzrokiem alfy. Ta zoto bya ciepa, uwodzicielska z delikatnym odcieniem tsknoty. - Uwaaj, bo rozbij ci na gowie butelk - szepnam. - Nie zrobisz tego. - Umiechn si. - Nie chciaaby, eby mi si co stao. Pochylilimy si ku sobie w tej samej chwili, zderzajc si, oszalali z dzy, wygodniali dotyku. W gowie zawy mi alarm, ale wyczyam go. Miaam to gdzie. Pragnam Currana. Odnalaz moje usta. Od mikkoci jego jzyka zakrcio mi si w gowie. Smakowa nieziemsko. Oddaam pocaunek, skubic, muskajc jego wargi, wtapiajc si w niego.388 j ILONA ANDREWS Poczuam si jak w niebie... Usta Currana zostawiay gorcy lad, znaczc moj uchw, sunc po szyi. Moje ciao stopio si triumfalnie w pynn rozkosz. - Tylko, jeli tego pragniesz... - Usyszaam chrapliwy szept. - Powiedz nie", a przestan. - Nie - wyszeptaam, chcc wyprbowa efekt. Odsun si. Oczy pony mu czystym podaniem, dzikim, ledwo wstrzymywanym. - Dobrze. To bya najbardziej seksowna rzecz, jak miaam okazj oglda. Przysunam si do niego, wiodc palcami po twardych miniach torsu. Uj moj rk i pocaowa delikatnie wntrze doni. W jego oczach arzya si gwatowna, tumiona wielkim wysikiem dza. Uwolniam rk i pocaowaam Currana w szyj, pod lini szczki. Ogarna mnie bogo. Nie byo ju dla mnie nadziei. Jkn, przymykajc oczy. - Co ty wyprawiasz? - Targam tygrysa za wsy - mruknam, wracajc do pieszczenia jzykiem jego szczeciniastej klatki. Pachnia bosko, czystoci i mczyzn. Przesunam rkoma po bicepsach. Napi minie pod delikatnym naciskiem moich palcw. Za te wszystkie razy, kiedy mwi do mnie dziecinko"... Zemsta bya sodka. - To tak czy nie? - zapyta. Przylgnam do niego, lekko chwytajc zbami jego doln warg. - Uznam to za tak. - Napite minie rozluniy si natychmiast. Chwyci mnie w pasie, posadzi prosto i zacz caowa apczywie, poruszajc jzykiem w gorcym, namitnym rytmie. Zarzuciam mu rce na szyj. On sam praw rk wplt w moje wosy, lew zapa za poladek, przycigajc do siebie. Poczuam na udzie jego twardy, nabrzmiay czonek. W kocu... - Wychodcie! - warkn Derek zza drzwi. Spadaj. ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY | 389 Gwardzista powiedzia co niegono. Curran obj moj pier i zacz pieci sutek, wzbudzajc przebiegajce po caej skrze fale rozkoszy. Topniaam pod tym dotykiem... - Tak - wykca si Derek. - Jestem czonkiem tej cholernej druyny. Sam ich zapytaj... - Curran - wyszeptaam. - Curran! Nie przestawa. Drzwi otworzyy si gwatownie. Grzmotnam go w kark. Znikn pod wod. Ratunku. Utopiam Wadc Bestii. Derek podszed do wanny. Curran wynurzy si po drugiej stronie, z grymasem wciekoci na twarzy. - Czego?! - Ta kobieta od Rozpruwaczy przyniosa kolejne pudeko. Tym razem z rk. Nie Liwii, nie pachnie ni, ale to kobieca do. Odcita jakie dwa dni temu, moe wicej. Pewnie trzymali j w lodzie. Przymknam oczy, dajc sobie czas na powrt do rzeczywistoci. Gdzie tam jakiej kobiecie odcito rk. Potem prawdopodobnie zostaa zjedzona.125 ILONA ANDREWS Wstrzsno mn obrzydzenie, ktre szybko przerodzio si we wcieko. - Daj j na przechowanie gwardzistom - postanowi Curran. - Do jutra i tak nic z tym nie zrobimy. Derek wyszed. Curran patrzy na mnie ponad wod, ktra rozdzielaa nas jak pole bitewne. Jego oczy nadal przypominay podwietlony od wewntrz mid. Musiaam wzi si w gar. Dla niego bya to tylko prba si. Powiedzia, e bdzie mnie mia - ja, e do tego nie dojdzie, ucieknie si wic do wszelkich sztuczek, eby postawi na swoim. - Przegapie szans. Nie zbli si ju do ciebie, wic rwnie dobrze moesz zgasi te swoje re- flektorki. Przysun si do mnie. - Nie. - Utwardziam to nie" stalow nut. Znieruchomia. - Chciaa tego. Kamstwo sprawioby mu tylko wiksz satysfakcj. Musiaam utrzyma Currana tam, gdzie by, na drugim kocu wanny, inaczej znw si na niego rzuc. - Tak, chciaam. -1 co si stao, e ju nie chcesz? - Przypomniaam sobie, kim jestem. I kim ty jeste. - Tak? A kim jestem? Owie mnie. -Jeste facetem, ktry uwielbia gierki i nienawidzi przegrywa. A ja kretynk, ktra chwilami o tym zapomina. Odwr si, prosz. Wychodz. Rozpar si wygodniej, nie wykazujc ochoty do spenienia mojej proby. - Dobra. - Lepiej mie to ju za sob. Kucnam i podniosam si szybko. Woda sigaa mi do p uda. Z ust Currana wyrwa si osobliwy dwik. Brzmia nieomal jak jk. Wyszam z wanny, chwyciam rcznik, owinam si nim i wyszam. Koniec z kpielami!ROZDZIA DWUDZIESTY SMY Rozdzia dwudziesty dziewity budziam si wczenie. Duo za wczenie. Zegarek na cianie wskazywa wp do czwartej. Poleaam jeszcze chwil z zamknitymi oczami, po czym wstaam, zabraam Zabjc i wymknam si z sypialni. Przy wyjciu na zydelku siedzia Derek. Podnis na mnie te lepia. - Gdzie gwardzici? - zapytaam. - Pewnie maj zmian warty. - Wzruszy ramio-nami. - Siedzieli pod wejciem sze godzin, a potem nagle wstali i poszli. - Dugo ich nie ma? -Jakie trzy minuty. Niewykluczone, e zmieniali wanie obsad. Wtpiam, by Rozpruwacze czego prbowali. Kltwa obciajca Wilczy Diament gwaranto-waa, e sprbuj klejnot wygra. Skoro planowali zaatakowa Gromad, bd chcieli go zdoby. Rak- szasy nie lubiy gra uczciwie. Od samego pocztku wolay mie przewag, a bez topazu zmiennoksztat- ni zmietliby ich z powierzchni ziemi. ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY | 393 Nie niepokoia mnie perspektywa nadchodzcej walki. Rzeczywicie, szybko Marta oszaamiaa, do tego dysponowali potn magi, ale nasza druyna te miaa plusy. Bya wietnie dobrana, a zmien- noksztatni walczyli jak naoliwione maszyny. Za to Rozpruwacze wchodzili do Kota jako zesp, ale prowadzili z przeciwnikami pojedynki. - Zaraz wracam - powiedziaam. - Gdzie si wybierasz? - Chc zobaczy Kocio - powiedziaam wprost. Kiwn gow. Wylizgnam si na korytarz i poszam w stron Kotla. Chciaam ponownie przesia piasek pomidzy palcami, uagodzi wspomnienia. Wtedy mogabym znowu usn. Najkrtsza droga do Kota wioda przez sal treningow. Wystarczyo j przeci, a wychodzio si tu przy Zotych Wrotach. Dotaram do wejcia i przebiegam na bosaka przez pomieszczenie. Std ju tylko kilka krokw dzielio mnie do wyjcia przez Wrota. Dla uczczenia walki finaowej ze wietlika w suficie hali zdjto osony. Sczca si z gry powiata ksiyca wysre- brzaa drobinki kwarcu. Przy ogrodzeniu, skpani w koronkowych pla-mach blasku, stali Hugh d'Ambray w obstawie Nicka i modego mczyzny, oraz Mart i Cesare, ktrym ten pierwszy wrcza zapakowany, poduny przedmiot. 129 ILONA ANDREWS Krew cia mi si w yach. Stanam jak wryta. Przedmiot by dugi, wyglda jak owinity w ptno miecz. A wic wyjania si przyczyna nieobecnoci stranikw. Zostali przekupieni, eby mogo doj do tego spotkania. Hugh nie by gupcem. Obserwowa nasze walki i zda sobie spraw, e mamy szans na wygran. Postanowi dopomc losowi. To nie mg by zwy-czajny miecz. Cesare zmarszczy nos. Mart bysn w moj stron kami, po czym obaj rozpynli si w mroku. Hugh d'Ambray spojrza na mnie. Nie uciekaam wzrokiem. - Nie jestem zdziwiona, e Roland sprzymierzy si z rakszasami. To prastara rasa, zalena od magii. Czuj respekt wobec jego mocy - powiedziaam. - Nie dziwi mnie te, e chce wykorzysta je do osabienia Gromady. S sprytne i bezwzgldne, ale niezbyt bystre. Jeli im si powiedzie, bd znacznie atwiejsze do pokonania ni zmiennoksztatni. Jeli przegraj i tak zdoaj osabi Gromad. Jednak jego gwny dowdca przekupujcy stranikw i czajcy si jak zodziej, by da rakszasom bro tu przed walk finaow, to dla mnie zaskoczenie. To to pachnie oszustwem. Posunicie w bardzo zym smaku. Hugh kiwn gow i podszed bliej. - Przejdmy si. Musiaam dowiedzie si, co im da. Zaleao od tego nasze ycie. Zaczlimy i wok ogrodzenia. 130 ILONA ANDREWS Nick i drugi mczyzna trzymali si par krokw za nami. - Lubi obserwowa, jak si poruszasz. Spotkali-my si ju wczeniej? ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY | 395 - Tak z ciekawoci, co im dae? - Miecz. Trafiony. - Pewnie bardzo cenny? Czy to rozsdne? Trak-tuj bro jak zabawki. Stopili cae wasze elektrum tylko po to, by wyla je na twarz jednemu zmienno- ksztatnemu. Kciki ust d'Ambraya drgny lekko. Hugh opa-nowa co prawda odruchowy grymas, zanim na do-bre si rozwin, ale zdyam go dostrzec. Punkt dla mnie. - A wic musi to by wyjtkowy miecz. Co, cze-go nie powinno si im powierza, co, co przechyli szal walki na ich stron. Bro z prywatnego arse-nau Rolanda? -Jestem pod wraeniem tego, jak uporaa si z golemem - powiedzia. - Szybko, precyzyjnie, bez zbdnego wysiku. wietna technika. - Czy to by Bicz? Miecz, ktry widziaam, mia szerok gowni, wic nie mg by to Bicz. Na szczcie, poniewa Bicz uwalnia magi zdoln zmie ca armi. Nie, to na pewno co innego. Ostrze, ktrym mona za-dawa precyzyjne ciosy w walce bezporedniej. - Mogaby mi si przyda, gdyby nie stana po zej stronie - stwierdzi. -Jestem wdziczna, e nie usiujesz obrazi mnie tak propozycj. - Nie miabym. auj, e jutro umrzesz. - A jakie ma to dla ciebie znaczenie? - Szkoda talentu. - Wzruszy ramionami. 131 ILONA ANDREWS Staam tu, rozmawiajc z Hugh d'Ambrayem, nastpc mojego ojca. Voron wyszkoli go podobnie jak mnie, cho nie sprawowa nad nim pieczy od urodzenia. Hugh zacz swj trening w dziesitym roku ycia. By mistrzem miecza. Ojciec mwi mi, e nigdy nie widzia bardziej utalentowanego szermierza. Tak wic uznanie, z jakim odnosi si ten czowiek do moich umiejtnoci, mogam z czystym sumieniem potraktowa jako komplement. - Dlaczego mu suysz? - zapytaam. Na moment rysy jego twarzy zmcia konsterna-cja. Naprawd chciaam to wiedzie. To Voron wy-bra d'Ambraya i uformowa w tego, kim by teraz. Magia Rolanda zapewniaa mu tylko modo. Mia ciao i twarz czowieka niewiele ode mnie starszego, a musia zblia si ju do pidziesitki. Nie starza si. Najbliszych podwadnych Rolanda czas si nie ima. W ten sposb Roland wynagradza ich sub. Jednak na pewno nie by to jedyny powd, dla ktrego Hugh mu pomaga. -Jest ode mnie silniejszy. Nie spotkaem nikogo, poza nim, kto byby ode mnie lepszy. - DAmbray spojrza uwanie. - Jak czsto zdarza ci si przyjmo-wa rozkazy od osb sabszych, gupszych, bardziej od ciebie nieporadnych? Ugodzi w moj dum. - To mj wybr. - Dlaczego nie wybra potniejszego pana? - Bo wizja jego wiata jest spaczona, nie wierz w ni. ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY j 397 - To wizja lepszego wiata. - wiat wypeniony wynaturzeniami i potwor-noci bdzie zepsuty do cna. - Moliwe. Popatrzyam mu w oczy. - Dopki yj, nad Atlant nie wyronie wiea. - W takim razie dobrze dla nas, e jutro umrzesz. - Umiechn si. Uwaa, e jestem zabawna, i o to chodzio. - Masz ochot na may sparring ze mn? - za-pyta. - Mamy sporo czasu. Hojnie wynagrodziem stranikw. Kuszca propozycja. Hugh by urodzonym fecht- mistrzem, talent taki, jak jego, zdarza si raz na mi-lion. Zmierzenie si z nim na miecze byoby prawie jak jedna z walk wiczebnych z Voronem. Jednak jutro czekao nas wane starcie w Kotle, a zranienie mnie byoby dAmbrayowi bardzo na rk. - Nie mam teraz czasu, eby dawa ci lekcje - wypaliam. - Ciekawe, jak twj refleks - rzuci do moich ple-cw. Blondyn zaatakowa mnie od tyu. Schyliam si, unikajc ciosu, i byskawicznie wyprowadziam ni-skie pchnicie, zatapiajc Zabjc w jego trzewiach. Ostrze zagbio si w ciele z cichym mlaniciem, przecinajc aort. Musiaam woy w ten sztych cae moje dowiadczenie. Hugh w kocu dopi swego. Wyszarpnam miecz. Ostrze Zabjcy wysuno si, ociekajc krwi. Blondyn upad, broczc obficie. 133 ILONA ANDREWS Zwyky czowiek byby ju martwy, jednak jasno-wosy szermierz, take pod wpywem magii Rolanda, potrzebowa chwili, eby wyzion ducha. Popatrzyam na Hugh. Jego twarz nie zdradzaa emocji, ale renice rozszerzyy si lekko. Wiedziaam dokadnie, co kotuje mu si w gowie. Takie same myli przechodziy przez moj, kiedy miaam okazj zobaczy wyjtkowy pokaz techniki szermierczej - czy potrafiabym zrobi to samo? Nasze oczy si spotkay. Zaiskrzyo; w tym sa-mym momencie zdalimy sobie spraw z nieunik-nionego - pewnego dnia skrzyujemy miecze. Nie dzisiaj jednak. Jutro czekaa mnie walka z Rozpru-waczami. Musiaam to zakoczy. - Zmarnowae swj atut. Nieudolne zagranie, Hugh. Cofn si. Zbyt pno uwiadomiam sobie, e uyam ulubionej poajanki Vorona. Sowa wyrway mi si same. Cholera. Odeszam. Nie poszli za mn. Rankiem zmiennoksztatni medytowali. Pniej po-szlimy na sal treningow. Jim zrobi nam krtki wykad. - Rozpruwacze walcz sposobem samurajw, je-den na jednego. Nie stosuj adnej taktyki. D za-wsze do rozbicia walki na pojedynki. Lubi pokazwk, ale s te efektywni. ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY j 399 Kademu z nas wyznaczy zadanie. Moje byo proste: Mart. Nie po mojej myli. Chciaam Cesare'a. Ale strategia Jima wydawaa si sensowna i zamierzaam si jej trzyma. Dostan szans, eby dorwa Cesare'a. Za bardzo tego pragnam, eby j zaprzepaci. Jednak adna taktyka, adna strategia nie pomoe nam, dopki nie dowiem si, jakie ostrze da Roz-pruwaczom Hugh. Mia wiele sposobnoci, aby przekaza im je wczeniej, ale wiedzia, e nie opr si chci uycia miecza, a nie chcia, by kto pozna jego moc przed dzisiejsz walk. Roland stworzy kilka sztuk ora. Kade z nich byo zabjcze. Na sam myl o tej broni burzya mi si krew w yach. Roland musia rozkaza raksza- som zwyciy za wszelk cen. Ciekawe, czy Hugh nie dranio takie zacietrzewienie. Kilka minut przed poudniem wmaszerowali- my na Kocio. Ze wietlikw lao si na nas soce. Zmiennoksztatni przyjli formy bojowe. Andrea zaopatrzya si w ilo betw, ktra wystarczyaby do wybicia niewielkiego miasteczka. Niezadowolona z moliwoci wasnego udwigu, dodatkow amuni-cj obarczya Dali. Wstpilimy na piasek. Naprzeciw nas sta dwuszereg Rozpruwaczy. Przesunam po nich wzrokiem, zatrzymujc si na stojcym porodku Marcie. Jego miecz skrywaa po-chwa. Cholera. Co to jest? Co on ci da? 135 ILONA ANDREWS Otaksowaam reszt. Stojcy przy Marcie Cesare, rakszasa w ludzkiej powoce, uzbrojony by w dwie khandy, cikie, ponadpmetrowe, dwusieczne ostrza. Miaam kiedy z nimi do CZYNIENIA. Nie po-deszy mi - zbyt toporne i wolne. Po drugiej stronie Marta sta Siacz rakszas. Trzymetrowy, potny olbrzym, mia eb maego sonia i wachlarzowate uszy, ale jego skra zamiast szara, bya tawa, jak u chorego na wtrob. Jego kolczuga take miaa taw barw podejrzanie przywodzc na myl zoto. Chyba nawet SONIE lubi i do bitwy zgrane kolorystycznie. Na ramionach soniowatej istoty siedzia niewielki stwr. Bezwosy, ciemnoczerwony jak surowa wtroba, o kocistych koczynach uzbrojonych w czarne szpony. Przypomina lemura ludzkich rozmiarw. Z ramion wyrastay mu wielkie skrzyda. W apach trzyma talwary, szable indyjskie. W drugim rzdzie staa kobieta, ta sama, ktra dorczaa nam szkatuki, czterorki humanoid odziany w zielono-brzow gadzi skr, oraz Liwia. Jaszczurkowaty by nienaturalnie smuky, zielony i uzbrojony w dwa uki. Liwia trzymaa w doni miecz i wygldaa na miertelnie wystraszon. Ogolili jej gow. Poczuam gniew. Oczywicie, e postpia gupio, ale nie umiaa walczy. Nie mieli prawa jej tu sprowadza. Nie zasuya sobie na to. Liwia spojrzaa na mnie oczyma penymi ez. ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY j 401 cigali nas jak zwierzyn. Skrzywdzili Dereka. Poamali mu koci, oblali twarz pynnym elektrum, torturowali i miali si przy tym. Zabili kilku zmien- noksztatnych, zmusili modziutk dziewczyn do wejcia na Kocio. Egzystowali wbrew prawom natury. Zasuyli na mier. I z rozkosz im j zadam. Z ogromn rozkosz. Magia bya w penym rozkwicie. Zelektryzowany tum niecierpliwie wyczekiwa walki. Usta Marta rozcigny si w umieszku. Nadal nie doby miecza. Curran przestpi z apy na ap. Stojca na balkonie Sophia, animatorka, uniosa ogromny klejnot. Przejrzysty, cytrynowoty, w ksztacie zy mi-gota w jej doniach, siejc ogniste byski. Sophia podniosa go nad gow z wyranym wy-sikiem. - Niech rozpocznie si walka! - krzykna. Magini rakszas zacza wykonywa skompliko-wane ruchy rkami. Dobyam obu mieczy. Zabjc trzymaam w pra-wej doni. Mart sign po pochw i strzsn j na piasek. Szerokie ostrze zalnio karmazynowo, niczym wyrnite z rubinu. Czas zwolni. W tym nienaturalnym bezruchu uderzenie serca odczuam jak grom. Szkaratna Gwiazda. Jedna z najbardziej diabelskich broni Ro-landa, ktr wyku z wasnej krwi. Zawar w niej potg trzynastu fal magii. Niczym zaczarowane 402 ILONA ANDREWS wirujce ostrza, odnajdyway cel, niszczc wszystko na swojej drodze, i rozcinay ofiar na p. Nie dao si przed nimi uchyli, nie dao si ich zablokowa. Samego ostrza nie moga zniszczy adna bro. Nawet Curran nie potrafiby go zama. Wszystkich nas czekaa natychmiastowa mier. Curran moe doczekaby rozszarpania przez rakszasy. Nie mogam na to pozwoli. Odwrciam si powoli, jakbym poruszaa si pod wod. Wadca Bestii patrzy na mnie szarzejcymi w potwornej twarzy oczyma. Co mam robi? Jak go ochroni? Wszystko bdzie dobrze, odczytaam z ruchu jego warg, bo panika oguszya mnie, tumic wszelkie dwiki. Spojrzaam z powrotem na Rozpruwaczy. Mart ciska miecz w obu rkach. Ostrze poyskiwao czerwieni, jak unurzane w wieej krwi. Musiaam zniszczy bro, zanim zada cios, inaczej czeka nas niechybna mier. Krew. Miecz zosta wykuty z krwi Rolanda, tej samej, ktra krya w moich yach. Moe jednak istniaa szansa na jego zniszczenie. Gdybym tylko moga przej nad nim kontrol... Zadwicza gong. wiat znw wskoczy na waciwie obroty. Ruszyam biegiem. Mart zacz unosi miecz do uderzenia znad go-wy. ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY j 403 W yciu nie biegam tak szybko. Piasek pod moi-mi stopami rozmy si w jasn plam. Sztych miecza majaczy przede mn w powietrzu. Chwyciam czerwone ostrze, wbijajc je sobie w brzuch. Zabolao. Moja krew zalaa czerwone tworzywo miecza. Mart patrzy na mnie osupiay. Zapaam go za nadgarstki, nabijajc si mocniej. Czubek ostrza przeku skr na plecach. Gbiej. A do jelca. Miecz tkwi we mnie jak rozarzony prt. Krew zalewaa ostrze, czc si z krwi Rolanda. Obok mnie zmiennoksztatni runli na rakszasy. Wyszep-taam sowo mocy. - Hesaad. Do mnie. Magia wpyna we mnie fal ze skry, opuszkw palcw, zamykajc si wok gowni. Ostrze zaiskrzyo, rozsiewajc po ciele szpikulce blu. Czuam, jakby przez brzuch przecigano mi drut kolczasty. Uczepiam si kurczowo rzeczywistoci, bronic si przed utrat przytomnoci. Arena zawirowaa, wrd rozmazanych twarzy ujrzaam stojcego na trybunach Hugh dAmbraya wpatrzonego we mnie z min, jakby zobaczy demona. Krew mojego biologicznego ojca zareagowaa z moj, rozpoznajc magi. Miecz by mj. Musia mnie sucha. Teraz. -UD - szepnam. Gi. Sowo mocy, ktre nigdy nie zadziaao. Aby wymc na kim samoistn mier, trzeba mie nad nim cakowit kontrol. 404 ILONA ANDREWS Magia wydara si ze mnie. Zamknity w ciele miecz niczym ywa istota wibrowa, szarpa si, chcc uwolni. Bl eksplodowa olepiajcym bys-kiem. Krzyknam. 139 ILONA ANDREWS Miecz rozpk si, opadajc na piasek deszczem czerwonych odamkw. Cz znajdujca si we mnie obrcia si w py, mieszajc z moj krwi, rozpraszajc po ciele. Krew Rolanda popyna gorc law, parzc wntrznoci, jakby zanurzono je we wrzcym oleju. Tyle mocy... ar zwali mnie z ng. Upadam na piasek. Ogie spala mnie ywcem, wyciskajc z oczu zy. Prbo-waam si ruszy, ale minie odmawiay posusze-stwa. Kad komrk mego ciaa poerao pieko. Wszystko to trwao moe pi, sze sekund; tyle czasu zajo mi nabicie si na miecz i wypowiedzenie dwch sw mocy. Hugh mia racj, umr dzisiaj. Ale niezniszczalny miecz zosta zniweczony, a Cur-ran przeyje. On i caa reszta. Niele jak na pi se-kund. Aren wstrzsn straszliwy ryk. Odwrciam gow. Curran, widzc, jak rzucam si na miecz, ru-szy w moj stron. Soniowaty, ktry stan mu na drodze, zosta rozpruty jednym machniciem. Cur-ran skoczy ponad trupem. Nie ma popiechu, Wasza Wysoko. Dla mnie i tak ju za pno. Mart odrzuci bezuyteczn rkoje i zapa mnie z oczyma poncymi furi. Curran wycign ku nam apy. Mart wystrzeli do gry jak pocisk. Curran sp-ni si o uamek sekundy. Unoszc si, czuam na twarzy pd powietrza. To byo jak ycie po yciu, tyle e jeszcze nie umaram. Po mierci nie czuje si blu, a ten nadal trawi moje wntrznoci. 140 ILONA ANDREWS Szybowalimy ponad piaskiem, pync ku niebu w zotym blasku soca. Tylko trjce Rozpruwaczy udao si wyrwa z Kota. Przeyli Mart, Cesare i Li- wia, trzymana przez tego ostatniego. ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY j 405 Z twarzy Marta zaczy odpada patki skry. Nabra powietrza i naraz caa powoka rozpada si na kawaeczki, ktre rozproszyy si wok nas niczym tysice motyli, rozpywajc si w blasku i odsaniajc now istot. Wyoni si wysoki, barczysty o wskiej talii i biodrach. Pod bursztynow skr faloway stalowe minie. Czarna kaskada wosw spywaa a do pasa. Kobaltowe oczy wyglday jak dwa szafiry osadzone w perfekcyjnej twarzy, munitej nut arogancji i drapienoci. Mart nie potrzebowa ju ludzkiej skry. Przygarn mnie mocniej do siebie i zatrzyma si, zrwnujc z lo Sophii. Po chwili doczya do nas reszta ocalaych rakszas. - Przeka mi kamie - rozkaza Cesare, wyciga-jc do. Majc w perspektywie kltw lub zmienno- ksztatnych, Mart wola zaryzykowa gniew Wilczego Diamentu ni zmierzy si z tymi drugimi. Sophia nerwowo przekna lin. - Nie - wychrypiaa. Arena zatrzsa si od krzykw oburzenia. - Daj kamie, kobieto. - We z wytatuowanej skry Cesare'a uniosy by, syczc gronie. Palce Sophii rozwary si, a klejnot wyldowa na doni Rozpruwacza. -Jest twj - powiedziaa. Ty kretynko! Rakszasy wzleciay ku wietlikom. Rka Marta wystrzelia i z gry sypn si grad odamkw grube-go szka. Unielimy si wyej i chwil pniej szy-bowalimy nad miastem. 141 ILONA ANDREWS Leaam w kauy wasnej krwi, na pododze zotej klatki. Lepka ciecz skleia mi wosy, przylgna do policzka, przemoczya ubranie. Wdychaam jej za-pach i magi. Opucia moje ciao, ale poczenie po-zostao. Zawsze wyczuwaam moc swojej krwi, ale nigdy jej nie wchaam. W brzuchu tliy mi si drobinki pyu, pozostaoci rolandowego miecza. Organizm wchania je powoli, jedn po drugiej. Krew Rolanda, zmieszana z moj, uwalniaa moc, wic mnie z yciem i blem. Leaam sztywno, chcc zachowa t odrobin siy i magii, jakie mi pozostay. Nuciam, ledwie po-ruszajc ustami, usiujc zmusi ciao do regeneracji. Nie robiam postpw, ale nie przestawaam. Nie za-mierzaam podda si i umrze. Bl zela przynajmniej na tyle, e zy przestay pyn mi po policzkach. Wysoko nad klatk znajdowa si czciowo skryty w mroku, zoty sufit. Monumentalne, rzebione ciany ogromnej sali spyway blaskiem do wykafelkowanej podogi, zarzuconej aksamitnymi i jedwabnymi poduchami. Nataraja, gowa Rodu w Atlancie, stara si urzdzi swoj komnat na podobiestwo tej. Jednak wystawna sala na samej grze Kasyna bleda wobec tego przepychu. Wszystkie bogactwa Natarai nie wystarczyyby na zakup cho jednego panelu z tych zotych cian. Zastanawiaam si, czy pomysy dekorator- skie czerpa wanie z wizyty w latajcym paacu. ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY | 407 Powizania Rodu z rakszasami musiay siga wiele wiekw wstecz. Za mn, na wskim metalowym piedestale, lni Wilczy Diament. Dwa trofea rakszas w jednym miejscu - klejnot i ja. I gdzie ta twoja kltwa, gupi ka- molcu? Nieustanny hurgot zakca mi myli. ruby na-pdowe wimany. Podczas lotu straciam przytom-no. Ocknam si, kiedy ldowalimy na otoczo-nym bujn dungl tarasie latajcego paacu. Potem Mart wrzuci mnie do klatki. Teraz leaam, ni to martwa, ni to ywa, w zawieszonej ponad podog klatce, jak jaki kanarek. Mart siedzia na poduszkach. Czarny kostium wamywacza zamieni na lun, odsaniajc ra-miona tog w kolorze turkusa. Trzy kobiety krciy si wok niego niczym kolibry. Jedna obmywaa mu stopy. Druga rozczesywaa wosy. Trzecia podawaa napitek. Reszta rakszas siedziaa pod cianami, zachowujc peen szacunku dystans - gromada p potworw, p ludzi w krzykliwych szatach. Jeszcze inni wchodzili i wychodzili przez ukowate przejcia w cianach. 143 ILONA ANDREWS Mart podnis na mnie lodowobkitne oczy, odepchn kobiety i podszed do klatki. Przestaam nuci, lec na pododze jak szmaciana lalka. Zostaa mi ledwie odrobina si, ktra w najlepszym razie moga wystarczy na jeden jedyny atak. Gdyby tylko sprbowa otworzy klatk, skrciabym mu kark. Pstrykn palcami, przywoujc Liwi. Przy bursztynowym Marcie dziewczyna wydawaa si jeszcze bledsza. Sowa, ktre wydobyy si z ust Marta, brzmiay jak cig niezrozumiaych warkotliwych dwikw. - Mwi, e jeli przeyjesz, bdziesz mu suya. Jeli umrzesz, obgryz twoje miso do koci. To oznaczaoby przejcie mojej magii. Nie miaam pojcia, jak mogabym temu zapobiec. To moment, kiedy marzy si o sowie mocy samozapon"... Mart znw przemwi, nie odrywajc ode mnie wzroku. - Chce wiedzie, czy zrozumiaa, co powiedzia. Teraz musiaam przey za wszelk cen. Nie pozostawi mi wyboru. Arogancki dupek. Na powierzchni kauy krwi pojawi si may pcherzyk, ktry chyba tylko ja dostrzegam. Z wielkim wysikiem zdoaam wydoby z garda chrapliwy szept. - Najpierw zabij Cesare'a. Potem jego. Liwia zawahaa si. - Powiedz mu. 144 ILONA ANDREWS Z ust Marta wyrwa si jeden ostry dwik. Dziewczyna drgna jak chlanita biczem i pospiesznie przetumaczya. Mart umiechn si, ukazujc idealne zby, po czym wrci na miejsce. Leaam bez ruchu, wdychajc opary wasnej krwi. wiat rozmy si przed oczyma, wyostrzy kil-kakrotnie i w kocu zamgli zupenie. Jedyne, co jeszcze do mnie docierao, to bl w brzuchu, kaua krwi i wasny, jednostajny piew. ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY j 409 Naraz po drugiej stronie pomieszczenia pojawi si niewyrany ksztat, ktry rs w miar zbliania si do klatki. Cesare. Nadal w ludzkiej powoce. We unosiy si z jego skry, syczc i splatajc si ze sob. Rakszasa nis w rkach zoty puchar. Przystan przy klatce, mwic co do Marta. Zamierza napi si mojej krwi. To uczynioby go silniejszym. Moja krew miaaby napeni moc tego, ktry skrzywdzi Dereka? O, niedoczekanie twoje! Cesare wetkn rk pomidzy prty i nabra krwi do pucharu. Sukinsyn. Poddaam si fali prze-monego gniewu. Palce zaczy mi dre. Pomidzy mn a naczyniem wytworzya si cie-niutka nitka magii. Czuam j wyranie. Krew nadal bya czci mnie. Cesare podnis kielich do ust. Nie! Jest moja! Bbel gniewu pk, rozchodzc si po ciele. Wspomagana furi, nakazaam krwi poruszy si niczym koczynie. Usuchaa. Cesare'owi oczy wyszy z orbit. Sign do ust, gdzie czerwona ciecz zestalia si nagle. Wybekota co, jakby straci jzyk. Wanie tak, ty pieprzony sukinsynu. Przelaam do krwi jeszcze wicej mocy. Bolao, ale wytrzymaam. Twarz Cesare'a zaczy przebija od wewntrz czerwone kolce. Wyoniy si z lewego oka, z ust, nosa oraz garda. Wrzasn, broczc z wypywaj-cego oka. Zemsta za Dereka. Masz, zarazo.145 ILONA ANDREWS Upynniam krew i zestaliam j ponownie. Kolejne kolce przebiy mu skr. Cesare zawy, wyrywajc je z twarzy. Rakszasy si rozbiegy. Kto krzycza. aowaam, e musz zakoczy zabaw tak szybko. Pragnam, by trwaa tyle, ile oni drczyli Dereka. Niestety, musiaam si liczy z tym, e zaraz mnie powstrzymaj. Jeszcze raz zmieniam krew w ciecz i powtrzyam proces. Wreszcie wlaam w ni reszt mocy. Gardo Cesare'a przebio krwawe ostrze. Obrcio si, rysujc wok jego szyi zgrabn, szkaratn ptl. Uwolniam krew, ktra natychmiast po odpywie magii zamienia si w czarny py. Roland posiada umiejtno kontrolowania krwi i zestalania jej. Teraz i ja j posiadam. Nie miaam pojcia, czy to dziki krcym we mnie pozostao-ciom miecza, czy te dziki sile gniewu, ale zdoby-am j i wykorzystaam kady okruch, aby sprawi Cesare'owi jak najwiksze cierpienie. Gowa wielkiego rakszasy stoczya si z ramion. Z kikuta szyi trysna krew. Ciao runo z hukiem na posadzk, ukazujc stojcego z tyu Marta. Powiedzia co do Liwii, miejc si. Oblizaa wargi i przeoya: - Mwi, e teraz dowioda swojej przydatnoci. Czas pyn niespiesznie, kapic powoli minutami. Rakszasy krciy si po sali. Nuciam cicho, zachcajc ciao do samoleczenia. Z popkanych, ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY zakrwawionych ust bez koca wydobyway si szep- tliwe sowa, lecz silny strumie magii skurczy si we mnie do leniwej struki. Nie opucia mnie cakiem, bya jednak tak saba, e organizm nie reagowa. Mimo to prbowaam nadal. Zimne palce dotkny mojej doni. Skupiam wzrok. Nachylaa si nade mn Liwia. Pakaa. - Przepraszam - szepna. - Przepraszam, e was w to wcignam. - Nie trzeba. To nie twoja wina. Pikn twarz wykrzywi grymas. Wsuna mi co do rki. Kto warkn i Liwia odskoczya od klatki. Zerk-nam na przedmiot. N. Chciaa mi pomc. Nie odejd z tego wiata sama. Zaczynao mi ciemnie w oczach. Mrok skrada si powoli, ale nieustannie, wypezajc z ktw. Bl sab, gaszony odrtwieniem. Nadal by we mnie, nadal go czuam, lecz straci ostro. Umieraam. Czekaam, a ycie przemknie mi przed oczyma, ale nic takiego si nie dziao. Wpatrywaam si w przepastn komnat lnic metalowymi po-wierzchniami i w migotliw, ognist gbi Wilczego Diamentu. Moje usta poruszay si, nieustannie nucc pie regeneracyjn. Wedug wszelkich prawide powinnam ju nie y. Tylko upr i krew Rolanda podtrzymyway mnie przy yciu tak dugo. 147 ILONA ANDREWS W kocu jednak moja wola przetrwania zganie, a ja razem z ni. Zawsze mylaam, e zgin w bitwie, ostatecznie w wyniku przypadkowego ciosu w ciemnej uliczce, ale na pewno nie tak. Nie w zotej klatce jako posiek dla bandy monstrw. Jednak to nic, skoro Curran przeyje i Derek, i Andrea, i Jim... Gdyby dano mi wybr, ponownie postpiabym tak samo. Chciaam tylko... Chciaam tylko mie t jedn szans. Ciemno rozpeza si bardziej. Moe nadszed czas, eby si podda. Byam ju tak znuona cier-pieniem. Nagle wrd rakszas zapanowao poruszenie. Zaczy biega w t i we w t. Mart dwign si z poduszek, wydajc ostre, krtkie polecenia. Grupa rakszas pobiega do jednego z wyj, chwytajc po drodze rnoraki dziwaczny or. Serce zabio mi mocniej. Nie, to niemoliwe. Kolejna grupa rakszas runa do wyjcia i wtedy to usyszaam. Niski ryk, jak odlegy grzmot, na- pczniay furi. Curran. Musiaam mie halucynacje. Nie mg si tu do-sta. Syszaam buczenie rub napdowych. Nadal lecielimy w powietrzu. Potny ryk lwa znowu wstrzsn wiman. Tym razem rdo znajdowao si gdzie bliej. ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY Do komnaty, przy wtrze szczku broni, wlaa si fala rakszas. Za nimi do rodka wpado pokiereszowane ciao. Liwia przybiega do mnie, kryjc si za klatk. Rzeka rakszas wezbraa, szturmujc jedno z wej. Runy na drzwi, rzucajc si w wir walki, i cofny, broczc obficie. Do komnaty wpad Curran. W bojowej formie, ogromny, o szarym, zakrwa-wionym futrze, zarycza ponownie. Szeregi rakszas skurczyy si pod naporem lwiego gniewu. Curran przedar si przez nie, roztrcajc z tak atwoci, jakby byy oowianymi onierzykami. Komnat wypeniy wycia i wrzaski, fruway oderwane koczyny, chrzciy amane koci, tryskay fontanny krwi. Przyszed po mnie. Nie mogam w to uwierzy. Przyszed po mnie. Wdar si do latajcego paacu penego uzbrojonych potworw, znalaz mnie porodku magicznej dungli. Ty gupi, gupi idioto. Gdzie sens mojego powicenia, skoro i tak miaam oglda jego mier? Za Curranem do sali wtoczya si olbrzymia be-stia. Ciemna, kudata, skoczya z rykiem na tum, rozwierajc wielki pysk. Potne pazury migny w powietrzu, miadc twarde czaszki wrogw. Ma-ho, Niedwied Atlanty. W uczynion przez niego wyrw wpad piekielny stwr. Jeden misie, pokryty jasnobrzow, po-znaczon ctkami sierci. Dugie apy zakoczone czarnymi pazurami, rzd ostrych kw sterczcych z masywnych szczk. Groteskowa i jednoczenie 149 ILONA ANDREWS przeraajca. Bestia zawya, wybuchajc na kocu hienim chichotem. Od tego dwiku woski na karku stany mi dba. Curran przedziera si ku mnie, siejc spusto-szenie wrd przeciwnikw. Jego rany krwawiy, ale nie zwalnia ani na moment. Straszliwy ryk ogusza niczym huk grzmotu, wstrzsajc do gbi. Jednak rakszas byo zbyt wiele. Jedyn szans Currana byo zastraszenie, ale nawet panika nie trwa wiecznie - prdzej czy pniej otrzsn si, oceni swoje szanse i uznaj, e trzech nie da rady setkom, ale na razie, dopki ogusza ich rykiem i oszaamia si, nie po-trafiy trzewo myle. Mart wskoczy pomidzy Currana a klatk z mie-czami w rku. Reszta potworw cofna si, jednak Curran nawet nie zwrci na to uwagi. Rzuci si na Marta. Ostrza zawiroway z nieprawdopodobn szyb-koci. Mart okrci si, usuwajc z drogi Currana i rani go w plecy. Wadca Bestii otrzsn si obolay i machn ap, rozdzierajc szaty przeciwnika. Na zotej skrze Marta pojawia si krew. Zwarli si w walce. Szczkay miecze, pazury wznosiy si i opaday, kapay ky. Mart zatopi ostrze w boku Currana, ktry rykn z blu, szarpn si, uwalniajc od sztychu i podci napastnikowi nogi, prbujc przewrci na ziemi. Mart wystrzeli do gry i opad, atakujc oboma mieczami. Nierozsdne po-sunicie. Wadca Bestii uderzy go pici w twarz. Mart przelecia przez komnat, run na posadzk, ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY przetoczy si i zerwa byskawicznie na nogi. Cur-ran ruszy w pocig. Mart taczy jak derwisz, osaniajc si wiruj-cymi ostrzami. Curran rzuci si na niego i, nie zwa-ajc na rany, usiowa pochwyci. Rakszasa podsko-czy, szybujc ponad tumem. Curran ugi lekko kolana. Mocarne minie na-piy si, kurczc na podobiestwo stalowych spr-yn. Odbi si od ziemi i zahaczy nogi Marta pa-zurami. Rakszasa miota si, prbujc go strzsn, ale Curran nie puszcza. Wyszarpujc kawaki ciaa, wspina si po wiszcym w powietrzu przeciwniku. Wreszcie rozwar lwie szczki, wgryzajc si w jego bok. Runli na ziemi jak gaz. Krwawicemu Mar- towi udao si w kocu wylizgn. Skupi wzrok na znajdujcym si na piedestale Wilczym Diamencie. Skoczy w jego stron. liskie od krwi palce zamk-ny si na klejnocie. Cofajc si, Mart zderzy si z moj klatk. Przywaram do prtw, wbijajc mu n w nasa-d szyi przy lewym ramieniu. Kaua krwi zadraa, posuszna mej woli, tworzc setki kolcw, ktre wbiy si w jego plecy. Klejnot wysun si z osabej doni. Zacisnam rce na szyi Marta, prbujc udusi, ale brakowao mi si. Curran zapa kamie, wielk ap przytrzyma Marta i wbi mu topaz w twarz. Rakszasa wrzasn. Curran nie przestawa, tukc klejnotem raz po raz. Tryskaa krew. Potne ciosy obracay w miazg 151 ILONA ANDREWS perfekcyjne pikno demonicznego ciaa. Miecz wy-pad z doni Marta. Curran uderzy po raz ostatni i oderwa go od klatki, odamujc przy tym szkaratne szpice, ktre natychmiast rozsypay si w py. Jednym ruchem skrci Martowi kark i z oguszaj-cym rykiem odwrci si w stron tumu, potrzsajc bezwadnym trupem. Szeregi rakszas ogarna panika. Runy do wyj, tratujc si i pierzchajc w popochu. Curran rozgi prty klatki. - Ty kretynie - wychrypiaam. - Nie znalaze a-twiejszego sposobu na popenienie samobjstwa? Co tu robisz? - Spacam dug - warkn. Wycignwszy mnie z klatki, ujrza ran w brzuchu. Jego znieksztacona twarz zmienia si nagle. Przygarn mnie do piersi. - Nie odchod. - Gdzie miaabym i... Wasza Wysoko? - Kr-cio mi si w gowie. Smuka, przeraajca bestia wygarna Liwi z kryjwki. - Spokojnie - powiedziaa, obejmujc ramieniem skamienia ze strachu dziewczyn. W drugiej apie trzymaa Wilczy Diament. - Z Cioci B. nic ci nie grozi. Na drugim kocu komnaty kto usiowa przebi si przez rozszala fal umykajcych rakszas. Dostrzegam lnicy miecz i rozpoznaam Hugh d'Ambraya z Nickiem u boku. Hugh zauway nas i co krzykn. ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY - A ten co tu robi? - prychn Curran. - To genera Rolanda. Przyszed po mnie. - Chcia dosta w swoje rce kobiet, ktra zniszczya powierzony mu miecz. ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY j 417 - No to ma pecha. Jeste moja. - Curran odwrci si, unoszc mnie do wyjcia. Hugh krzykn, ale rzeka uciekajcych stworw zabraa go ze sob, wy-pychajc z komnaty. Wtuliam si w pier biegncego przez wiman Currana. Reszta doczya do nas po drodze. Nie byam ju w stanie rozrni ich pyskw. Leaam bezwadnie, a kady wstrzs rozsya po moim ciele kolejne fale blu. agodna ciemno prbowaa po-chon mnie do reszty. - Zosta ze mn, dziecinko. - Zostan. Unosiam si na powierzchni p snu, p kosz-maru. Jednak jakim cudem nie straciam cakiem przytomnoci, nawet gdy wimana przechylia si na bok, nawet gdy wyskakiwalimy z niej i patrzylimy, jak latajca budowla rozbija si o zielone wzgrza. Trzymaam si te cay czas, kiedy bieglimy przez dungl. Ostatni obraz, jaki pamitam, to zarysy ruin i oblicze Doolittle'a.Ju wEpilog nilam o Curranie, ktry warcza wylecz j" .W? i doktorze tumaczcym, e nie jest bogiem i nie umie czyni cudw. niam o klczcej przy moim ku, szlochajcej Julie, o siedzcym przy mnie Jimie oraz Andrei, opowiadajcej irytujco skomplikowan histori... Gosy mieszay mi si w gowie, a wreszcie moja cierpliwo wyczerpaa si ostatecznie. - Moecie si zamkn? Prosz. Otworzyam oczy, napotykajc zatroskane spoj-rzenie Currana. - Witaj wrd ywych. - Umiechn si. t % ROZDZIA DWUDZIESTY D ZIEWITY j 419 - Uciszaam wanie gosy w mojej gowie, robiy straszny haas - plotam, pokrywajc ulg, jak po-czuam, widzc go caego i zdrowego. - Nie przejmuj si, s na to leki. - Pewnie ka za nie paci jak za zboe. Pogadzi pieszczotliwie mj policzek. - Uratowae mnie.EPILOG | - Nie przepucibym takiej okazji. - Idiota. Tak ci spieszno do mierci? - Musz dba o kondycj. Wysiki zachowania ci przy yciu utrzymuj mnie w formie. Poczuam na ustach ciepe wargi. Tym razem nie potrafiam si oprze. Zarzuciam mu rce na szyj, rozkoszujc si dotykiem i zapachem jego skry. Trwao to zdecydowanie zbyt krtko, szybko opadam z si. Ostronie uoy mnie na poduszce i wyszed z pokoju. Skuliam si pod kocami, zapadajc w bogi sen. Rankiem, wraz z przyjciem doktora, powrcia bo-lesna rzeczywisto. - Ile widzisz palcw? - zapyta, pokazujc mi trzy. -Jedenacie. - Dziki Bogu. - Odetchn. - Zaczynaem si ju martwi. - Gdzie Jego Wybredno? - Wyszed wczoraj w nocy. Walczyam z fal emocji, w ktrej kotoway si al, e go nie zobacz, ulga, e go nie ma, i rado, e czuje si na tyle dobrze, eby chodzi. Koniec. Wpadam po same uszy. - Mam ci mwi to, co zwykle w takich przypad-kach? - westchn doktor. - Gdzie jeste, jaki jest twj stan i jak si tu znalaza? Popatrzyam na niego powanie. - Doktorku, musimy przesta spotyka si w takich okolicznociach. Skrzywi si kwano. - Czekaj tatka latka. Jim by pierwszym moim odwiedzajcym. Przy-szed, gdy wymczona ugniataniem, kuciem, mie- 155 ILONA ANDREWS rzeniem temperatury i reszt medycznych tortur miaam ochot zasn i nie budzi si przez kilka dni. Tym razem najwyraniej pojawi si w roli nie okazjonalnego towarzysza broni, a szefa ochrony Gromady. Popatrzy na mnie powanie. - Zajmiemy si tob. - Dzikuj. - W tym momencie ju bardziej zaj si mn nie mona byo. Zabiegi Doolittle'a wpdzay mnie do grobu. Jim tylko kiwn gow i wyszed. Troch napdzi mi stracha. Nastpnie wpada Julie. Pooya si obok i z a-osn min wysuchaa tyrady na temat przedwczes-nego wypuszczenia Currana z klatki. Podczas jej wizyty doczy do nas Derek. -Jak si czuje Liwia? - Odesza. Bya mi bardzo wdziczna, ale nie moga zosta. - Przykro mi - powiedziaam. - A mnie nie - prychna Julie. - Nie liczyem, e zostanie - owiadczy Derek z kamienn twarz, cho gosem wrzcym od emocji. Mimo tego, co mwi, musia chyba mie nadziej, e Liwia go kocha. - Byem tylko jej szans na wypltanie si z tego. Ale rozumiem. Poza tym, sporo si zmienio... - Wskaza na swoj twarz. Julie zeskoczya z ka. - Tak dla twojej informacji, ja mam to gdzie! Wybiega. Derek spojrza na mnie zaskoczony. - Co ma gdzie? adnie. Moja dziewczynka zakochaa si w nasto-letnim wilkoaku. Dlaczego mnie to spotyka? Dlaczego? Co ja takiego zrobiam, eby sobie na to zasuy? EPILOG | Poprawiam si na ku, nacigajc koc prawie pod oczy. - Twoja twarz, Derek. Nie obchodzi j, jak wygl-dasz. Reszty sam si domyl. Potem znowu spaam. Kiedy si ocknam, An- drea wyganiaa Doolittle'a. Przysuna sobie krzeso i popatrzya uwanie. - Dobra, wic gdzie jestem i jak si tu znalazam? - Doktor co prawda proponowa, e mi powie, ale wolaam bezzrzdliw wersj Andrei. -Jestemy w jednej z kryjwek Jima. Po tym, jak rakszasy ci porway, Curran wpad w sza. Wycign wszystkich zmiennoksztatnych z Areny... - Nie bylimy tam sami, prawda? Widziaam Ma- hona i Cioci B?- Tak, siedzieli na trybunach. Curran obawia si, e rakszasy mog co wykombinowa na sam koniec. I nie przerywaj. Poszlimy za Jimem do Zauka Jednoroca, znalelimy dungl i ledzilimy wiman, pki nie wyldowaa. Ta maszyneria siada co kilka godzin, pewnie eby da odpocz napdowi albo co w tym stylu. W kadym razie wpadlimy tam. Wywizaa si walka. Nie wiem, co byo pniej, bo poszam do maszynowni z ekip, ktra miaa unieruchomi ten przeklty paac. Potem zobaczyam, jak Curran niesie twoje ledwo ywe zwoki. - Uhm. - W moich wspomnieniach wygldao to mniej wicej tak samo. Andrea wbia we mnie wzrok, ciszajc gos. - Zniszczya Szkaratn Gwiazd. Cholera. Nie sdziam, e j rozpozna. -Hm? - Daj spokj. Bierzesz mnie za kretynk? Jestem krok od Mistrza Ora w broniach palnych. - Andrea zmarszczya nos. - Ju dostaj wikszo raportw do EPILOG j 423 wgldu. Gdyby nie Ted, miaabym awans w kieszeni. Wiem, do czego by zdolny ten miecz. - Mwia o tym reszcie? - Tak - przyznaa ze skruch. - Wyjaniam, co to za bro, i powiedziaam, e gdyby nie ty, leelibymy teraz na pmiskach rakszas. - Niepotrzebnie to zrobia. Wykonaa gest, jakby co ucinaa. - To w tym momencie nieistotne. Roztrzaskaa go na kawaki. Zosta wykuty z krwi Rolanda, a ty pokropia go swoj i zniszczya. Nie jestem gupia, Kate. Prosz, nigdy nie traktuj mnie jak gupi g. Skojarzya fakty. Tylko kto tej samej krwi mg obrci w py miecz Rolanda. - Crka? Nawet gdybym chciaa, w tej sytuacji i tak nie byo sensu kama. -Tak. Zblada. - Mylaam, e obieca sobie nie mie dzieci. - Dla mojej matki zrobi wyjtek. - Czy ona yje? - Zabi j. Andrea potara czoo. - Curran wie? - Nikt nie wie. - Jeste moj najlepsz przyjacik. Jedyn, jak mam. Prosz, nie zmuszaj mnie, ebym ci zabia. Nie potrafiabym. Wzia gboki oddech. - Dobrze. Dobrze, e nikt nie wie. I niech tak zo-stanie. Znw zaczam oddycha. 424 | ILONA ANDREWS - To niedorzeczne - burczaam. - Cicho bd! - Andrea wsuna klucz do zamka i otworzya drzwi swojego mieszkania. - Zostajesz ze mn. To tylko kilka dni. Obiecaam doktorkowi, e ci przypilnuj. Mam przykazane powstrzyma ci od szturmowania jakichkolwiek latajcych zamkw". Miaam do wyboru to albo kolejne dwa dni pod opiek Doolittle'a. By najlepszym magomedykiem, z jakim miaam zaszczyt mie do czynienia. By prze-dobry i przetroskliwy, i bardziej ludzki ni ja sama. Jednak im duej pozostawao si pod jego opiek, tym wiksze wykazywa tendencje do kwocze- nia. Jeszcze troch, a zaczby mnie karmi yeczk. Mieszkanie u Andrei wydao si mniejszym zem. - Nadal twierdz, e trzeba byo wzi te kwiaty - powiedziaa, wchodzc do mieszkania. - Przysa ci je Saiman. Fakt. Saiman, wierny swojemu modus operandi, przysa bukiet biaych r oraz bilecik z podziko-waniami. Kwiaty znalelimy na progu kryjwki Jima, 0 ktrej Saiman nie powinien w ogle wiedzie. Jim omal nie dosta apopleksji na ich widok. W liciku zostaa zawarta informacja, e Sophia przyznaa si do zaopatrywania rakszas w odamki Wilczego Diamentu. Podstawia kilka osb do zrobienia zakadw 1 postawia ogromne sumy na Rozpruwaczy, jeszcze wtedy gdy nikt o nich nie sysza, wic ich szanse oceniano nisko. Saiman nie wspomnia, co si z ni stao. Znajc go, nic przyjemnego. Andrea zajrzaa do salonu i zamara. Staa w progu jak posg z otwartymi ustami. Torba zsuna si z jej ramienia, upadajc na podog.U sufitu wisia wielki przedmiot. Nie dao si tego okreli mianem yrandola ani te wiatraka. Byo to cienkie, ponaddwumetrowe, metalowe... co. Wielka EPILOG | konstrukcja z miedzianego drutu w ksztacie choinki, udekorowanej na grze dzieami Lorny Sterling, od pierwszej do smej czci, uoonymi w ksztacie wachlarza. Poniej, na kolicie rozmieszczonych pod rnymi ktami nibygaziach, wisiay dziesitki uczepionych zotymi acuszkami krysztaw, ktre pobrzkiway poruszane prdem powietrza. Kada ozdbka bya przewizana malutk wsteczk i kada miaa w rodku kawaek tkaniny w pastelowym kolorze: biaym, bkitnym, rowym... Andrea jak zahipnotyzowana podesza do dzi-wacznego tworu i zdja jedn z ozdb. Kryszta ot-worzy si w jej doni. Andrea rozwina brzoskwi-niowy materia i podniosa do oczu. Zamrugaam, nie mogc uwierzy w to, co widz. Andrea gapia si na trzymane w rku stringi oczami wielkimi jak spodki. - To ja ju pjd - owiadczyam, rzucajc si do drzwi. Doolittle i tak nie bdzie wiedzia. Ha. Rafael najwyraniej postanowi przebi wszystkich zalotnikw, na stae zapisujc si w ro-mansowych annaach zmiennoksztatnych. Pojechaam do domu na jednym z koni Gromady. Nie spadam z niego ani razu, co uznaam za wielki sukces, cho okupiony ogromnym wysikiem. Brak tumw powitalnych z kwiatami i medalami rozcza-rowa mnie okrutnie. Po drodze odebraam od dozorcy nowy klucz, wspiam si na pitro i obejrzaam dopiero co zaoony zamek. By masywny, metalowy i lnicy. Nie mia ani jednej ryski. Sam klucz posiada dziwaczne wyobienia. Cao robia wraenie, e mechanizm jest stuprocentowo odporny na wamania. Wypchaj si, Wasza Wysoko.426 | ILONA ANDREWS Otworzyam drzwi i weszam, zatrzaskujc je za sob. Zrzuciam buty, krzywic si, kiedy gwatowny ruch przyprawi mnie o bl rany. Sporo czasu upynie, zanim zagoi si cakiem. Ale przynajmniej ju nie krwawia. Cae napicie ostatnich dni opado ze mnie. Jutro zaczn martwi si o Hugh dAmbraya, Rolanda i Andre, teraz byam po prostu szczliwa. Ech. Dom. Moje miejsce, moje zapachy, mj dywan pod stopami, moja kuchnia, mj Curran za stoem kuchennym... Zaraz, co, do licha? - Ty! - Spojrzaam na zamek i znw na Currana. To by byo tyle, jeli chodzi o stuprocentow anty- wamaniowo. Curran dokoczy spokojnie pisanie czego na kartce, wsta i podszed do mnie. Serce ruszyo mi w szaleczym rytmie. -Ju nie mog si doczeka - powiedzia, wrczajc mi papier. W jego oczach taczyy wesoe zote iskierki. Gapiam si na niego oniemiaa. Wcign nozdrzami powietrze, wdychajc mj zapach, otworzy sobie drzwi i wyszed. Spojrzaam na kartk. Przez dwa miesice bd bardzo zajty, umwmy si wic na pitnastego listopada. MENU: 1 1 1 | I L O N A A N D R E W S Poprosz o stek jagnicy lub sarni. Do tego pieczone ziemniaki z glazur miodow. Kolby kukurydzy. Bueczki. I szarlotka - taka, jak zrobia ostatnio. Bardzo mi smakowaa. Moe by z lodami. Miao by nago, ale przecie nie jestem besti. Jeli chcesz, moesz zaoy biustonosz i figi. Te niebieskie z kokardk bd idealne. Curran, Wadca Bestii Atlanty R O Z D Z I A D Z I E W I T Y 1 1 2

Recommended

View more >